poniedziałek, 20 czerwca 2011

chcieć to móc


czwartek, 16 czerwca

Musiałem odgrzać obiad. Mielone z czerwoną fasolą, dużo czosnku, ryż.
Musiałem zrobić sałatkę. Sałata lodowa, pomidor, ogórek, liście bazylii, mniej czosnku, oliwa, ser typu feta.
Musiałem obejrzeć końcówkę meczu nr 2 Dallas-Miami. Piorunująca.
Musiałem napocząć mecz nr 3 Dallas-Miami.
Musiałem grać dwa ha w kregle i dwa razy wygrać. Znowu punkty od Pyszczku za styl.
Musiałem dojeść sałatkę i wypić 80-procentowego rumu.
Machnąłem szybkie 55. To mój rekord.
Musiałem obejrzeć szczęki 1 w tv (w końcu mamy wakacje) (foto, to taki żart dla wtajemniczonych). Nie udało mi się.
W końcu nie mogę aż tyle pracować.

piątek, 17 czerwca 2011

J'ai tué ma mere (2009)


wtorek, 14 czerwca

Heh, "wiedziałem" jaki mecz mam oglądać na żywo! Nie pamiętam, czy kiedykolwiek świt mi tak smakował. (Świt = zło). Nawet niedawna euforia związana z powrotem do domu o świcie była trochę naciągana. W końcu imprezka z the tape była jedynie chwilowym zastrzykiem energii. Z gruntu nieco chybionej. Piszę tak o tym, bo "w tym wieku" świty spędzane na żywo to pokaźne zużytkowanie sił życiowych, których już nie da się odzyskać. A to już drugi w bliskim odstępie czasu. Oczywiście nie ma się co podniecać — człowiek wróci do pracy i od razu wybiją mu to z głowy. Przynajmniej chwilowo (póki jeszcze nie przyszło popołudniowe zmęczenie) (choć energy drink w zapasie) jest chwilowy prime time i można wrócić do starych kasetowych przyjaciół ("You only live twice").
***
Jak okazać komuś na forum swoją sympatię:
"w pytaniu o schlebianiu tobie nie chodzilo mi bynajmniej o felliniego, ktory byl spedalonym wloskim nudziarzem i nie moglbym sie o niego troszczyc mniej"
***
BS kitu, do jedenastej w poniedziałek byłem jak na haju. Potem mi przeszło.
***
A we śnie karmiła mnie (pałeczkami?) (cicho)Tajka (chyba).

środa, 15 czerwca
No ej. Dzieci, Death Cab for Cutie — Codes and Keys (2011) — płyta tygodnia. Jakby miał coś z czaszką. Jakbym słuchał starego dobrego małżeństwa.
***
Chyba naprawiłem spłuczkę. Mówię chyba, bo to nigdy nic nie wiadomo. To bardzo skomplikowane stworzenia. Jak kobiety.
***
(dla zbulwersowanych osobniczek) (dodam: płci żeńskiej): cofnąć się dwa metry od monitora i przeczytać jeszcze raz.
Nic?
Dwa metry od monitora = dystans.
***
(tekst nie ma mówić prawdy, ma się wyrażać)
***
J'ai tué ma mere (2009) w przeciwieństwie do "Kyodontas" robi. Wszystko jest tutaj tak niewłaściwe/niemożliwe/odrzucające, że odnoszę wrażenie, że dobrze skręcone właśnie. "Przekaz emocjonalny" — tak. "Opatrzony intrygującą muzyką" — nie, to zwyczajne banały. Bardzo podobają mi się kompozycje wnętrz "domów mieszkalnych".
***
Odcinek z Johnnym Cashem był postem nr 500 okazało się. Gratulacje!
***
Z cyklu z kim uczcić rocznicę (Lyndsey Caldwell, in Santa Monica, CA):


(foto jest Ztond: http://girls.sportsbybrooks.com/index.php?action=dosearch&tag=lyndsey&os=5)
[— anyone know her last name
— Yep we need more lyndsey. Im surprised theres not more of her
— Her breasts steals the show, but look at those beautiful eyes]

czwartek, 16 czerwca 2011

Amarcord (1973)


sobota, 11 czerwca
W samą porę zrobiłem trochę masy na siłce.
Praca fizyczna na świeżym powietrzu to taki topik miastowego inteligencika. Obcowanie z naturą, sielanki, bukoliki, współżycie z owcami. Grunt to dojechać w dobrym towarzystwie prowadząc inteligentną rozmowę: nowe osiedle, ten kawałek drogi znakomity, trzeci filar. Co w takich przypadkach najważniejsze? Słońce — za darmo. Żarcie — za darmo. Piwo — za darmo. Bez oszukiwania: wszystko — tak, tylko w innej kolejności. Póki byli jeszcze goście, zachowywałem pozory, potem rozdziałem się do gaci (świetnie pasowały do grindersów) (dobrze, że to nie były te dziurawe). Studnia tym razem bez szalunku, a z samych kręgów. Szarpanie za wiaderka stosunkowo łatwe (o ile nie spadają komuś na głowę) — technika podciągania po kawałku z blokowaniem o krawędź. Okazuje się (na drugi dzień), że dłonie istnieją. Całe.
Toczenie dwóch dodatkowych kręgów — całkiem zgrane, choć zachodziła obawa, że wytoczą się poza ogrodzenie. Średnia masa ciała każdego z naszej czwórki — dwie małe foki. Ot, rodzina siłaczy. Wciśnięcie ostatniego na samą górę wymagało samozaparcia. Robota na dole — to była zabawa. W pewnym momencie poziom wody był na tyle wysoki, że sięgał końca kaloszy, które co chwila grzęzły w mokrym piasku (popróbować na plaży), zaś mieszanina wody i piasku sprawiała wrażenie gęstej zaprawy, w którą trudno wbić saperkę, ale już przy "przesypywaniu" do wiaderka wszystko się rozchodziło bokami. Woda okrutnie zimna, do tego leje się z góry (uwaga na wiaderka), a te cholerne kręgi nie chcą opadać.
Owszem, praca łomem przynosi efekty, ale doszło do tego, że te dolne rozeszły się po 5 cm każdy, a ten najwyższy ani drgnie. Niższa technika. 4-5 m. Kask się przydaje. Dwa kroki obok łąka z makami, chabrami i inną kolorystyką. Człowiek nawet nie spodziewa się istnienia takich partii bolących mięśni. Zatem studnio — widzimy się za dwa tygodnie! I lepiej, żeby ci kręgi opadły!

Noo. To jest FILM! Amarcord (1973). Może jestem jeszcze świeży. Może potem mi się przeje. Na razie jestem na kolanach. Śmieję się i płaczę jednocześnie. Na razie jestem na etapie, że jest to skrojone na miarę moich oczekiwań. Szczególnym sentymentem darzę przeżycia młodzieży szkolnej.

— Musollini to ma jaja. Oba!
***
— Dotykałeś się? Czy wiesz, że św. Ludwik płacze, gdy to robisz?
— "Jak można tego uniknąć, gdy się widzi sprzedawczynię w trafice? Jak ksiądz myśli, co przychodzimy oglądać w dzień św. Antoniego?"

Z cyklu z kim wybrać się jogging: (Shione Cooper, Lana Ivans):


środa, 15 czerwca 2011

Johnny



piątek, 10 czerwca

Ale nas Arek rozwalił w tę ostatnią tegoroczną salę. Miałem super skuteczność 14/44 (innych nie liczyłem, bo to nie miało sensu), ale moc gry była.
***
Walk the Line (2005) oglądałem głównie z miłości do płyty best off Casha. I pewnie dlatego warknąłem na "juhu" wtrącone w trakcie grania muzyki. "Joaquin Phoenix i Reese Witherspoon przez pół roku uczyli się gry na różnych instrumentach oraz pobierali lekcje śpiewu" — wzruszające. Ale już określenie "ckliwy sentymentalizm" jak najbardziej na miejscu. Niemniej — jak na taki pomniczek i tak obejrzeliśmy bez problemów.
***
Eastern Promises (2007). Niby to Cronenberg, ale wszystko szyte tak grubą dratwą, że nie warto się dłużej zatrzymywać nad opinię, że film ów oglądało się sprawnie. Mnie ta atmosfera rosyjskiej baśni ani nie uwiodła, ani nie zszokowała.

wtorek, 14 czerwca 2011

MAVS



niedziela, 12 czerwca
Tym razem można zacząć nieco w zmienionym porządku. Ważne: osobista logistyka. Pobudka o 3:45, zatem trzeba wcześniej iść spać. Wyjątkowo nie za dużo alkoholu. Zastosowanie odpowiednich technik ("w lewej ręce trzymam twoje zdjęcie, prawą myślę o tobie") pozwoliło mi szybko wpaść w ramiona morfeusza. (ostatnim razem — w zeszłym roku — było to trudne do uzyskania, kokosiłem się niepomiernie, a efekt był słaby, tyle że mecz odbywał się w dogodniejszym, weekendowym, terminie). Pobudka sprawnie, kod do domofonu zawierał braki, ale szczęśliwie wszystko się udało. No i jaki finisz! Teraz będę mógł się na własne oczy przekonać, jak grało w poprzednich Miami, bo ten mecz nie wyglądał w ich wykonaniu rewelacyjnie, i łudziłem się nadzieją, że mimo 1/11 Dirka, mimo szybkich pogoni Miami (12-0), Dallas wciąż było w grze, nawet prowadziło kilkoma punktami. Nadzieja tym bardziej ulokowana, że Dirk w IV kwarcie na pewno coś trafi. Nie ma co się znęcać na "Big 3" — o tym będzie śmigać nba przez cały rok. Ja jestem wystarczająco zadowolony. Nawet myślałem o tym, by w okresie lokatu obejrzeć sobie kilka dziwnych drużyn (np. Cavs z Baronem), choć ostatnio rzeczywiście nawet w późne weekendy zajmuję się "pracą", a nie oglądaniem meczy. Czy ja już pisałem, że "i" słabo wchodzi z lapsa? Więc z chęcią obejrzę teraz wszystkie mecze finału i koniecznie rozwałkę Lakers 0-4. Team złożony z "no name'ów" (oczywiście, że to oczywista nieprawda), ale nawet mimo strat (które zawsze się zdarzają) Dallas GRAŁO, czego nie można powiedzieć chwilami o głupawej koszykówce Miami — abstrahując od niezwykłej indolencji w liderowaniu w zespole.
***
Co prawda nadal włączamy stacjonarny przez F1, ale być może odkryliśmy, że za zawieszenia odpowiada myszka, przynajmniej po jej zmianie (na "nowoczesne" łącze usb — szczęśliwie komp potrafił sam znaleźć odpowiednie sterowniki) (dzisiaj mam słowotok — niby samie pierdoły, ale proszę korzystać zawczasu), wszystko chodzi cacy, przy czym okazało się, że stary monitor działa, więc teraz mamy dwa dobre.
***
Zakończenie "Armacord" nieco bardziej nostalgiczne, bardziej jako klasyczne przywołanie nieustającego koła życia i śmierci. Wrażenie musiało być słabsze po pierwszych dwóch aktach, zwłaszcza, że szczęśliwe zakończenie (ślub Gradisci) nie jest rzecz jasna zakończeniem szczęśliwym. Niemniej, film może nie tak niezapomniany (Wanda! Wanda! Wanda!), ale wciąż wybitny.
***
"Duch wychodzi" Phillipa Rotha może nie zapowiada się tak wesolutko jak poprzednia historia o rzeźniku, ale jeżeli mam już czytać fabułę, to musi być tak fantastycznie potoczysta i gęsta.
***
Po wycieczce rowerowej (Olszynka 2) kolejne partie ramion uzyskują odpowiednią barwę. Chyba w tym roku będę miszczem. Pyszczku rewelacyjnie przygotowało kurczaka, mięso rozpływa się w ustach.
***
W tygodniówce tvp kultura było akurat o "Kyodontas" (było też o nowej płycie Foo Fighters i to było smutne, bo kreowano opcję, że była nagrana w garażu, co wystarczająco świadczy o indolencji prowadzących w kwestii muzyki) (podobnie zeszły tydzień Fleet Foxes i Tv on the Radio) (to tylko dowód na to, jak mocno mainstream jest obecny świadomości osób, które naprawdę zajmują się kulturą — czego zatem można wymagać od osób, które na tacy mają wyłącznie publikacje radiowo-telewizyjno-netowe). Mówię o tym dlatego, że film, mimo swojej wyjątkowości — nie szokował mnie jakoś szczególnie. Co więcej, mamy nawet z tego prywatne dowcipy, co zrobiłbyś za ołówek. Pamiętaj — z gumką!
***
Już pisałem, że ze mnie człowiek-maszyna. Skoro bolą górne partie, to można wybrać się na dolne. Olszynka po raz drugi nas nie zawiodła, zwłaszcza, że wystarczy pokręcić się po terenie i swobodnie można znaleźć tam orientację — przejechaliśmy kilka innych dróg. Sielsko-wiejsko. Mini piknik na nasypie. Trochę wiało chłodem, ale pomysł z opiekankami ok. Chyba nawet trochę się podmęczyliśmy w drodze do domu, ale pogoda niemal w sam raz.
***
Zaplanowałem wczesne wstanie (8), żeby móc wcześniej położyć się spać. Budzik dał radę — ja nie (11).

poniedziałek, 13 czerwca 2011

WHOOOAAA!!!


poniedziałek, 13 czerwca

Dzisiaj wpis może być tylko taki!











piątek, 10 czerwca 2011

Kynodontas (2009)


czwartek, 9 czerwca

Zestaw mistrzowskich myśli. Można cytować.

Pyszczku: Jak pamiętam z młodości, to ile razy kukułka kuka, to za tyle lat wyjdzie się za mąż. Ale ona nie chce przestać!!!!

Wuj Dobra Rada
— Białe staniki mają to do siebie, że szybko przestają być białe.
— To może od razu trzeba kupować beżowe?

Mistrz subtelności
— Aaa!
— Co Pyszczku, podniosłaś "nóżkę"? (z akcentem)
— Nie, mamuciego udzielca, głąbie.

Prawdziwy mężczyzna
— I jak nowa koleżanka?
— No, wielkością miseczki nie imponuje.

Z kim warto w spokoju obejrzeć film
Głos z filmu: Będę nienawidzić każdej minuty, w której nie będziemy razem.
Głos z offu: Oj, to będzie duuuużo liczenia.
***
Kynodontas (2009). Siedzisz sobie w domciu. Nastrój taki, śmaki. Wyjdziesz, nie wyjdziesz. Zrobisz, nie zrobisz. Coś się dzieje, nic się nie dzieje. Myślisz, nie myślisz. Hej ho. Wrzucasz film. Zagadka. Dosyć drastyczna. Ale w sumie co cię to. Wstajesz rano, wychodzisz. Wróżka zębuszka się nie śniła.
***
Wychodzi jednak na to, że dyskografia Crass na pamięć. Tak to jest, jak się miało kasety. Wciąż bawi niezwykłość muzyki i realizacji tych nagrań. Przynajmniej ciekawe. Choć osłuchane.
***
Wyczyszczenie stopy — godzinka. Wyczyszczenie werbla — godzinka. Przycięcie i wyrównanie basu — dwie godzinki. Nadwerężony kręgosłup i ból nadgarstka. Ale przynajmniej człowiek ma poczucie, że poczynił coś.
***
Czy to zapomniany out-take z Built To Spill?

Ramble Tamble by johannvreen

Nie. To "Ramble Tamble" Creedence Clearwater Revival (1970). Co wcale nie umniejsza geniuszu BTS.
***
Z cyklu, z kim obejrzałbyś film (Danni Ashe):