czwartek, 16 października 2014
2014-07-02, środa — Queluz
dzisiaj też taka pochmurna pogoda
zwiedzanie nie napawało, zwiedzanie z rzadka napawa
a mnie ciężko wybrać wybór, ale było co oglądać i kolory też wpadły
miejscowość typu Słupsk, ale tylko elementy wioskowości wzruszające
mało zwiedzających, a pałac nosi w sobie ślady
hah, program telewizyjny kręcili obok, obeszliśmy wszystko karnie, podobało się
jednak zachwyca
mnie zniszczenie oczywiście dodaje uroku
dworzec SKM znamy już niemal jak własny
wieczorem była przechadzka na rondo markiza u góry
widoki
nowoczesność, tłok i korki (hej, a pamiętasz stłuczkę i ucieczkę z miejsca wypadku?)
różnorodność architektoniczna (np. teatr z palmami)
coś, czego nie ma w przewodniku, oczywiście nieczynne, mam przy tym najlepszą fotę wyjazdu
proszę proszę, Lizbona
środa, 15 października 2014
Odcinek z Lucy 2014
27 sierpnia, środa
My drogi i Miłościwie Nam Panująca byliśmy w kinie yeeeee.
Rano zimno i deszczowo, pokasłuję. Nie chcesz, ale do dworca, żebym się nie spóźnił do pracy. Samochód = ułatwienie.
Zarobieni i trochę strach. Jak zawsze. Ale za to dobre rzeczy:
Lalo Schifrin — Cincinnati Kid — The Film Scores Vol. 1 (2010) — tak wiem, kasety, na pamięć, ale:
CD1 Rhino (1964)
CD2 Once A Thief (1965) — jeszcze fragmentów z Delonem nie wrzucałem, co nie?
CD3 The Cincinnati Kid (1965)
CD4 The Venetian Affair (1967) — oj już widzę film, oj czemuż nie obejrzeć ponownie
CD5 Sol Madrid (1968) — o, o, o!
***
Roy Budd, Fred Karlin, Jerry Goldsmith — The Carey Treatment/Westworld/Coma (1972) — coś jakby składak różności, z którymi już się nieco zapoznałem, albo znam już ich styl.
***
Tymczasem chwila luksusu (nie ja wprowadzam program). Salceson ozorkowy. Wcale nie taki zły.
***
Zauważyłem piegi na przedramionach. Też powód do zmartwień?
***
Nie było kostki piernikowej (ale potem dostałem babeczkę!). Było słońce, było zakończenie esejów Fowlesa i natychmiast zabrałem się do okrycia "Maga" na nowo. Mistrz.
***
Spotykamy się, kiedy łykasz kanapkę pod kinem. Niemal 30 min reklam. Zaliczyliśmy wiele trailerów nowych filmów. W większości słabych. Ale do kina/na filmy TRZEBA.
Przemilczmy fabułę. Mam wrażenie, że "Lucy" nie udała się Bessonowi tak samo jak "Piąty element", tyle że tam jeszcze się starał stworzyć wszechświat z okolicami, a teraz już pojechał po łebkach. Nie podobał mi się ten niekonsekwentny balans między kiepską powagą i błahymi żartami. W tej kwestii "Adrenalina" i "Pirania #D" wygrywają. Właściwie mieliśmy niemal klasyczne łubudubu oparte na pomysłowości wizualnej (skopiowanej), finałowej scenie zerżniętej z "Akiry", zbyt długim, jakże niezbędnym pościgiem (tak, to nie pościg, oni się spieszyli) samochodowym z kraksami. Nawet znaczące jest to uproszczenie i sprowadzenie ekipy (filmowej) do Paryża, żeby nie trzeba było latać z akcją/ekipą. Z wysokości starego ramola rzekę: synu, a czy widziałeś "Śmierć w Wenecji"? Bo ja jeszcze nie. Pewnie, że można mnożyć zarzuty, iż po "Matriksie" wszystkie sceny walki/strzelanin muszą wyglądać tak samo, a skomplikowany pomysł trzech poziomów snu/świadomości "Incepcji" musi się oczywiście rozegrać na skuterach oraz z karabinami maszynowymi, ale po co. Niemniej — film oglądało mi się dobrze, bo był sprawny. Niemniej — w porównaniu dwóch ostatnich kiepskich filmów wybieram ten z Piercem Brosnanem (z sentymentu), on nie oszukiwał, że coś wnosi.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca byliśmy w kinie yeeeee.
Rano zimno i deszczowo, pokasłuję. Nie chcesz, ale do dworca, żebym się nie spóźnił do pracy. Samochód = ułatwienie.
Zarobieni i trochę strach. Jak zawsze. Ale za to dobre rzeczy:
Lalo Schifrin — Cincinnati Kid — The Film Scores Vol. 1 (2010) — tak wiem, kasety, na pamięć, ale:
CD1 Rhino (1964)
CD2 Once A Thief (1965) — jeszcze fragmentów z Delonem nie wrzucałem, co nie?
CD3 The Cincinnati Kid (1965)
CD4 The Venetian Affair (1967) — oj już widzę film, oj czemuż nie obejrzeć ponownie
CD5 Sol Madrid (1968) — o, o, o!
***
Roy Budd, Fred Karlin, Jerry Goldsmith — The Carey Treatment/Westworld/Coma (1972) — coś jakby składak różności, z którymi już się nieco zapoznałem, albo znam już ich styl.
***
Tymczasem chwila luksusu (nie ja wprowadzam program). Salceson ozorkowy. Wcale nie taki zły.
***
Zauważyłem piegi na przedramionach. Też powód do zmartwień?
***
Nie było kostki piernikowej (ale potem dostałem babeczkę!). Było słońce, było zakończenie esejów Fowlesa i natychmiast zabrałem się do okrycia "Maga" na nowo. Mistrz.
***
Spotykamy się, kiedy łykasz kanapkę pod kinem. Niemal 30 min reklam. Zaliczyliśmy wiele trailerów nowych filmów. W większości słabych. Ale do kina/na filmy TRZEBA.
Przemilczmy fabułę. Mam wrażenie, że "Lucy" nie udała się Bessonowi tak samo jak "Piąty element", tyle że tam jeszcze się starał stworzyć wszechświat z okolicami, a teraz już pojechał po łebkach. Nie podobał mi się ten niekonsekwentny balans między kiepską powagą i błahymi żartami. W tej kwestii "Adrenalina" i "Pirania #D" wygrywają. Właściwie mieliśmy niemal klasyczne łubudubu oparte na pomysłowości wizualnej (skopiowanej), finałowej scenie zerżniętej z "Akiry", zbyt długim, jakże niezbędnym pościgiem (tak, to nie pościg, oni się spieszyli) samochodowym z kraksami. Nawet znaczące jest to uproszczenie i sprowadzenie ekipy (filmowej) do Paryża, żeby nie trzeba było latać z akcją/ekipą. Z wysokości starego ramola rzekę: synu, a czy widziałeś "Śmierć w Wenecji"? Bo ja jeszcze nie. Pewnie, że można mnożyć zarzuty, iż po "Matriksie" wszystkie sceny walki/strzelanin muszą wyglądać tak samo, a skomplikowany pomysł trzech poziomów snu/świadomości "Incepcji" musi się oczywiście rozegrać na skuterach oraz z karabinami maszynowymi, ale po co. Niemniej — film oglądało mi się dobrze, bo był sprawny. Niemniej — w porównaniu dwóch ostatnich kiepskich filmów wybieram ten z Piercem Brosnanem (z sentymentu), on nie oszukiwał, że coś wnosi.
28 sierpnia, czwartek
Odcinek z ???
My drogi i Miłościwie Nam Panująca ???
Gilberto Gil — Expresso 2222 (1972) — czasem ci brazylianie przynudzają, ale na tej płycie widać, ile mu/tradycji zawdzięcza Devendra. Bardzo żywe.
***
???
Odcinek z ???
My drogi i Miłościwie Nam Panująca ???
Gilberto Gil — Expresso 2222 (1972) — czasem ci brazylianie przynudzają, ale na tej płycie widać, ile mu/tradycji zawdzięcza Devendra. Bardzo żywe.
***
???
wtorek, 14 października 2014
Odcinek z niesprzyjającą pogodą
25 sierpnia, poniedziałek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca musieliśmy mnie uspokajać, bo padało, a ja chciałem pielić.
Tak, to ten Michael Cera:
http://michaelceramusic.bandcamp.com/releases
***
Spacerniak może był. Po czym przez resztę dnia martwiłem się o pogodę. I ona się popsuła!
Ale twardo niszczyłem sobie kręgosłup, odsłoniłem więcej pigwy, a potem jedliśmy pizzę. Acha, jeszcze martwię się zapiaszczeniem pokoju. Wojną chwilowo trochę mniej. Pizza rules.
Po ciemku zebrałem spadnięte śliwki do mokrych oraz plastiki/szkła do wyrzucenia. Wciąż nie wiem jak, a raczej gdzie odsiać korzenie i perz. Miejsce jakieś by się przydało. To było moje poranne zmartwienie.
Po zmasowany pakowaniu na wtorek (3 kg papierówek, kg śliwek, słoiki, kaset wiele) można było się zbierać.
Mówisz, że nowa książka fajna.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca musieliśmy mnie uspokajać, bo padało, a ja chciałem pielić.
Tak, to ten Michael Cera:
http://michaelceramusic.bandcamp.com/releases
***
Spacerniak może był. Po czym przez resztę dnia martwiłem się o pogodę. I ona się popsuła!
Ale twardo niszczyłem sobie kręgosłup, odsłoniłem więcej pigwy, a potem jedliśmy pizzę. Acha, jeszcze martwię się zapiaszczeniem pokoju. Wojną chwilowo trochę mniej. Pizza rules.
Po ciemku zebrałem spadnięte śliwki do mokrych oraz plastiki/szkła do wyrzucenia. Wciąż nie wiem jak, a raczej gdzie odsiać korzenie i perz. Miejsce jakieś by się przydało. To było moje poranne zmartwienie.
Po zmasowany pakowaniu na wtorek (3 kg papierówek, kg śliwek, słoiki, kaset wiele) można było się zbierać.
Mówisz, że nowa książka fajna.
26 sierpnia, wtorek
Odcinek z klasyką na bosaka
My drogi i Miłościwie Nam Panująca mocno pakujemy się na jutro. Jedni to inni tamto.
Mam zaległości. Ale najpierw zacznę od wtorku:
Sabot — kaseta nieznana. We wczesnej młodości, kiedy już dochodziła wiedza do Sonic Youth, to była podjarka, że wow, tylko bas i perkusja, i że babka na perkusji, a taki czad. Ale to właściwie jazz-garaż jest. Tyle, że wciąż współcześnie brzmi, a kaseta nagrana źle.
WOW po jednej stronie (bo mam oryginał), a po drugiej nowy Michał Biela — początek myślę sobie fajny, taki polski/zagraniczny. Ale ten szept mnie zmęczył, ten minimalizm znudził i właściwie melodie nie wpadają. O co to halo.
Janis Joplin — Pearl (1971) — już jestem za to za stary i wysłuchany w tymże.
Talk Talk — The Colour of Spring (1985) — a to było zaskakująco nowoczesne. I podobało się i można by jeszcze popatrzeć.
Empty Bottles — zespół Bartka i Panny Oleander. Czasy. Słabo to nagrane, typowe do bólu, co gorsza, znam te numery. Historyczny zespół, jakby nie było.
The Orb — Cydonia (2001) — kiedy zaczynał się internet na serio, to była wygrana w jakimś konkursie. Słaby konkurs, słaba wygrana, ale darowanemu koniowi. Niby coś tam plumka, ale to już wtedy było stare. Może jeszcze musi chwilę odczekać? Z tym — to nudnawe.
Kontrast — W ciemnej nocy zawieszone słońce (2002) — muzyka ze Słupska. Byliśmy tam. Pewnie była najebka. Jedynie bół głowy zostaje po takich wyjazdach. Niemniej, po to się gra muzykę przecież. Co tutaj pokazują?
https://pl-pl.facebook.com/Kontrastoofka/posts/391471980962970?stream_ref=10
Oczywiście, to takie zjawisko społeczne. Nasze. Rodzime.
"V symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena należy do najsłynniejszych i najczęściej wykonywanych utworów muzyki poważnej". Też przez to przechodziłem i mam to zapamiętane. To takie radio złote przeboje. Całkiem przyzwoite, nawet po latach.
U2 — Boy (1980) — śmierdzi trochę polską nową falą, są już jakieś przebłyski stylu rytmicznego, ale nie jest to specjalnie ciekawe.
***
Esquivel.
Przesłuchałem hurtem wszystkie, bo było zarobienie, a chill był potrzebny. To jest świetne, ale nie aż na winyl. To jest niezwykłe jeszcze bardziej ze zdjęciem twórcy.
Odcinek z klasyką na bosaka
My drogi i Miłościwie Nam Panująca mocno pakujemy się na jutro. Jedni to inni tamto.
Mam zaległości. Ale najpierw zacznę od wtorku:
Sabot — kaseta nieznana. We wczesnej młodości, kiedy już dochodziła wiedza do Sonic Youth, to była podjarka, że wow, tylko bas i perkusja, i że babka na perkusji, a taki czad. Ale to właściwie jazz-garaż jest. Tyle, że wciąż współcześnie brzmi, a kaseta nagrana źle.
WOW po jednej stronie (bo mam oryginał), a po drugiej nowy Michał Biela — początek myślę sobie fajny, taki polski/zagraniczny. Ale ten szept mnie zmęczył, ten minimalizm znudził i właściwie melodie nie wpadają. O co to halo.
Janis Joplin — Pearl (1971) — już jestem za to za stary i wysłuchany w tymże.
Talk Talk — The Colour of Spring (1985) — a to było zaskakująco nowoczesne. I podobało się i można by jeszcze popatrzeć.
Empty Bottles — zespół Bartka i Panny Oleander. Czasy. Słabo to nagrane, typowe do bólu, co gorsza, znam te numery. Historyczny zespół, jakby nie było.
The Orb — Cydonia (2001) — kiedy zaczynał się internet na serio, to była wygrana w jakimś konkursie. Słaby konkurs, słaba wygrana, ale darowanemu koniowi. Niby coś tam plumka, ale to już wtedy było stare. Może jeszcze musi chwilę odczekać? Z tym — to nudnawe.
Kontrast — W ciemnej nocy zawieszone słońce (2002) — muzyka ze Słupska. Byliśmy tam. Pewnie była najebka. Jedynie bół głowy zostaje po takich wyjazdach. Niemniej, po to się gra muzykę przecież. Co tutaj pokazują?
https://pl-pl.facebook.com/Kontrastoofka/posts/391471980962970?stream_ref=10
Oczywiście, to takie zjawisko społeczne. Nasze. Rodzime.
"V symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena należy do najsłynniejszych i najczęściej wykonywanych utworów muzyki poważnej". Też przez to przechodziłem i mam to zapamiętane. To takie radio złote przeboje. Całkiem przyzwoite, nawet po latach.
U2 — Boy (1980) — śmierdzi trochę polską nową falą, są już jakieś przebłyski stylu rytmicznego, ale nie jest to specjalnie ciekawe.
***
Esquivel.
Przesłuchałem hurtem wszystkie, bo było zarobienie, a chill był potrzebny. To jest świetne, ale nie aż na winyl. To jest niezwykłe jeszcze bardziej ze zdjęciem twórcy.
Jerry Goldsmith — Rio Conchos (1964) — zaskakujący pozytyw. Jak na western, to nawet nie śmierdzi. Bardzo rozbudowane, klimatyczne, z wielością nastrojów. Brawo.
Jerry Goldsmith — Planet of the Apes (1968) — jest świetnym atonalem. Nie powiem, że to arcydzieło, bo brakuje melodii, ale robi wrażenie. Wciąż.
Powtórka ma ciut więcej z popu.
Tom Scott & Leonard Rosenman — Conquest Of The Planet Of The Apes — Battle For The Planet Of The Apes (1972) — pod wpływem poleciałem. Wiadomo, że klasa już nie ta, głównie trzyma się dzięki klimatowi, ale słucha się dobrze.
***
W lidlu nie było tego jabcokownika. W parku nie było ciepło. Na Stogach nie było termometru. Ale latałem na boso po dywanie i było ciepło (wspomnienie lata). Szalałem z gazetami (pielenie). Piliśmy piwo, leciała tv, pakunki/sprawunki. Kończę już Fowlesa, przynudza trochę. Ale też filozofuje (ateizm, śmierć, przyroda, te sprawy — czy troszkę oswaja? może). Ja jestem teraz głównie skupiony na katalogowaniu i przebieraniu i pieleniu. Bo czasu mało, a coraz częściej pada.
***
Grześ zrobił lampki, wspaniale.
Pojawiła się nowa sala na horyzoncie. Znaczy się na Kowalach. Żeby było ciepło.
Z muzyczką do snu, ale znowu niewyspany z rana. Ty zawozisz do Gdańska. Na czczo.
ps. oryginał, bo go w końcu pomniejszyłem
poniedziałek, 13 października 2014
Odcinek z ogniskiem i kiełbaskami
23 sierpnia, sobota
My drogi i Miłościwie Nam Panująca tak pół/pół.
Wstałem Ci ja w wybornym humorze.
Jeszcze tym słonecznym porankiem (po kasecie Killersów z Oruni) poszedłem na wakacyjne zakupy. Tu i tam i naprawdę nigdzie mi się nie spieszyło. To było wyjątkowe wydarzenie, a zakupy udane.
Bo najlepsze szwedki są z mięsnego.
Pół dnia na przyzwoitej pracy (acz przerażenie rozrostem korzeni jest — help!).
Żel zatem bez teatru, ale jeszcze kawałek pogody zaliczyliśmy.
Ognisko jak prawdziwe, kiełbaski jak prawdziwe.
Goście, iskry, pieńki, las za płotem, i dużo jedzenia.
Po zmierzchu powrót do domu (ze Straszyna, żem nie wspomniał).
Sobota wieczór była bardzo przyzwoita.
2 x.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca tak pół/pół.
Wstałem Ci ja w wybornym humorze.
Jeszcze tym słonecznym porankiem (po kasecie Killersów z Oruni) poszedłem na wakacyjne zakupy. Tu i tam i naprawdę nigdzie mi się nie spieszyło. To było wyjątkowe wydarzenie, a zakupy udane.
Bo najlepsze szwedki są z mięsnego.
Pół dnia na przyzwoitej pracy (acz przerażenie rozrostem korzeni jest — help!).
Żel zatem bez teatru, ale jeszcze kawałek pogody zaliczyliśmy.
Ognisko jak prawdziwe, kiełbaski jak prawdziwe.
Goście, iskry, pieńki, las za płotem, i dużo jedzenia.
Po zmierzchu powrót do domu (ze Straszyna, żem nie wspomniał).
Sobota wieczór była bardzo przyzwoita.
2 x.
24 sierpnia, niedziela
Odcinek z gradobiciem na mokro i zimno
My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy już kolejny mebelek
Po cichutku miksowałem.
Trochę zabajdurzyliśmy ze śniadaniem i kawą.
Jak poszliśmy wykonywać never ending story, to spadła ulewa. Zbyt mocna, byśmy ją przetrzymali. Nawet poszedł grad, zmarzłem.
Gorący prysznic. Obiad, dużo smacznego gryzienia (piskliwa soczewica).
Olałem już perz, pobawiłem się słuchawkami, kabel popsuty.
Nie planowaliśmy herbaty i ciasta, ale interes to interes. Antyalergiczny.
Następnie szybki żelfiks, a Ty działasz wielkie ciasto z jeżyną (własną) oraz wiórem kokosowym (cudzym). Pysznie.
Jeszcze wypas z pop-cornem i można było się poczuć jak w niedzielny wieczór z odcinkiem.
Odcinek z gradobiciem na mokro i zimno
My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy już kolejny mebelek
Po cichutku miksowałem.
Trochę zabajdurzyliśmy ze śniadaniem i kawą.
Jak poszliśmy wykonywać never ending story, to spadła ulewa. Zbyt mocna, byśmy ją przetrzymali. Nawet poszedł grad, zmarzłem.
Gorący prysznic. Obiad, dużo smacznego gryzienia (piskliwa soczewica).
Olałem już perz, pobawiłem się słuchawkami, kabel popsuty.
Nie planowaliśmy herbaty i ciasta, ale interes to interes. Antyalergiczny.
Następnie szybki żelfiks, a Ty działasz wielkie ciasto z jeżyną (własną) oraz wiórem kokosowym (cudzym). Pysznie.
Jeszcze wypas z pop-cornem i można było się poczuć jak w niedzielny wieczór z odcinkiem.
piątek, 10 października 2014
Odcinek z WOW na żywo
21 sierpnia, czwartek
Odcinek z końcówką lata
My drogi i Miłościwie Nam Panująca... zrobiłaś pyszne leczo, a on się rozpychuje.
Wczoraj od połowy dnia byłem w uśmiechach. Adaho zrobił mi przysługę się spóźniając, więc zrobiłem spokojny spacerniak i jeszcze załapałem się na końcówkę lata. Absolutnie! Na krótki rękawek. Przeuroczo. (kasują sad koło kościoła, na zboczach wygrzewa się jeżyna). A będzie jeszcze przecież jesień.
***
Próba była adekwatna. W domu okazało się, że pomyliłem baterie R20 z R14, więc tylko jeden kaseciak działa. Przy okazji ponownie się zadziwiłem jak wyburzają stary browar (przy okazji odsłaniając co nieco). Pan od kwiatów.
Przygotowania na jutro, leczo, buty, płyta, koperta, no i wreszcie lody, co do których się zarzekałem. Basówkę przytargałem, dałem radę tym razem.
Zeszło, ale spokojnie. Już poczułem weekend.
==============================
22 sierpnia, piątek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca zupełnie jak nie my.
Weekend niby się zaczął, ale bez stresu.
Pakuję się, jadę, mimo że bez R14 (hah, teraz trzeba te właściwe wyczerpać do końca!).
Adaho jak zwykle, ale rozpoczęcie imprezy mi zaimponowało.
Próba mikrofonu, zaproszeni goście i ruszyliśmy.
Podobało mi się.
Był ruch, była łagodna energia, była czołówka i było przebranie.
Był Wojt z Mają, ale o tym dowiedziałem się dopiero później.
Przesuń kasetę.
Skończyliśmy po ciemku, pobiegłem do domu. Z kaseciakiem.
Oglądałem film, było fajnie. (wakacyjny nr 2)
Pijany, śpiący i zmęczony oglądałem dalej, ale to już było ćwierć okiem, na szczęście zawczasu umyłem zęby. Czyli mogę obejrzeć jeszcze raz. (wakacyjny nr 1)
Po udanej imprze (jeszcze lato na mieście turystów) wróciłaś późno do domu. Na oglądanie. A oglądania nie było.
Odcinek z końcówką lata
My drogi i Miłościwie Nam Panująca... zrobiłaś pyszne leczo, a on się rozpychuje.
Wczoraj od połowy dnia byłem w uśmiechach. Adaho zrobił mi przysługę się spóźniając, więc zrobiłem spokojny spacerniak i jeszcze załapałem się na końcówkę lata. Absolutnie! Na krótki rękawek. Przeuroczo. (kasują sad koło kościoła, na zboczach wygrzewa się jeżyna). A będzie jeszcze przecież jesień.
***
Próba była adekwatna. W domu okazało się, że pomyliłem baterie R20 z R14, więc tylko jeden kaseciak działa. Przy okazji ponownie się zadziwiłem jak wyburzają stary browar (przy okazji odsłaniając co nieco). Pan od kwiatów.
Przygotowania na jutro, leczo, buty, płyta, koperta, no i wreszcie lody, co do których się zarzekałem. Basówkę przytargałem, dałem radę tym razem.
Zeszło, ale spokojnie. Już poczułem weekend.
==============================
22 sierpnia, piątek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca zupełnie jak nie my.
Weekend niby się zaczął, ale bez stresu.
Pakuję się, jadę, mimo że bez R14 (hah, teraz trzeba te właściwe wyczerpać do końca!).
Adaho jak zwykle, ale rozpoczęcie imprezy mi zaimponowało.
Próba mikrofonu, zaproszeni goście i ruszyliśmy.
Podobało mi się.
Był ruch, była łagodna energia, była czołówka i było przebranie.
Był Wojt z Mają, ale o tym dowiedziałem się dopiero później.
Przesuń kasetę.
Skończyliśmy po ciemku, pobiegłem do domu. Z kaseciakiem.
Oglądałem film, było fajnie. (wakacyjny nr 2)
Pijany, śpiący i zmęczony oglądałem dalej, ale to już było ćwierć okiem, na szczęście zawczasu umyłem zęby. Czyli mogę obejrzeć jeszcze raz. (wakacyjny nr 1)
Po udanej imprze (jeszcze lato na mieście turystów) wróciłaś późno do domu. Na oglądanie. A oglądania nie było.
ps. napisy w mojej wersji:
czwartek, 9 października 2014
Odcinek z wiedzą
19 sierpnia, wtorek
My drogi i Miłościwie Nam Panująca w związku z tym będziemy mieli łatwiej z sikaniem.
Szkoda, że już jesień i bluzy.
Urosły mi bary. Barry? To od szpadla.
LnŚ końcowka bardzo dobrze, nawet Sommer, chcę tę "nową" 1000-stronicową książkę, 2666. Spacerniak.
***
Parquet Courts — American Specialties Cassette (2012) — to już naprawdę mało oryginalny, słabo nagrany misz-masz średniego Sonic Youth, wczesnego Pavement i jakiś eksperymentująco folkowych rzeczy.
***
Szybkim marszem po znanych opłotkach (ale zarosło!) doszedłem na Chełm. Słóńce ciut przygrzewa.
Inspekcja ogródka raczej pozytywnie, wszystko prawie wyciąć, ale za to mamy węgierkę. I pigwę.
Szafa stawiała opór niejako przez wypadanie nóżek. Ale była stabilna i jakoś przeżyliśmy tę trasę na Siwiałkę x 2 bez radia.
Jedno piwo czyni cuda.
Sklepowy wędzony pstrąg nie taki sam, ale byłaś/kupiłaś!
Był czas, był odcinek = znakomicie.
Chcemy 3D.
My drogi i Miłościwie Nam Panująca w związku z tym będziemy mieli łatwiej z sikaniem.
Szkoda, że już jesień i bluzy.
Urosły mi bary. Barry? To od szpadla.
LnŚ końcowka bardzo dobrze, nawet Sommer, chcę tę "nową" 1000-stronicową książkę, 2666. Spacerniak.
***
Parquet Courts — American Specialties Cassette (2012) — to już naprawdę mało oryginalny, słabo nagrany misz-masz średniego Sonic Youth, wczesnego Pavement i jakiś eksperymentująco folkowych rzeczy.
***
Szybkim marszem po znanych opłotkach (ale zarosło!) doszedłem na Chełm. Słóńce ciut przygrzewa.
Inspekcja ogródka raczej pozytywnie, wszystko prawie wyciąć, ale za to mamy węgierkę. I pigwę.
Szafa stawiała opór niejako przez wypadanie nóżek. Ale była stabilna i jakoś przeżyliśmy tę trasę na Siwiałkę x 2 bez radia.
Jedno piwo czyni cuda.
Sklepowy wędzony pstrąg nie taki sam, ale byłaś/kupiłaś!
Był czas, był odcinek = znakomicie.
Chcemy 3D.
20 sierpnia, środa
Odcinek z jednopiosenkową próbą
My drogi i Miłościwie Nam Panująca w przyszłym tygodniu pójdziemy do kina!
10 stopni rano i marznę. Nie da się przytrzymać lata.
2666 muszę przeczytać. Podobnie jak zapis dziennikarski tego śledztwa.
Teraz stopniowo nadrobić zaległości z notek, bo gdzie indziej pali się, tak jak niemal zawsze.
***
Przyszedł Lalo Schifrin — The Liquidator (1966), ale drogi i nie wiem, co z nim zrobić. Zaczekam do września.
***
Trans Am — Red Line (2000) — daleka jest od genialności "The Surveillance", ale numer "Play In The Summer" dobiega tamże.
***
Zatem jednak kawalątek Per grazia ricevuta — Nino Manfredi (1970) i siup. Drożdże (bo muszę wspomóc pączkowanie, na razie nie idzie) i całą próbę ćwiczyliśmy jednej numer ("Tell Me", podobno ma poważny tekst), ale za to od początku do końca. Udanie udanie, choć z oporami czasem szło, ta technika nas gubi.
***
Wieczorny powrót, więc tylko załadować pliki i przytulaczki.
Odcinek z jednopiosenkową próbą
My drogi i Miłościwie Nam Panująca w przyszłym tygodniu pójdziemy do kina!
10 stopni rano i marznę. Nie da się przytrzymać lata.
2666 muszę przeczytać. Podobnie jak zapis dziennikarski tego śledztwa.
Teraz stopniowo nadrobić zaległości z notek, bo gdzie indziej pali się, tak jak niemal zawsze.
***
Przyszedł Lalo Schifrin — The Liquidator (1966), ale drogi i nie wiem, co z nim zrobić. Zaczekam do września.
***
Trans Am — Red Line (2000) — daleka jest od genialności "The Surveillance", ale numer "Play In The Summer" dobiega tamże.
***
Zatem jednak kawalątek Per grazia ricevuta — Nino Manfredi (1970) i siup. Drożdże (bo muszę wspomóc pączkowanie, na razie nie idzie) i całą próbę ćwiczyliśmy jednej numer ("Tell Me", podobno ma poważny tekst), ale za to od początku do końca. Udanie udanie, choć z oporami czasem szło, ta technika nas gubi.
***
Wieczorny powrót, więc tylko załadować pliki i przytulaczki.
środa, 8 października 2014
Odcinek ze znakiem zapytania
17 sierpnia, niedziela
My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędziliśmy niedzielę, ale teraz już nikt nie pomni jak i gdzie.
A może było zbieractwo, robienie wielkich musów, a potem już, w nagrodę, oglądanie odcinków, picie piwa i jedzenie zaległych sajgonek. Musi to był ten ekstra wieczór!
My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędziliśmy niedzielę, ale teraz już nikt nie pomni jak i gdzie.
A może było zbieractwo, robienie wielkich musów, a potem już, w nagrodę, oglądanie odcinków, picie piwa i jedzenie zaległych sajgonek. Musi to był ten ekstra wieczór!
| już skopana bestia |
18 sierpnia, poniedziałek
Odcinek z wtorkiem
My drogi i Miłościwie Nam Panująca po oczyszczeniu szafy (a ja nic).
Lato mija, ja z bagażami, dużymi. Przez 3 dni zapomniałem, jak to jest czytać książki. Fowles o literaturze — w tym jest najlepszy.
***
Jeremy Enigk — OK Bear (2009) — lata (i nastrój) już nie te, ale to miła barwa głosu do słuchania.
***
Fuck Buttons — Slow Focus (2013) — taka elektro elektronica, czasem mogłoby to być Trans Am, ale nie jest. Nie jest jakieś straszne.
***
Skoro wtorek..., nie, ale jest zamianka:
Dire Straits — Brothers in Arms (1985) — teledysk z robotami, piosenka wojenna jako wolna potańcówka. Nawet teraz miło się słucha. A kaseta bardzo stara i bardzo oryginalna.
Giuseppe Verdi — The Essential (vol. 1) — nic, co by mnie porwało.
Perfect — 1981-1989 (1989) — e, to całkiem udane jest. Bo ci gitarzyści grają, on śpiewa, klasyk taki, który może zbyt często w radio leci, ale na słuchawkach zyskuje (stereo).
Georges Bizet — Carmen — a nawet kilka przebojów się znalazło, co odnotowaliśmy ze zdziwieniem.
Depeche Mode — Ultra (1997) — to taki miły zespół, ułożony, że nawet jak przebojów jest mniej, to reszta leci bezkolizyjnie. Nawet jakby takie drobne eksperymenty elektro. Podobnie jak w przypadku U2 słucham bezrefleksyjnie, a z upodobaniem.
***
Unwound — No Energy (2014) — przedarłem się przez 32 numery noise-rocka. Owszem, nawet kilka numerów znałem. Ale nie ma w sobie mocy/sznytu tych największych noise'owców. Realizacja też odbiega od najlepszych. Chwalebne te zbieranie odrzutów, ale nie porywałbym się na winyl.
***
Poszedłem, zwiedziłem, kupiłem. Z gazetami się zabawiłem, byłem już najedzony, ale dodatkowo objadłem się czipsami. Zeszło do wieczora, a coraz ciemniej jest. Miałem opowiadać (ciekawość), ale bardziej interesowały mnie stare gazety i wycinki.
Odcinek z wtorkiem
My drogi i Miłościwie Nam Panująca po oczyszczeniu szafy (a ja nic).
Lato mija, ja z bagażami, dużymi. Przez 3 dni zapomniałem, jak to jest czytać książki. Fowles o literaturze — w tym jest najlepszy.
***
Jeremy Enigk — OK Bear (2009) — lata (i nastrój) już nie te, ale to miła barwa głosu do słuchania.
***
Fuck Buttons — Slow Focus (2013) — taka elektro elektronica, czasem mogłoby to być Trans Am, ale nie jest. Nie jest jakieś straszne.
***
Skoro wtorek..., nie, ale jest zamianka:
Dire Straits — Brothers in Arms (1985) — teledysk z robotami, piosenka wojenna jako wolna potańcówka. Nawet teraz miło się słucha. A kaseta bardzo stara i bardzo oryginalna.
Giuseppe Verdi — The Essential (vol. 1) — nic, co by mnie porwało.
Perfect — 1981-1989 (1989) — e, to całkiem udane jest. Bo ci gitarzyści grają, on śpiewa, klasyk taki, który może zbyt często w radio leci, ale na słuchawkach zyskuje (stereo).
Georges Bizet — Carmen — a nawet kilka przebojów się znalazło, co odnotowaliśmy ze zdziwieniem.
Depeche Mode — Ultra (1997) — to taki miły zespół, ułożony, że nawet jak przebojów jest mniej, to reszta leci bezkolizyjnie. Nawet jakby takie drobne eksperymenty elektro. Podobnie jak w przypadku U2 słucham bezrefleksyjnie, a z upodobaniem.
***
Unwound — No Energy (2014) — przedarłem się przez 32 numery noise-rocka. Owszem, nawet kilka numerów znałem. Ale nie ma w sobie mocy/sznytu tych największych noise'owców. Realizacja też odbiega od najlepszych. Chwalebne te zbieranie odrzutów, ale nie porywałbym się na winyl.
***
Poszedłem, zwiedziłem, kupiłem. Z gazetami się zabawiłem, byłem już najedzony, ale dodatkowo objadłem się czipsami. Zeszło do wieczora, a coraz ciemniej jest. Miałem opowiadać (ciekawość), ale bardziej interesowały mnie stare gazety i wycinki.
Głównie sport, głównie piłka nożna.
| nasze Goldfingery |
| szałwia, a w tle jest ONA |
| maliny się trafiły |
| nasz pigwa |
| dojrzałe już zjedzone, z tych "bezkolczastych" |
Subskrybuj:
Posty (Atom)







