środa, 15 kwietnia 2015

Odcinek z ot sobotą



4 kwietnia, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca, a nie jednak ciut robiliśmy.

Wczoraj nie oglądałem, bo pisałem, a potem nocny dyżur.
Pół soboty przeleciało jak zwykle.
Pamiętać o wczorajszym szybkim kotlecie schabowym, jaki sprawiłem. I były problemy z tramwajami od opery.
Miałem być długo na spacerze, to byłem. Była nowa długa pętla (z kawałkiem zielonego i atrakcyjnymi zabudowaniami na terenie szpitala dziecięcego).
Jak wróciłem, Ty machałaś już sałatkę (czyli jednak święta), potem ciasto drożdżowe (trochę ugniatania), wyrosło mega, ale metalowa srebrna forma — nie dopiekło. I po zmywaniu naczyń okazało się, że jednak trochę tyrania było = jak przed świętami. Zatem ok. 22 już "wolne". Kawałek dźwigających pierścień chłopaków i nocny dyżur. No i wreszcie zaciągnąłem te 26 giga ostatniej — porządna jakość. Przez chwilę słuchawki, bo słyszę quadro mimo zatkanego ucha.


5 kwietnia, niedziela

Odcinek ze świętami jednak

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mieliśmy długi jedzony dzień.

Już człowiek myślał, że spędzi zwyczajną niedzielę na gaciach i komputerze, kiedy jednak trzeba było się ubrać i jechać. A jeszcze PŁYTY przyszły do dusty!
***
Ale żarcie było ekstra i dużo, był alkohol, po porannym zimnym samotnym spacerze po/na Długie Pobrzeże, zaliczyliśmy jeszcze drugi wózkowy deszczowy przez Gdańsk-Śródmieście, przez te armaniaki, wina i żarcie aż padłem ze zmęczenia, ale karkówkę jeszcze wcisnąłem na obiad. Zanim umarłem (wiele gości w sumie było), pojechaliśmy do domu, gdzie już bardziej do życia. Wieczorne zadania.
Lodówka pełna, nie omieszkałem skorzystać, świąteczna niedziela mi się spodobała w konsekwencji, a i szczęście wieczorem dopisało — płyty są — już dokańczam kolekcję — to był rzadszy kawałek. Yee.
On Her Majesty's Secret Service — BANG!
OUGHT — BANG!
I teraz wieczór mój i znowu na słuchawach bo wiele dźwięków.
Mecze w europejskiej porze, ale tylko sprawdziłem wyniki. Trójeczka ponownie jest nużąca (plus tych dwóch małych gejów), ale nie do końca, bo przecież 4:23, zatem do snu o 2, pobudka po 8, ale sen nieprzerwany bardziej jest wymagany.


6 kwietnia, poniedziałek

Odcinek ze świąteczną końcówką

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wizytujemy i jesteśmy wizytowani.

Trochę spóźnieni na Stogi, drzemałaś rano, więc porzuciłem Bosha (on jest taki dokładny, wspaniale!) na rzecz spisania WSZYSTKIEGO z dusty poprzez youtube (bo rzadko mam dostęp), zatę, bardzo zadowolony byłem z możliwości zorientowania się w tym, czego nie muszę koniecznie kupić. Zadowolenie.
Tam karmienie i spacer po Tamce i dawnych domkach, czyli świątecznie, lecz z wózkiem.
Była również karkówka i potem zżrałem wszystkie słodkie ciasta, jedno extra w stylu panettone. Tęsknię za piwem!
Biorę ECHO SOUND Wojt zachwycony.
Ledwo zdążyłem się rozebrać do gaci i ledwo wypakowałaś graty, kiedy wpadli goście. Udało się sprawić na czas.
Zatę, korzystając, siedzę i sprawdzam czwartą stronę watchlist z dusty, w końcu 226 płyt sobie tam zapisałem.
Nietypowe zwieńczenie, nagle w kiblu, ledwo po 21 uświadomiłem se, że nic nie muszę robić, ani nawet mi się nie chce. Pożyczyłem dysk, lecz wcale nie musiałem dokańczać filmu, włączyłem go sobie do łóżeczka, zasnąłem wcześniej.



wtorek, 14 kwietnia 2015

winyle kolor (sly 01)



wyróżnienia:

Alex Calder — Strange Dreams // Lavender Vinyl — a nawet bym postawił obok Deerhunter (choć mniej rockowe) — coraz bardziej wsiąkam — 8/10 — "It's hard to discern the words Calder sings, but that's of little importance. The words are merely another instrument. His voice is reverbed-drenched and just audible enough. It's just another color splattered on the canvas, filthy canvas that it is. "The Morning" is distant rumble, synth, and Calder's voice floating above in a cloud of THC" (się ktoś popisał: http://www.amazon.com/Strange-Dreams-Alex-Calder/dp/B00PKXPB06)

Au.Ra — Jane’s Lament // Black Vinyl (2015) — "melding of shoegaze, post-rock, jazz, dub and psychedelic elements that are simply pleasing to the ears" — Australia dream pop duo — nie powiem, ma momenty Alexa Caldera, UWAGA

Dario Marianelli — The Boxtrolls OST // ‘Cheese Wheel’ Vinyl 2xLPs (2014) — a to prawdziwa filmówka dla dzieci! całkiem słuchalne, a jaki krążek! — i jeszcze operowa włoszczyzna

Hakobune — Looping Around the Forest I Thought I Remembered (2013) — ambient! i wszystkie jego BRAĆ!


Isasa — Las cosas // Ultra Clear Turquoise Vinyl (2015) — "Crepuscular solo acoustic guitar excursions from former member of cult — band A Room with a View. Influenced by Geoff Farina, Glenn Jones, Jack Rose, Negro and the ubiquitous John Fahey" — smętki, choć winyl śliczny, Ty, ale ej, podoba mi się muzyczka

Pill Friends — Blessed Suffering // Coke Bottle/Black Starburst and Virgin Black Vinyl (2013) — świetny lo-fi indie-rock — released 23 July 2013 — kyle schwander – drums — davis cook - bass— abby trunfio - cello/vocals — ryan wilson - guitar/organ/vocals

Shapes Freely — S/T // ‘Clear with White Haze’ Vinyl — folkowe pieśniarstwo w przestrzeni + bity, ale to całkiem miłe jest! i zaczyna mi się strasznie podobać — WSPANIAŁE!


Spotlight Kid — Ten Thousand Hours // White Vinyl — melodic noise-pop, rzeczywiście bardzo ok, fajne, rytmiczne, dużo ściany dźwięku, brać

Stina Nordenstam — The World Is Saved // Black Vinyl + 7” (2004) — no pacz, gdybym nie znał Emilliany, to bym mógł słuchać tego, tak tak

We Need Secrets — Melancholy and the Archive // Clear w/Color Splatter Vinyl (2014) — dzisiaj ta zrzynka z MBV bardziej mi się podoba (widocznie wtedy musiałem już być bardzo zmęczony)

Young Galaxy — Ultramarine // Pink & Blue Vinyl (2013) — elektro pop music (Genre: Synthpop, Balearic beat[1]) — [1] http://pitchfork.com/reviews/albums/17924-young-galaxy-ultramarine/ — nie jakieś straszne, miły wokal, takie romantyczne dreamy nawet, wakacje?


cała reszta:

ADVAETA — Death and the Internet // 300 Clear Vinyl — z Fire Talk (fuj), ale tym razem słabo słabo
Airiel — Kid Games // Black Vinyl 12” EP — Airiel is a four-man shoegaze project out of Chicago. Bardzo fajnie.
All We Are — All We Are // Black Vinyl 2xLP + 7” — Dreamy melodies, supple psychedelics and gorgeous midnight disco grooves - this is the sublime, swirling sound of All We Are. — I mi to się nawet podoba. Na ANOST to słuchałem już: https://anost.net/en/Products/All-We-Are-All-We-Are/ — (może stąd pamiętam?)
Alunah — Call of Avernus // Die-Hard (Ultra Clear) / 200 Olive Green Vinyl (2010) — doom/psych/heavy with female vocals = muzyka klasyczna, tylko ten wokal nie pasuje!
Arms and Sleepers — New 12” Release // Colored Vinyl 12” Vinyl / Kickstarter — zupełnie nie dla mnie takie plumkania, niby chill!!
Au.Ra — Jane’s Lament // Black Vinyl — takie nic, pseudo rock alternatywny, pseudo electro
Baby Birds Don’t Drink Milk — Kill The Fuzz // Lathe-Cut Vinyl 10” (2015) — hah! Fire Talk, owszem, posłuchać mogę, ale od tych panów już nie wezmę
Black Mountain — S/T // 10th Anniversary Deluxe Edition Grey Vinyl (2005-2015) — nigdy tego nie słyszałem, a słyszę wyraźnie, że to słyszałem, już było, rolling Stones — nie wiem, czy to warte podwójnego szarego gandalfa, bo np. Slow Season podoba mi się bardziej, ale fragmenty stonerowe przyjmuję (fajnie nagrana perka), może oni bardziej oryginalni, ale bardziej przynudzają
Daniel Bachman — River // Black Viny (2015) — blues, na dobro, kto by pomyślał
Dengue Fever — The Deepest Lake // Amber & Blue Vinyl (2015) — psych/surf/Cambodian pop sound with African percussion = co najmniej dziwne — ale ale, zajrzeć na nr "Still Waters Run Deep" i przypomnieć dawne czasy indie
Desert Suns — S/T // Clear / White Vinyl — nowy hard-rock/stoner w starym stylu, słuchalne jak najbardziej
DINNER — Three EPs (2012-2014) // White Vinyl — yyyy, "smooth europop"?, yyyy
Dr Cosmo's Tape Lab — Pin the Tail (2014) — Dr Cosmo's Tape Lab — Ever Evolving Lounge (2014) — Dr. Cosmo’s Tape Lab — Beyond the Silver Sea // Silver Vinyl — to może być fajny retro-glam-rock, słucham takie ciepłe, miękkie brzmienia (sci-fi pop) — http://listeningisnotenough.blogspot.com/2014_03_01_archive.html
Ennio Morricone — Escalation // Transparent Yellow Vinyl (1968) — dużo teraz jest wznowień Włochów, i oczywiście są drogie, nawet Piero podrożał — trza lubieć, a Ennio nie, choć ta jest w miarę intrygująca, mocno eksperymentalna
Eskimeaux — O.K. // Cloudy w/ Blue Splatter, Blue w/ Yellow Splatter, and Black Vinyl (2015) — Senny alternatywny pop, songwriter, żeńskie, pogodne, bez zaskoczeń, a wokal podobny do Cranberries
Flyying Colours — ROYGBIV EP // Ruby Pink 180g (U.S.) / Purple Rain 180g (U.K.) Vinyl (2015) — kolejny shoegaze-rock, ale może ta EP-ka lepsza niż poprzednie albumy
Foxes in Fiction — Swung from the Branches // Pink & Yellow Vinyl LP Packages — jak dla mnie to miły ambiencik (z popem)
Giraffes? Giraffes! — Spazz Master // Limited to 1000 Random Color Vinyl 7” — a to całkiem ciekawa muzyka, nie do kupowania
Harold Budd — Perhaps // Black Vinyl 2xLP (2007) — piano music = pitu piciu — ten tam poeta czy inny kulturowy też nagrał taki gnój, tylko gorszy
Harry and the Potters — nie słuchać tego czegoś!

Hiiragi Fukuda — Seacide // Lemon Lime Vinyl (2015) — prosta elektro elektronika, da się wysłuchać
Holy Serpent — S/T // Opaque Purple Vinyl — przesłuchać
If These Trees Could Talk — Red Forest // Red w/White Haze, Clear/Black Mix, Clear w/Red & Black Splatter Vinyl — miał być post-rock, a są po-płuczyny, i metalowe gitary
Jenny Hval & Susanna — Meshes of Voice // Numbered and Signed Black Vinyl (2014) — dymana sztuka
Jimmy Whoo — Motel Music (Part 1) // Red Vinyl (2015) — elektro powolne loopy z wokalami
John Krautner — Fun With Gum // Pink Vinyl (2015) — kiepski garażowy r'n'roll w glamowatym stylu albo brit-rock (Kinks)
Kill West — Kill West EP // Half Red/Half Black Vinyl EP (2014) — "Argentinian psych-outfit, droned out garage/psych flavours with a hint of surf thrown in amongst waves of reverb and fuzz" — no i wcale nie takie najgorsze
King Gizzard & the Lizard Wizard — Quarters! // Gold Vinyl (2015) — po ostanim słuchaniu nie spodziewam się, natomiast są wykupywani na pniu
Laure Briard — Révélation // Black Vinyl (2015) — "sings with the same simple joy that Françoise Hardy did in the early 60s, similarity to any of the French Yé-yé girls from decades past is slim, but there is a warm resonance in her inflections that recall the purity of that time period. There’s also a heavy Stereolab vibe happening on some of the groovier tracks" — no tak, nieszkodliwe muzycznie francuziki, ALE produkcja dobrze zrobiona
Lore City — Kill You Dreams // Black Vinyl — Fans of Cocteau Twins’ ethereal synth classics
Messages — Mirage // Black Vinyl (2013) — drony, smętne, na jednym klawiszu
Michael Rault — Living Daylight // Yellow w/ Blue Splatter Vinyl — via Burger Records/Pirates Blend Records, towards classic sounding 60’s R’nB, his latest album showcases a much more psych-pop/rock influenced sound, like Tame Impala, Ty Segall, and Unknown Mortal Orchestra = akurat tutaj mi się to podobuje

Modest Mouse The Moon & Antarctica // Numbered Clear Vinyl 2xLP — zasadniczo tak, chociaż drogo, owszem, nowe rzeczy czekają, ale jak tylko nieopatrznie włączę, to łzawię, chyba nie powinienem słuchać, emo, w sumie, TAKA płyta:
http://www.porcys.com/review/modest-mouse-the-moon-antarctica/ 
6. Modest Mouse — The Moon & Antarctica (2000)Jeśli sięgniemy do korzeni nazwy "rock progresywny", jako muzyki przełamującej bariery, wyznaczającej nowe ścieżki, nie oglądającej się za siebie, a następnie spróbujemy doszukać się takowej we współczesnym rocku, nie będzie tego za wiele. Nie zrozumcie tego źle, bo chodzi nie o wirtuozerię i maksymalizację formalnego pokomplikowania, a o poszerzanie horyzontów. A "The Moon & Antarctica" to taki właśnie album-drogowskaz. Modest Mouse spenetrowali bowiem na zakończenie ubiegłego stulecia muzyczny Księżyc i Antarktykę, czyli miejsca, gdzie wcześniej dotarli tylko ci najwięksi. Dzięki nie pozostawiającej żadnych niedomówień produkcji, swobodzie świetnych instrumentalistów, wreszcie kompozytorskiemu kunsztowi, nie ma tu się do czego przyczepić. Stworzona przez zespół legenda Edgara Grahama (skracając do minimum: prowincjonalnego muzyka-amatora, który paranoicznie zatraca się w swoim fanatycznym uwielbieniu dla Modest Mouse i stopniowo przejmuje cechy osobowości Brocka), działa na wyobraźnię, pogłębiając i tak dość mistyczną już atmosferę albumu. Centralnym punktem płyty jest mroczna trójka, ze streszczającym genialnie styl grupy z Seattle w obrębie dwóch minut "Alone Down There" pośrodku. Nawet jedyny oderwany od reszty płyty, funkujący, ale naznaczony psychicznym, desperackim szlochaniem Brocka "Tiny Cities Made Of Ashes", zostaje idealnie wyprowadzony miniaturkową, akustyczną figurą. Rozpływać można się tu jednak praktycznie nad każdym rozwiązaniem, nie wyłączając tekstów, a w zasadzie wysuwając je na pierwszy plan. Ot, choćby takie "Lives". Co zdanie, to sentencja do przyklejenia nad biurkiem. Modest Mouse dali tu z siebie wszystko i jeszcze trochę, czego uboczne efekty słyszymy dziś zapoznając się z kolejnymi, nie do końca udanymi dokonaniami zespołu. Zanegowanie artystycznej wartości "The Moon & Antarctica" nie wchodzi jednak w grę i nie ma żadnego "ale", moi drodzy. (ka)
Monolord — Vanir // Opaque Purple Vinyl — przesłuchać sobie, bo grają, winyl niezły — no i "znana" wytwórnia: Riding Easy Records
Moon King — Secret Life // SLY EXCLUSIVE OFFER, 15% DISCOUNT // Clear Vinyl — że niby co, nie sprzedaje się? — obrazek winyla już kopiowałem wcześniej, mam w zasobach — gaze/kraut/pop/rock/post-punk noisemakers — wszystko nieprawda
Moth Effect — Up In The Sky (2012) — tzw. muzyka elektroniczna
New Candys — Dark Love/Surf 2 // Black Vinyl 10”s — spoko shoegaze-rock - jesus and the mary chain w nowym stylu
Nick Jonah Davis — House Of Dragons // Black Vinyl — akustyczne gitarowe gitarowanie — ale ale kurcze, dobrze się tego pitu słucha
Paper Dollhouse — Aeonflower // Black Vinyl (2015) — "An exploration of warped, dream-like atmosphere and taught, noise-ingrained electronics" = mogłoby być na Anoście — "In The Sun" świetne, cała płyta godna
Pinkshinyultrablast — Everything Else Matters (2015) POSZłO — electro-shoegaze, "These guys are hot as Pamela Anderson in the early 90’s these days, so jump on it A-S-A-P!!!", to w ogóle Ruskie som, bardzo OK
Platinum Boys — Future Hits // Colored Vinyl (2015) — kurcze, wciąż ludzie grają czerstwego r'n'rolla, tylko garażowo, jak trza
Red Fang — Murder the Mountains // Translucent Gold Vinyl LPs + Bonus 7” — owszem, winyl ładnie, ale muzyka oczywista
Rvnes + Mass — All Men Are Prey to the Same Beast // Black Vinyl — jakaś straszna alternatywa, szum + wrzask
Slim Twig — A Hound at the Hem (Reissue) // Pink Vinyl (2014) — "Slim’s vocal teeters between Brian Eno’s pitch-controlled experiments, David Bowie’s cocaine-fueled mid-70s croon, Iggy’s smack-induced morosity, and even Matthew Dear’s devilish darkwave swoons". — Też coś dla fanów Roxy Music. Tak dziwne, że aż zajmujące, bowiem melodycznie Residents mi się też kłania. Cholernie intrygujące. Słuchalne.
Storyville | Mega Ran — Soul Veggies // Eggplant Purple Vinyl 12” — hip-hop o warzywach
Such Hounds — Drink To Sleep b/w Those Lies // Limited to 300 Smokey Clear Vinyl 7” — ładny winylek, ale granie marniunie
Suicideyear — Japan // Clear Vinyl LP (2015) — elektronika
Sutja Gutiérrez — Cult & Truth // Hand-Stamped Black Vinyl — taki jakiś eksperymetalny indie-rock, nie razi
Teeel — Hydrostatic (2014) — elektro z wokalami, podrasowane lata 80., ale całkiem sprawne, klimatyczne, wciągające do słuchania
The Album Leaf — Seal Beach // Black Vinyl EP (2003) — starsza elektronika w miłym stylu, plumka i głaszcze po uszach + akustyki
The Audible Doctor — Can’t Keep The People Waiting // Multicolored Vinyl EP (2014) — jak 50 Cent, Smoke DZA, and Consequence & John Legend, wszystko w tym temacie
The Holydrug Couple — Moonlust // Wax-Sealed Vinyl (2015) — kolejne TameImpala-podobne, ale po numerze promującym zbyt wiele nie rokuje
The KVB — Always Then (2012) — The KVB — Mirror Being // ‘Moon Blue’ Vinyl LP — to jest ciekawe, Joy Division i Jesus and... w wersji electro, w klimacie bezbłędnym
The Left Outsides — The Shape Of Things To Come // Black Vinyl (2013) — "alternating modern folk songs in the tradition of classic english folk ballads" — no właśnie
The National — Sorrow // Limited to 1500 Clear Vinyl 9xLP Box Sets (2015) — fffff, to ci historia — ale wykonanie produktu śliczniuuuunie
The Vaccines — English Graffiti // Deluxe Colored Vinyl 2xLP w/ Bonus Tracks — eee, kiedyś stary punk-rock w teraźniejszym wydaniu, a teraz brytolski rock, ot zwyczajny rock
This Will Destroy You — S/T // Gold Vinyl (2007) — już mam jednego gold winyla, i to jakiego! — a to bardziej ambiencik niż rock = ambientny rock = trochę smętnego granka (nie na organkach)
This Will Destroy You — Young Mountain // Green Vinyl (2006) — to teraz to zwą post-rockiem, co nie?
Vestals — Forever Falling Toward The Sky // Black Vinyl — "sounds like a not-too distant cousin of Windy & Carl, early Her Space Holiday (who also happens to be from the Bay Area), Mazzy Star and the Azusa Plane"
Warm Thoughts — Intangible // Random Color Vinyl 7” — no ślicznie nagrane śliczne alternatywne amerykańskie piosenki
Westkust — Summer 3D / Weekends // Black Vinyl 7” (2013) — na razie zapowiedź LP, ale jestem teraz taki shoe, więc będę patrzał — http://slyvinyl.com/rock/white-manna-pan-limited-multi-colored-splatter-lps?utm_source=feedburner&utm_medium=feed&utm_campaign=Feed%3A+slyvinyl+%28Sly+Vinyl+|+Your+Record+Informant%29
White Reaper — White Reaper Does It Again // ‘Clear with Black Splatter’ Vinyl LPs (2015) — można mieć te same zarzuty co do wielu garaży, ale to mnie się podobuje (brzmienie)
William Ryan Fritch — Revisionist // Black Vinyl — pieśniarz taki o delikutaśnym głosie


a potem będę zbierał te listy i robił listy z tych list



piątek, 10 kwietnia 2015

Odcinek bez prima aprilisu



1 kwietnia, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca dostajemy prezenty.

Mam szczęście do muzyki. Teraz np. odkryłem klasyczny lo-fi indie garaż, który poraża młodością, świeżością, melodyką i fajnością. Też bym tak chciał!
Pill Friends — Blessed Suffering (2013)
mają odpowiednią dawkę lizryzmu i szalenstwa, tak jak kiedyś odkrywało się Japandroids, Modest Mouse, czy nic mi teraz nie przychodzi do głowy.
***
same rewelacje dzisiaj na dusty:
Japandroids — Celebration Rock (2012) $13.99
Ought — More Than Any Other Day (2014) $16.99
nie, ale se myślę, że lepiej nowe niż stare wysłuchane, dlatego nie Slint
***
no, dzisiaj pracowicie udany dzień, nie ma italiano, jest uzupełnianie
***
trawka pilnie rośnie, fioletowe kwiecie również, słońce wyszło w moim parku!
zakupy szybko udanie
próba w sam raz udanie
minięcie Ciotki i wieczorne czynności (?), nieee, słuchałem krążków, powrót króla musi jeszcze zaczekać


2 kwietnia, czwartek

Odcinek z szybkim makaronem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pod wrażeniem dzisiejszego słońca.

duży zbiornik moczu po piwie (wczorajszy zapach taty)
zapamiętale dowlekam przekserowaną książkę, wietrznie na spacerniaku, ale słonetrznie
Gortat w końcu dobrze, Harden 51 pkt.
***
taki się ze mnie fejsiarz zrobił z puszczaniem krótkich szybkich newsowych podniet
***
dzień za dniem, ale pewnie dlatego są łatwiejsze do zniesienia/przeczytania, że każdy jest jakby od nowa/odnowa, na kupie to bezład powtórzeń
***
wreszcie znalazłem linki, zasadzam się (BARDZO PILNIE) na zwieńczenie trylogii, wpis tłumaczki Llosy dość fabularny miast fachowy, nie mogłem słuchać muzyki, dziecko lubi powietrze

[1]

3 kwietnia, piątek

Odcinek z początkiem świąt

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jakby w dzień nieco mniej pracujący.

Georges Perec — Życie instrukcja obsługi (1978)
bardzo ładne wydanie, boję się, że poniszczę trochę
kiedyś tam zajrzeć:
http://www.ha.art.pl
***
nie chciało mi się spacerniakiem i ledwo na ten 162, słonecznie, a ja w płaszczu, jak tu nie zapisywać, skoro dni potem uciekają
***
słyszałem jak Matthew Herbert poszedł w świnię
***
dostałem od życia dwie godziny, część z tego zużyłem na pospieszne zakupy świąteczne (choć świąt w tym roku nie będzie) — dwa kotlety rybne, widziałem dramaty młodych ludzi, dla których zabrakło wędzonej szynki itd.
światło było dzisiaj obłędne, wyświecało wszystko na przestrzał, słońce i temperatura bardziej marcowe (kiedyś to była pogoda na święta...), na tle jasnobłękitnego nieba chmury walczyły ze sobą kolorami, od gęsto śnieżnobiałego po rozproszoną szarą watę, z której ciągnęły ku dołowi pionowe strugi, jedne takie kłębowisko zdawało się nawet, że samolot celowo je okrąża, park już czeka ze swoimi pąkami, by wystrzelić, nie można było zmarnować takiej okazji, od biedy poprzez gałęzie dało się zobaczyć panoramę Gdańska
o ile w burych i jasnych brązach parku to wszystko było dopuszczalne, a nawet zjawiskowe, to Dolna w pełnym słońcu odsłania całą swą brzydotę, od chodników począwszy po fryzury lokalnych mieszkańców
zapach świąt się owszem unosi, towarowe wielkie torby z biedry, mężczyzna w granatowym błyszczącym (nie ortalion, ten inny, gruby materiał) granatowym dresie stojący na parapecie drugiego piętra i myjący okno
pominąwszy już te 1/3 budynków dzielnicy, których nie ma, zastąpionych przez wyzierające puste, ziemiste przestrzenie, zabite żaluzjami z blachy sklepy i sklepiki z zamurowanymi drzwiami oknami, które nie sprostały jarmarcznie wyglądającej z witryn konkurencji, ulokowanej w obsypujących się przedwojennych kamienicach, szarość w słońcu aż błyszczy tym szorstkim matem, a jednak życie tam trwa w tych obrzmiałych czy zbyt jaskrawo umalowanych twarzach, kombinezony i obuwie albo skrajnie nowoczesne albo nad wyraz niezobowiązujące, plejada
zasadniczo przecież nie potrzeba nic więcej, jak pójść do znanego sklepu przez tory, by kupić te same znane produkty, wystarczające do udanego spożycia, przynajmniej człowiek wie, co gdzie stoi i nic go nie razi zbytnim zbytkiem i frywolnością
i teraz, wszystko pięknie, ładnie, wzruszyłem się, łzy w oczach, zwłaszcza że oglądam to oczami wyobraźni i wspomnień zza okien autobusu, za dnia, w pełnym oświetleniu, a nie przemykając się mniejszym lub większym zmrokiem
mają tam takie instytucje, siedliska hazardu, tak samo gęsto rozmieszczone jak lombardy, czyli przynajmniej po dwa, które za czarnym szkłem kryją w sobie jakieś kuszące jestestwa, znaczy się automaty
dotarło do mnie, że po raz pierwszy (drugi i kolejny), to ja nie bywałem tam (w dawnych czasach) z kolegami z podstawówki, lecz z wujkiem, który po pracy (zamiast pracy?) w ramach takiej czy innej opieki spędzał czas na Oruni zamiast w domu na Zaspie
historię o kinie Kosmos i filmach w I i II klasie podstawówki mam przerobioną - seanse o 16, kiedy pani ze świetlicy z wielkim oporem puszczała 5-10 minut wcześniej (wujka musiała cholera brać z tymi moimi małymi nóżkami, najpierw całe pół Dworcowej, potem zakręt między domem kultury a nieistniejącą strażą pożarną, a następnie cała długość małego parku, wreszcie po starych schodach, już obok kina)
zatem tym razem nie słynna Adria, gdzie od wejścia, patrząc na przestrzał przez siwą zawiesinę papierosowego dymu nie można było dostrzec przeciwległego kontuaru, a jedynie domyśleć się jego obecności, przycienione okolice rozświetlone przyżółconymi niegdyś białymi obrusami, podejrzewam, że szare firanki osiągnęły taką gęstość, że łatwiej byłoby je złamać niż zwinąć
a zatem: domy gry
nie bilard, bo to rozrywka dla nowobogackich nuworyszów, ale flippery oraz pierwsze gry elektroniczne, prawdziwe szafy nie grające (takie to jedynie w ośrodku wczasowym na Kaszubach), ale do grania
nieduże okienko wycięte w ściance działowej z dykty, gdzie rozmieniano banknoty na stosik monet
ja naiwne dziecko, nie wiedziałem skąd się brały flaszki, ale przecież przyjemniej się grało przy piwku, bo to nie była rozrywka dla dzieci, młodzieży może tak, dzieciaki mogły okupować jedną czy dwie maszyny, na reszcie grała dorosła część społeczeństwa
i tak schodziły godziny, monety i flaszki, kobiet nie było, hazard to męska sprawa, bo to hazard, prawda? a dzień był codzienny, nie twierdzę, że automaty (tak to się zwało) było codziennie, ale codziennie było coś, ci mężczyźni nie lubili wracać do domu, po drodze z pracy było tyle atrakcji, ba to nawet nie chodziło o atrakcje, to był styl bycia, życie spędzało się w różnych miejscach, niekoniecznie w domu, co na to kobiety/żony/matki? pewnie odetchnęły wraz z rozwojem telewizji kablowej, przynajmniej widzą ile schodzi, a i zakupy w dyskoncie taniej
zatem, bywaliśmy tam, we fliperach, a tym bardziej na automatach, jak i w każdej innej grze zręcznościowej nie byłem orłem (cóż za rozczarowanie dla wujka), co zabawne, w przeciwieństwie do innych, wydawałoby się masywnych kamienic, ta buda, zaraz przy ulicy, wciąż stoi, obecnie przyjmuje złom, obok niej, pod kładką dla pieszych, na wysokości na skrętu Małomiejską pobudowały się inne ustrojstwa, kiedyś kwiaciarnia, teraz pizzeria, w głębi za placem (parkingiem?), na którym przez kilka zim kupowało się choinkę, stanęli w nowszym ciągu domków świadkowie Jehowi, trzecią stronę placu zamykała kamienica z muru pruskiego (nieistniejąca), mam ją na zdjęciu nawet
parędziesiąt metrów wcześniej przy tej samej ulicy, Jedności Robotniczej (chuja tam jakiegoś Wojciecha, spierdalać mi z tym do tej wiochy pod Pruszczem), obok znacznie większej od niego kamienicy, stał dom, którego front przypominał dworek szlachecki, czyli miał zróżnicowaną formę dachu, a przede wszystkim niezabudowany ganek oraz obszerne półkoliste schody, niezwykła rzecz, niegdysiejsza knajpa w środku była dwupiętrowa, albo raczej miała parter (z barkiem) oraz piwnicę, schodziło się do czeluści, a jednak wydawało się, że było tam jaśniej niż w "Adrii"
dzisiaj nie będę cofać się dalej, gdzie czekają kolejne atrakcje, sklepiki, których wnętrza były "w drewnie"; ruszam do przodu, na tzw. punkt
punkt, to skrzyżowanie Jedności Robotniczej z Sandomierską, nikt nie wspominał, że tam schodzi Małomiejska (w gruncie rzeczy Podmiejska), tylko, że to skrzyżowanie Jedności Robotniczej z Sandomierską właśnie, podobnież to były niegdyś Chmielniki, niemniej punkt to punkt, więc się spotykało na punkcie (takie miejsce rozchodu, albo za tory na Przy Torze, albo w stronę Gdańska, do pracy (Samopomoc Chłopska), albo do góry, na Górną, albo do domu, więc to musiał być punkt
zatem, na punkcie, w miejscu obecnej wiaty autobusowej (czy ten cud nowoczesności można nazwać wiatą?) znajdował się szalet miejski, drewniany, z podmurówką, czy jak to się tam zwie, od czasu do czasu odmalowywany zieloną olejną, owszem, cuchnęło, bo musiało cuchnąć, ale, a nawet wielkie ALE, w centrum (czyli w punkcie) był ośrodek użyteczności publicznej, nikt nie musiał sikać pod murami, pod kasztanami na wale kanału Raduni
bowiem, i tutaj powolutku docieram do mojej myśli, przy takim powolnym trybie życia, który znamionuje zachowania ludności basenu Morza Śródziemnego, takie potrzeby istnieją, i należy je gdzieś załatwiać, co więcej, ten szalet był darmowy! część męska miała kapitalne rozwiązanie techniczne, w kwadratowym pomieszczeniu, jakieś metr dwadzieścia od podłoża ściany były murowane (czyli podmurówka była wyższa he he), otynkowane i pomalowane bardzo grubo olejną, wzdłuż ścian biegły wybetonowane półokrągłe, dość szerokie rowki, z ustalonymi odpowiednimi skosami, dzięki którym mocz spływający doń (do rowków, nie do skosów) po ścianach ściekał dalej do dwóch otworów w podłożu, brawo
żeby niedaleko chodzić, już na Sandomierskiej, po lewej stronie, idąc w stronę torów, nieco głębiej, nie przy samej ulicy, znajdowała się "posiadłość" na planie kwadratu, z pasem zieleni, który otaczał przeszklony domek, wyglądający trochę jak bungalow, to była zwyczajna pijalnia piwa, w środku kilka stolików i czerstwych krzeseł, wzdłuż 3 przeszklonych ścian (czwarta to lada i zaplecze) odpowiedni parapet dla zmęczonych łokci
za młody byłem, aby tam pijać, a jakimś trafem przecież bywałem tam, tak jak bywali tam stali bywalcy, porządni ludzie po pracy, którzy pod wieczór stawali się mniej porządni
inna pijalnia, "u nas", za torami, za warzywniakiem, to było niemal maleństwo (w porównaniu a tą), drewniana, w stylu warzywniaka, przypominała pojedyncze pomieszczenie jakiegoś schroniska górskiego, prócz miniaturowego pomieszczenia z ladą, na zewnątrz miała coś w rodzaju ganku, który nietypowo ciągnął się wzdłuż budynku, nie na froncie, drewniane dechy, drewniane słupy podtrzymujące daszek, między nimi płotek składający się z dłuższej i krótszej części (drugie wzdłuż to ściana, a krótkie to dwu schodkowe wejście na ganek), płotek był zwieńczony wąskim, ale wystarczająco szerokim parapetem, aby postawić na nim butelkę, tutaj piło się na świeżym powietrzu
podejrzewam, że panowie urządzali sobie tzw. PODy (powolne obchody dzielnicy), gdyż pewnie były to jeden z wielu miejsc spotkań, bo kiedyś to dzielnica żyła i to żyła na poważnie
miałem kilka razy takie wrażenie (niedawno nawet), czy to w komunikacji tramwajowej w kierunku na plażę, czy już na dzielnicy, że gdzieś tutaj u nas u części ludności (niestety tej gorzej wykształconej), istnieje jeszcze ten pęd ku dowolnym zgromadzeniom, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, szczególnie dotyczy to obrazków osób w poważnym wieku, niekoniecznie tych, którzy już w ogóle nie zmieniają bielizny, kiedy siedzą na krawężnikach (kto dzisiaj siedzi na krawężnikach?) albo na schodach (gdzie dzisiaj znaleźć porządne schody?) i po prostu spędzają letnie popołudnia po pracy, bez zatargów i natręctw, jak zwykli czynić ci, co piją wino w ciągu dnia do każdego z posiłków
bywa takie wrażenie, że im się nigdzie nie spieszy, jest słońce, jest pogoda, a biedna, więc chujowa straż miejska nie zajrzy tutaj przez najbliższy czas
zapewne w warunkach dzieciństwa człowiek był chroniony immunitetem jako dziecko oraz immunitetem wujka, a wtedy, jak i teraz, nie zadziałałaby korzystnie odmienność wyglądu i przekonań, zapewne człowiek z miasta nie mógłby przyjechać i napić się piwa w pijalni, bo to nie było miejsce dla niego, ponieważ miejscowi uważali, że to nie jest miejsce dla niego i już (naganne)
niemniej mam wrażenie, że tamte czasy miały w sobie coś ze wspólnotowości, oczywiście niesprawiedliwej, bo nie obejmowały niepijących kobiet, które jeszcze nie odchowały swoich pociech, a życie toczyło się bardziej grupowo, a mniej w mieszkaniach, w których wyrazem luksusu było posiadanie kolorowego telewizora, i właśnie dlatego należy pić na świeżym powietrzu
zatem chyba miałem szczęście, że urodziłem się dawniej, nie w bloku, i nie na sypialni, a na  dzielnicy



czwartek, 9 kwietnia 2015

muzykie TOP 2015 (kwartał 01)



1. Fat History Month
2. Alex Calder
Strange Dreams (2015)
3. Pill Friends
Blessed Suffering (2013)
4. Sea Exchange
Schemes (EP) (2010)
5. Froth — Bleak (2015)
6. Pinkshinyultrablast — Everything Else Matters (2015)
7. JEFF the Brotherhood — Hypnotic Nights (2012)
8. Whirr — Sway (2014)
9. Au.Ra
Jane’s Lament (2015)
10. Hakobune — Looping Around the Forest I Thought I Remembered (2013)
11. Ghost To Falco — Like This Forever (2006)
12. Wilco
What's Your 20 Essential Tracks 1994-2014 CD1 (2014)
13. The Man I Fell In Love With — Dis Yourself EP (1998)
14. Helms Alee — Helms Alee (2007)
15. Spotlight Kid
Ten Thousand Hours (2014)

(przyda się do późniejszych rozliczeń)



Odcinek specjalny: John Barry — The Last Valley (1971)


 

Zaraz obok "The Lion in Winter". Jak się słucha to dzwonnice drżą i rycerze w górach się budzą. Obu tych filmów nie widziałem, a trzeba.

 



Odcinek z NBA (luty) (suplemencik)




środa, 8 kwietnia 2015

Odcinek z NBA (luty) (fajny trade deadline)


DeMarcus Cousins + Mike Malone = ten dobry początek => free Boogie
to już jest TEAM
Former Blazer Jerome Kersey dies at 52
1999 reserves — The Spurs Jerome Kersey and Will Purdue
Jerome Kersey and Terry Porter of the Spurs
Amare Stoudemire => Dallas
nie wiem czemu to mam, może jako znak czasów
DJ Augustin => OKC
Gary Neal => Minnesota
JaVale McGee => 76ers — nie pograł sobie
Enes Kanter => OKC
Kevin Garnett back to Minnesota 2015
Michael Carter-Williams => Bucks
Mo Williams => Charlotte
Kedrick Perkins => Cavs
Isaiah Thomas => Boston / Goran Dragic => Miami