piątek, 3 czerwca 2016

30.04–8.05.2016


30 kwietnia, sobota

zatę Żono ma

mamy regularne pobudki, mamy, bo to się powiela
5:40 startujemy, a potem trzeba jakoś przeżyć do 8
tego poranka się starałem
w końcu około 8 wyszliśmy do ludzi, jajecznica ala omlet, śniadanie
tego dnia chyba nawet mama wstała wcześniej — albo mi się pomyliło
teoretycznie: sobota = zmywanie naczyń
***
ponieważ było wcześnie, to wcześniej zebraliśmy się na Stogi, ale dziecko i tak chciało zasnąć w aucie
przystanek w cukierni Kidzińskich = pyszności
***
idziemy od razu na spacer, ale tam nie ma spania
zatem pętla zupełnie tradycyjna, dziecko pół drogi przejeżdża na stojaka
wracamy do domu 12:38, to w ogóle jeszcze nie pora na obiad
po pełnej miseczce kaszki idziemy do snu, mi się chce bardziej
w końcu, po kłótniach, dziecko się przemogło, poznałem po tym, że jak się przebudziłem, to ono oddychało głośno przez sen na moim ramieniu
***
obudziliśmy się, łącznie z babcią ok. 15, na obiad jedliśmy gorące kulki mięsne z makaronem i marchewką, prócz tego, że były zbyt gorące, to wyjątkowo marchewka szła lepiej niż mięso
potem, skoro już było później, to nie było chillu w fotelu z książką, tylko od razu tv
dziecko początkowo chadzało sobie po kanapie, potem między meblościanką a stolikiem, a już zupełnie oswojone wszędzie i w ogóle
w użyciu był też ciężki, mało zwrotny puf jako pchacz
i były wolne zajęcia na dywanie — dopóki nie przyjechała Mama
***
wieczorne, pewnie mimo tego, że późniejsze, to i tak pewnie dłuższe zasypianie niż zazwyczaj
i do dyżurowania

1 maja, niedziela

zatę Żono ma

tym razem 5:40 okazała się dla mnie zbyt wczesną porą, więc się nie wysilałem, a skutek był taki sam, jeżeli nie lepszy, dziecko musiało się zająć sobą i robiło to, korzystając z zabawek, którymi nie chciało się bawić poprzedniego dnia
***
była tym razem prawdziwa jajecznica
chyba bez specjalnych sukcesów, dziecko wyjadało głównie czerwoną cebulę, która wyglądała jak małe robaczki
***
zaczęliśmy od porannej działki, gdzie było słonecznie, ciepło, wręcz upalnie
gwałtowna zmiana temperatury następuje po wyjściu z działki na plac zabaw
zabawiliśmy tam trochę, by wrócić do domu na południową drzemkę
***
po zasypianiu udałem się wyciąć tę moją hodowlaną trawę, która zapewne wzbudziła by szyderczy śmiech prawdzieego działkowca, no nie rozsiała się sama, i schnie
było super ciepło (gorzej z kłócącymi się sąsiadami), brakowało tylko zimnego piwa, jak już zrobiłem, to wróciłem, a tam młodzież wciąż śpi
***
kontynuowałem poranny pomysł, by oglądać mecz Spurs-OKC bez wiedzy o wyniku, było extra, bo mecz niezwykle dominujący, coś takiego się nie zdarza
***
na obiad mieliśmy ogórkową, a dziecko jeszcze mięsne kulki
na spacer poszliśmy na miasto, odkryliśmy scieżkę obok torów PKM
***
wieczór i wieczorne jakoś nam zeszły (nie pamiętam)
faktem jest, że były mecze w euro porze, Miami walnęło Charlotte, a GSW machnęło Portland
zaś ja, po zasypianiu (Mama zafundowała mi pełny odsłuch palmy, bo nie chciała czekać do 19:15, a dziecko, po kąpieli wcale nie chciało spać i w konsekwencji wyszedłem z pokoju o 21), poszedłem podlewać swoją trawę
jako żywo przypomniały mi się wieczory poprzednich lat i te pół etatu, nawet pamiętam kasety, jakie leciały
a dzisiaj widziałem nietoperze
fajna jest dzika działka moja
***
higienicznie do snu i dyżurowania
 
2 maja, poniedziałek

zatę Żono ma

pobudka jak trza
do sklepu skoczyłem sam, ale mięsny zamknięty, więc tylko piekarnia (rogal i stare babeczki)
i tutaj zaczynają się pamięciowe schody
z pewnością 7 mecz Indiana-Toronto bez poznania wyniku (było nieźle, ale w końcu poszło Toronto)
***
pojechaliśmy na potężne zakupy do ex-reala
dużo mięsa, piwa i lody, oraz jakieś drobiazgi, tym razem się nie zmęczyłem, tylko ręce prawie urwane, prócz tego pyszności
***
działka — w pamięci wciąż widnieje możliwość, by spędzać tam popołudnia
***
z pewnością było też zasypianie około południa, tym razem już w towarzystwie piwa zrobiłem czarnoziem i ponownie popsułem sobie nożyce do trawy
przesadziłem skalniaki, na truskawki i borówki przyjdzie pora
i tak już przez dwa dni czuję, że to jest ciężka praca dla kręgosłupa
***
na obiad powtórka z rozrywki, po czym wyszedłem na spacer
zaliczyliśmy plac zabaw przy pętli, było sporo chodzenia
wróciliśmy do domu, Mama zaplanowała nam wieczór i poranek, więc zaczęliśmy się pakować
kiedy już odprawiłem młodzież na wro zebrałem się do piwni, wcześniej w sklepie kupiwszy miętowe medialony
***
graliśmy bez Juliusza, ale już byłem po dwóch wykonanych telefonach, więc zagramy w klubie i będziemy mieli przody
próba choć krótka (Wojt jedzie za miasto), była dobra, w zupełnie jasnym lesie wróciłem do domu
***
i skoro dostałem wolny wieczór na wyspanie się, to trzeba było porobić
butelki z piwnicy, mycie, zlanie ostatniej aronii
mycie butli, grzanie wrzątku, opróżnianie zawartości słoików od Wojta, z których tylko kilka miało pigwę, reszta to śliwki i truskawki
w przerwie zrobiłem sobie seans na piwo, popcorn i Goldfinger, potem leciało samo, a ja zrobiłem pełny nastaw
i tak pracowicie zeszło do północy, a w tym czasie Mama z babcią oprawiały 3 kg karkówki
grzecznie udałem się spać do zaciemnionej sypialni, bez żadnych filmowych opóźnień i z tego pełnego spania wynikło, że obudziłem się o 7:24, cholera by to
 
3 maja, wtorek

zatę Żono ma

ale nie ma gadu gadu, robota do zrobienia, zjeść resztki, oznaczyć flaszki, zanieść do piwni, rozrobić drożdże, ledwo się wyrobiłem
niemniej bardzo zapracowany i bardzo zadowolony, i jeszcze głośne winyle
szczęśliwie wyszedłem ciut wcześniej na PKM, bo tego dnia wszyscy chcieli się przejechać, jeszcze kupić bilet, a rowerzyści całkiem zapchali przejścia
pociąg fajny, choć wolny, i nie tak widowiskowy jak w Szwajcarii
***
rodzina się zebrała i dokonaliśmy przemarszu żółtym szlakiem, który wcale nie okazał się taki turystyczny, po wczorajszym dniu odpoczywałem i dopiero nawodniłem się po południu, do pieczystego
szliśmy z Brętowa na Aniołki od 11 do 13, dobrze że starszyzna pomagała z wózkiem, a młodszczyzna dobrze się sama bawiła
na wro grill już się jarał, więc pierwszy głód zaspokojony bardzo szybko, przełamywanie towarzyskich lodów zajęło jakąś chwilkę, a potem mnie nie było, gdyż zasypiałem, poszło całkiem sprawnie
wartę przejęła babcia, więc dwurodzinnie spożywaliśmy (tylko dwa piwa, psi) i jedliśmy karkówki, piersi z kurczaka, indyka, tzw. kiełbasiane robaczki, boczek oraz kiełbasy, a także hit grillowiska — pieczone cukinie Mamy
na słońcu było rewelacyjnie (dopóki nie zaszło), dziecko przebudziło się o 15:45, trochę jeszcze pobyło w towarzystwie, dopóki to się nie rozeszło, ja odprowadziłem babcię na tram, a po powrocie to już właściwie wszystko było uprzątnięte
babcia i dziadek się napracowali, zaś Mama dostała niestrawności i nieprzyjemności, więc po kąpieli i zasypianiu dziecka (późno, ale dość sprawnie) poszła spać o 21
nie zwlekałem długo, wyszykowawszy się skorzystałem z dobrodziejstw cywilizacji i od 21:37 do 22 przeglądałem prawdziwe www, by udać się na spoczynek
 
4 maja, środa

zatę Żono ma

w nocy dziecko trochę wiwatowało, po początkowych sukcesach z uspokajaniem, potem Mama wzięła do łóżka na swoją poduszkę, w końcu okazało się to sukcesem, ale mój żołądek jeszcze ciężko odpoczywał po obżarstwie, ponadto walczyłem z naprzemiennym, gorącem i wieczną zmarzliną na wro, i strasznie wiele rzeczy mi się śniło, prócz tego fragmentu o 3 w nocy, kiedy nie mogłem zasnąć przez godzinę
***
dziecko przebudziło się dokumentnie o 7:20, ale udało się je uwiązać do 8
dalsza część dnia nie wyglądała tak różowo, prócz tego fragementu, kiedy na śniadanie jadłem kiełbasę z grilla
***
zaraz po 10 poszliśmy na spacer do miasta (zabytki, słońce i brak otwartych lodów, oraz mało turystów), kolejny udany w atrakcyjnych okolicznościach zabytkowego miasta
***
lecz zasypianie nieco rozregulowanego dziecka nie poszło, od 12:50 do 13:45
dużo kłótni, wrzasków i płaczu, co prawda spało długo i dobrze, ale w tym czasie zmarzłem jak pies, a w tv nie było nic
pokazali Saloniki, nawet poznałem okolice
***
obiad nie poszedł również, Mama niemal od rana była nie w nastroju, spacer po ogrodzie jakiś taki wybrakowany, bardziej chodzę i łapię piłkę ja, niemniej, udało się tam spędzić jakiś czas, by wybrać się do domu przed 17, i 15 tam trafić (spakowani już wcześniej), część ludności jeszcze się majówkuje
chwila rozpakowywania i wybywam na niechcianą próbę
zaliczyłem sklep, odprawiłem kilka zagrywek, wysłuchaliśmy kilku opowieści i udaliśmy się do domów
i tyle z tego było
a podobno Bayern nie dał rady
***
zatem w ten piękny wieczór udało się spisać te ważne rzeczy i zasłużyłem na lody
zaś nastawione wino ładnie się zapieniło, co nawet czuć było w mieszkaniu
 
5 maja, czwartek

zatę Żono ma

6 maja, piątek

zatę Żono ma

7 maja, sobota

zatę Żono ma

straszna Ciotka i wiele niesmacznych wrażeń



8 maja, niedziela

zatę Żono ma

z wizytą na nowej oruńskiej działce u góry, strasznie wietrzna




Brak komentarzy: