wtorek, 15 września 2009

porządki

piątek, 11 września
Rzecz jasna ostatniego czwartku już nie pamiętam. Z pewnością w piątkowej wyborczej prawie nic nie ma do czytania. Tak jak gazeta potrafiła leżeć na pralce w dogodnym miejscu i służyć czasem nawet przez cały tydzień, tak teraz zdołałem ją przejrzeć w moment. W piątek wieczorem rozpocząłem akcję porządkowania naszych ściennych półek, którą zakończyłem w niedzielę. W głównej mierze polegało na selekcji przeczytanych czytadeł, zestawu LnŚ, zebraniu na kupkę jedną starych egzemplarzy "piłki nożnej" i innych wycinków gazetowych oraz ulubionych zeszytów z dzieciństwa w wyklejonymi zdjęciami piłkarzy (tudzież całymi gazetami), głównie z zakresu Hiszpania '82 i Meksyk '86 (choć mam nawet kilka zdjęć z Argentyny '78 — pamiętam jak wyrywałem je z zestawu starych "Przekrojów" na strychu/poddaszu u dziadka na Chełmie jeszcze na ul. Findera — oczywiście kilka lat po owych mistrzostwach), na kupkę drugą uzyskanych jakiś czas temu drogą kupna archiwalnych numerów "Magic Basketball", dorocznych szczególnych egzemplarzy niemieckiego "Basketball" i sporych wydruków tekstowych poświęconych nba, na kupkę trzecią magazyny muzyczne i około, "Tylko Rock" i pozostałe, a także parę innych papierowych drobiazgów.

Całość znieśliśmy (Skarbie vel. Pyszczku najwięcej!!!) do piwnicy, która jest bardzo sucha, więc zewnętrznej warstwie papieru grozi jedynie kurz, i uzupełniłem w całości półki pierwszą i drugą od dołu. Kto wie, kiedy do tego wrócę — w końcu tyle wydarzeń sportowych wydarza się wciąż, że nie sposób ich ogarnąć. Jedyna nadzieja w tym, że powoli człowiek traci zainteresowanie dla rozmaitych rozgrywek ligowych.
Następnie wybebeszyłem pozostałości na naszych półkach ściennych i rozpocząłem segregację użytkową. Przeczytane "wartościowe" pozycje na samą górę, duże i ciężkie albumy na podłogę, zebranie na jednej półce słowników hiszpańskich i angielskich, segregacja szpargałów z hiszpana, zgrupowany zestaw "lamp", w których znalazły się recenzje, inna grupa EiS, następnie hurtem wrzuciłem nasze zastępy nowo kupionych nieprzeczytanych książek i wciąż mamy całą półkę do dyspozycji!
Na przykład ostatnio w taniej księgarni zakupiłem książkę "Zapomniana rewolucja. Grecka myśl naukowa a nauka nowoczesna", spory mam zestaw do nadrobienia i nieprędko po niego sięgnę, bo mam do przeczytania Skvorecky'ego.
Co prawda wyprzedziłem rozwój wypadków, ale sobota musi w zestawie zaczekać, zaś nie ma co zwlekać.
Muszę przyznać, że grzebanie w szpargałach jest moim z ulubionych zajęć — ot przekładanie z jednych półek na inne, z nieco zmodyfikowaną klasyfikacją. Kiedyś ro robiłem z kasetami, przegrywając jedne piosenki do innych, żeby były odpowiednio pogrupowane, podobnie porządkowałem szpule z magnetofonu szpulowego. Teoretycznie mógłbym to robić z plikami mp3 — katalogowanie bezładnie porozrzucanych płyt musi być pasjonującym zajęciem!

czwartek, 10 września 2009

i co, znowu przegrali?

środa, 9 września
To, co lubi każdy polski kibic: mecze o wszystko.
Człowiek wrócił i od razu tyle emocji!

Na dłuższe podsumowania będzie jeszcze czas. Na wstępie można powiedzieć, że Portugalczycy są na tyle mili, że osoba z mizernym metr 72 może poczuć się naprawdę wysoka.
W swoim zapale lingwistycznym przeczytałem w codziennej portugalskiej gazecie sportowej ("Record", mają też jeszcze "Abola"), że Wasilewski miał bardzo poważną kontuzję, która może nawet zakończyć jego karierę obrońcy.
Ogólnie mieliśmy sporo radości z językiem portugalskim, po prostu zamiast hiszpańskiego "s" mówiliśmy "sz", co oczywiście nie oddaje całej prawdy, ale co chcieliśmy — to uzyskaliśmy.

Wbrew strasznym opowieściom "przemysł turystyczny" rejonu Algarve jest raczej odpowiednikiem miłych wakacji w towarzystwie dla emerytów i rencistów, w małym stopniu przypomina najazdy młodocianych rozwydrzonych angoli i szwabów na costa brava.
Większość centrów miast można swobodnie obejść w kilka godzin.

Absolutnie szałowe są wycieczki statkiem "za miasto" na piaszczyste łachy nazywane wyspami, które zapewniają inny rodzaj dostępu do fantastycznie czystego oceanu. Już nie mówiąc o tym, że przechodząc mostem nad rzeką, po której pływają stateczki, motorówki i skutery formalnie widać ryby duże, małe.
W miejscowości turystycznej, będącej "skupiskiem wysokościowców", zaraz obok obszernych "zestawów leżakowych" rozstawiła się cała flotylla łódek rybackich, które naturalnie wyruszają na połowy.
Przez niemal całe Algarve przebiega jedna linia kolejowa z dogodnymi połączeniami i jest ich zdecydowanie więcej niż między Gdańskiem i Warszawą.

Zaś Sewilla, ach Sewilla — połączenie szyku Mediolanu, monumentalności Barcelony i plątaniny wąskich uliczek, w których można się przechadzać godzinami.
Osławione 43 stopnie C, które wydawały się temperaturą nie do życia, okazały się raczej czymś, z czym (niemal) mieliśmy do czynienia na codzień, podążając piechotą w okolicach sjesty.
Nie wiem, czy podróże kształcą, na pewno można pić dużo piwa, porto i cydru nie upijając się i bez uciążliwych dolegliwości następnego dnia.
Nie trzeba zmywać naczyń.
Można czytać dużo książek.
Oby mieć dużo wolnego czasu w ciepłym kraju, w którym nikt nie zawraca ci głowy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

the lato is over

poniedziałek, 24 sierpnia
Gdyby (nie daj boże!) zdarzyła się różna od liczby startów liczba lądowań, to pamiętajcie mnie raczej poważnie, ot tak:

Zatem w ramach tzw. dobrych rad wuja Mata cóż mogę rzec? Droga młodzieży: życie to głównie zakupy w lidlu, robienie obiadów, zmywanie naczyń, sprzątanie mieszkania dwa razy w roku przed świętami, czasem jak ktoś zapowie wizytę. Naprawdę nie ma czasu dla siebie. Niestety.
Najważniejsze: bogato się urodzić. Można bogato się ożenić, ale z tym mogą się wiązać niekorzystne zobowiązania. Grunt to się nie przejmować, zdrowo się odżywiać, nie chudnąć, nie grubieć. Nie denerwować się, bo to szkodzi zdrowiu. Nie wywoływać wilka z lasu. Korzystać póki czas. Brać jak dają. Itd.
***
Przedostatnia scena "Manhattanu" pokazuje Allena, jak leży na kozetce i wymyśla:
"(...) Pomysł na krótkie opowiadanie o ludziach z Manhattanu, którzy ciągle tworzą te naprawdę niepotrzebne problemy neurotyczne dla siebie, bo to ich powstrzymuje od zajmowania się bardziej skomplikowanymi, przerażającymi problemami dotyczącymi... wszechświata. Bądźmy... To musi być optymistyczne (...)";
przypomina mi młodzieńcze rozważania, że osoby w bieżącym otoczeniu wolą się zajmować czynszem i wyglądem na imieniny u cioci miast NAPRAWDĘ WAŻNYMI SPRAWAMI. I tu miałem na myśli właśnie wszechświat itp. hi hi. Eh, młodość.
***
W gruncie rzeczy kwestia wygląda jak pod koniec odcinka Czarnej Żmiji: właśnie ktoś wrzucił do ognia jedyny rękopis twojej powieści, którą pisałeś 7 lat. W sumie i tak jesteśmy cwanymi świniopasami, którzy akurat mają fart, że żyją w dobie komputerów. Ktoś, kto stworzył komputer (a potem internet) jest bogiem.
***
Bardzo dawno temu nagraliśmy z Johnym piosenkę, której nadaliśmy tytuł: "Goodbye Sayonara" — oczywiście nie mając pojęcia, że to znaczy to samo. A więc zanim znów popadnę w tani sentymentalizm i zacznę wymieniać, kto dziedziczy moje niedokończone dzieła muzyczne robię do Was oczy:

i mówię:
"Goodbye Sayonara".
Następny wpis po wczasach.
p.s. lato się ma ku końcowi — temperatury w nocy jednak nie oszukują

piątek, 21 sierpnia 2009

korzenie

Właśnie zacząłem wielce pasjonującą lekturę "Historia chrześcijaństwa" Paula Johnsona, klasyczna pop-historia dla trochę zainteresowanych. Naprawdę okejowe są takie lektury, ponieważ zawierają podstawowy element badawczy (bibliografia, cytacje i te szmery), a jednocześnie są napisane jak "poważna" powieść sensacyjna — amerykanie jednak umieją sprzedawać takie sztuczki. Esseńczycy, klasztor w Qumran itp., np. judaizm — podobnież miast serwowanej nam opcji były co najmniej 24 sekty, który były co prawda monoteistyczne, ale w ogóle się nie lubili :)
Jest to absolutnie nieprawdopodobne z dzisiejszego punktu widzenia — mieć takiego hopla na punkcie religii. A nam w Polsce się wydaje, że mamy jakieś rozdrobnienie partyjne, bo 36-milionowym państwie jest ok. 100 partii. Oczywiście na myśl przychodzi "partia wyzwolenia palestyny" z "Żywota Briana", ale po prawdzie, oni tam chyba mieli tak na serio. To tak jakby na mojej dzielnicy nagle zbierały się stowarzyszenia i w każdym bloku była frakcja, która miałaby rozbieżne cele z frakcją z bloku obok. A tymczasem my rozpoznajemy jeno sąsiadów z naprzeciwka oraz dwóch z góry: jeden chodzi w czerwonej kurtce, a drugi nie :)
— ich żon już nie kojarzymy.
***
Insza inszość. Edward Prus i jego "Zapomniany ataman". Miałem rację, że lektura ciekawa, aczkolwiek podejrzana. Po błędach literowych, dotyczących składu i innych oraz po zestawie publikacji wydawnictwa NORTOM podejrzewam, że publikuje tam ktoś o ustalonych poglądach, kto sam opłaca wydanie swojego dzieła. Oczywiście Roman Dmowski nie płacił za swoje produkcje, ale Maciej Giertych, Benedykt Stefan Zima i Edward Prus raczej tak. Taka Zosia Samosia.
Niezależnie od nagięcia autora, zestaw faktów jest jednak niezmiernie ciekawy, dokładnie w tematyce stosunków ukraińsko-niemiecko-polsko-sowiecko-żydowskich na szeroko pojetej Ukrainie w latach II wojny światowej. Wykłady co prawda są niespójne, rozwlekłe, momentami bałaganiarskie, w dodatku upstrzone inwektywami (cyt. niedokładnie: "że jednak banderowcy nawet dzisiaj usiłują zatuszować swoje zbrodnie przypisując je bulbowcom"), ale warte uwagi.
I tutaj inny przykład podziałów, na które przeciętny człowiek nie zwraca uwagi, chyba że jest indie-rockowcem i zna kilka zespołów z okolicy. Rzecz dotyczy chwili obecnej (!) (a podobno od czasu pomarańczowej rewolucji wiemy już wszystko):
"(...) odróżnia się obecnie wśród Ukraińców:
1. starych obywateli radzieckich, mieszkańców ,
2. tzw. zapadników, z zachodnich obwodów Ukraińskiej Republiki Radzieckiej.
Wśród tych należy jeszcze wyróżnić:
a) Galicjan, a raczej Haliczan,
b) Wołyniaków,
c) mieszkańców Zakarpacia.
Oprócz tego są jeszcze Ukraińcy na Bukowinie i w Besarabii...". A potem następuje podział na świadomych Ukraińców i tzw. chochołów. Ta.
***
Tymczasem u nas, w oderwaniu od korzeni i ogólnym otumanieniu jedyne podziały dotyczą kwestii, czy jesteś kibicem Lechii czy Arki. W ogóle można uznać, że historia, o której będzie można poczytać w podręcznikach, będzie miała niewiele wspólnego z życiową aktywnością zwykłego obywatela. Ot, może napiszą o prezydentach, raz "nasz", potem komuch, potem "ich" z bliźniakiem do pary, a w ogóle naszego kraju nie ma, upadł ZSRR i do czasu Rosji Putina nic się nie działo, wszystko jest etapem przejściowym do dominacji Chin.
***
Tak se myślę (ho ho! gratulacje!), że obecnie historia świata w naszej części świata to historia piłki nożnej: Real Madryt, Barcelona, MU, Milan, Beckham, Ch. Ronaldo, kto za ile sprzedany, kto zdobył mistrzostwo świata, ile razy liga mistrzów, koszulki, karnety. Może czasem tenis — arystokracja. Jak historię będzie pisał brytol — będzie krykiet, jak amerykaniec — baseball, futbol, koszykówka dopiero na trzecim miejscu.
Hm.
***
Takie "genialne" zdjęcie widziałem w wyborczej. Myślicie sobie: Zaspa (Gdańsk-Zaspa — dla czytających na południe od Pruszcza Gd.).
Chuja tam.

Czuję się historycznie zubożony i wykorzeniony.


czwartek, 20 sierpnia 2009

Anioły i demony


czwartek, 20 sierpnia
Takie to sprawy były. W poniedziałek pojechałem do Endriusa, gdzie zainstalowaliśmy moją 4-kanałową kartę (z powodzeniem), zrobiliśmy foldery, zaimportowaliśmy podkłady, metronomy i takie tam. Sprawdziliśmy, czy się nagrywa i wszystko poszło ok. Endriu opowiadał, jak to było na festiwalu El-muzyki w Cekcynie (Endriu — III miejsce!). Przygotowania jak trzeba.

W drodze powrotnej zahaczyłem o kerfur i zakupiłem cukier żydujący. Wieczorkiem zasiadłem w domu, obrałem agresty i inne porzeczki, aż mi zeszło do północy. Ciężka praca.

Była śmieszna sceneria, kiedy zacząłem robić pompki (po ciemaku) i nadziałem się okolicami oka na szklankę, którą zostawiłem na podłodze. Szybkie użycie lodu spowodowało, że nie miałem trwałych śladów następnego dnia (niewielkie zaczerwienienie), więc niewinny żarcik, że Skarbie mnie bije nie udał się do końca.

We wtorek udałem się na salę, zaś Skarbie z sukcesem zaprawiło owoce w słoiki. Przybył Endrius, nastwiliśmy zestaw kabli, mikrofonów i stojaków, i gdzieś od 19:15 do 21:15 pojechaliśmy chyba z 6 piosenkami. Ogólnie szło całkiem nieźle, udało mi się zagrać podstawowe rytmy, kilka przejść.
Wydaje się, że niedoskonałości będzie można zatuszować tymi sprawniejszymi fragmentami. Klimat perkusji odpowiedni do utworów chyba jest zachowany (miotełki, miękkie pałki, powolny wyraźny rytm). Pracowicie spędzony wieczór. Podczas drogi powrotnej Endriu opowiadał o swojej wakacyjnej pracy w Wiśle, na obozie wokalnym dla dzieci (nagrywa tam).


W środę wreszcie trochę czasu dla siebie. Fryzjer (zrobiłem się na bóstwo), pojedynczy dokument z agentem 007. To co robi wrażenie, a na co - w dobie komputerów i zmasowanego kina akcji — w ogóle nie zwraca się uwagi, to prawdziwe występy kaskaderskie, które były kręcone tradycyjnymi metodami, z udziałem osób, o których obecnie nikt nie ma pojęcia, którzy nierzadko ryzykowali swoim życiem, wykonując numery niejednokrotnie raz w życiu, do tego czy innego filmu. Vide skok narciarza z krawędzi skały w "The spy who loved me". Dobrze jest wrócić do domu.

Wieczorem oglądaliśmy kryminalną przygodę wg Browna "Anioły i demony". Sympatycznie.


środa, 19 sierpnia 2009

Evelyn Waugh

poniedziałek, 17 sierpnia
Nie wiem czemu wydawało mi się, że do Tomka jedzie się strasznie długo (fakt, że tam kawałek piechotą od skm), a przecież to raptem za Zaspą, nie naczytałem się. Fakt też, że środki komunikacji podpasowały. Dokonaliśmy wymiany towarowej (oj, znowu Skarbie będzie słuchać i płakać) (mówi, że czuje taki niepokój w żołądku), okazało się, że Tomek już bardzo dawno zrobił teksty do ITNON — klasa. Otrzymałem "Columbus meets Arszyn" — będzie co komentować. No i bestseller na serpencie — brawo!

Mówił Tomek, że część niemieckich niezal-wydawnictw przechodzi na wydawanie niezal-kaset. Może to jest jakaś myśl, w końcu jestem jednym z ostatnich, który słucha walkmana. Ale jak tam zrobić nadruk na tej kasecie?
Zaś co mnie zdziwiło najbardziej, iż Tomek wyznaje się sporo na siatkówce polskiej męskiej, i potrafi wymienić w jakim klubie grają jacy siatkarze, zaś z tabeli potrafi wyczytać, kto zdobył punkt itd. (akurat trwał mecz eliminacyjny Polska-Słowenia). Takie buty.

W sobotę pogoda nie dopisała, więc ponieważ i tak planowaliśmy raz wybrać się na jarmark, to wypadło teraz. Nie kupiliśmy żadnej książki. Trafiły nam się jedynie kasety magnetofonowe za 1 zł. Np. Afghan Whigs "1965", Buffalo Tom, Drugstore, Swell — pomysleć, że kiedyś taki towar trzeba było kupować za prawdziwą gotówkę.
Po powrocie (późno) zrobiliśmy ciasto, upiekliśmy pizzę (tradycyjnie dobra) i powoli trzeba było się zbierać. Po 20 byliśmy u Jerzych i graliśmy w monopol zapijąc żołądkową gorzką z miętą ze spritem. Ale już złota gorzka z miętą on the rocks była zbyt hard-core'owa. I tak skończyliśmy koło północy.

W niedzielę pogoda okazała się akuratna na plażę, więc już o 10 zebraliśmy się rowerami, po czym nastąpiły dwie przygody:
— najpierw super torba wkręciła się w koło i zgniotła maksymalnie puszkę piwa, które rozlało się definitywnie (jaka strata!) (później okazało się, że zgniotła dwie — podwójna strata — ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy)
— potem, już w Gdańsku w moim rowerze odpadła zębatka z tylnego koła, co uniemożliwiło dalszą jazdę.
Za dobrą radą Skarbie postanowiliśmy wrócić na chatę, udało się nam nawet to sprawnie, Skarbie pedałowało ile sił w nogach, ja zaś trzymałem ją za siodełko i wiozłem się swobodnie (na zakrętach było ryzykownie, ale daliśmy radę).
Więc ponownie, już około 12 wybraliśmy się na plażę, tym razem tradycyjnymi środkami komunikacji. I postanowiliśmy zostać tam cały długi dzień, wypiekając się i obsypując piaskiem (mocno wiało). A właśnie, drugą część obiadu z poprzedniego dnia spożyliśmy na plaży — pycha.

Właśnie, od kilku dni oglądaliśmy film "Znowu w Brideshead" na podstawie powieści Evelyn Waugh, którą czytaliśmy bodaj w zeszłe wakacje, a z którym kiedyś zapoznałem się podczas lektury lektur do magisterki o literaturze camp. W sumie nieźle, że film — który określiłem mianem "nie dla kibiców lechii" — rozłożyliśmy sobie na części, bo trochę był długi. Chociaż i tak w sposób skrótowy pokazał cały konflikt między "parweniuszem" a wychowankami arystokracji, a w szczególności tę niszczącą siłę religii (i macierzyństwa).
W gruncie rzeczy pierwsza część filmu — opisująca specyficzne miłosno-erotyczne konotacje między trojgiem młodych ludzi była chyba ciekawsza.

piątek, 14 sierpnia 2009

Młody Sherlock Holmes i piramida strachu

piątek, 14 sierpnia
Poniedziałek — relaks, wtorek — próba w pełnym składzie, zaskakująco o 18. Szybko, wyjątkowo dobrze. Potem film z dzieciństwa, na którym byliśmy w kinie. Wtedy to były przeżycia!
"Młody Sherlock Holmes i piramida strachu".
(nie da się nie odczuć, że w jakimś stopniu ten film Spielberga miał wpływ na filmową wersję Harry'ego Pottera)
W środę coś się zrypało w robocie, a już poważnym ciosem było to, że ściągnąłem 45 plików do dvd, a 46 był popsuty! Tragedia. I niestety, nie będzie pełnej kolekcji.

Wybrałem się na spotkanie pożegnalne z Ciotką, a wieczorem obejrzałem kawałek meczu (nie piszę: futbolowego) Polska-Grecja 2-0. Odebrałem komputer-laptop.

W czwartek leniuchowałem (no dobra, pilnie przygotowywałem się do wizyty) przeglądając płyty z mp3 i filmami. Odnalazłem JAPANDROIDS (wielka radość).

Poczułem się niezwykle klarownie i spokojnie móc znowu katalogować pliki i archiwizować je poprzez wypalanie. Sama przyjemność.