poniedziałek, 14 lutego 2011

z podziękowaniem dla Piotra Lewandowskiego


http://www.popupmusic.pl/no/30/recenzje/1245/in-the-name-of-name-in-the-name-of-name


Spięty klamrą kowera Hawkwind w dwóch odmiennych, oryginalnych wersjach – zwartej z wokalem i wyluzowanej instrumentalnej, album (epka?) grupy In the Name of Name prezentuje odcień muzyki rockowej, który na rodzimym poletku w dobrym wydaniu spotyka się rzadko. Lekko psychodeliczne, nieco garażowe granie czasem motoryką przypomina najlepsze lata Queens of the Stone Age, w innych momentach zmierza raczej w stronę prog, ale podporządkowanego ramom i wymaganiom piosenek, a radzi też sobie z post-hippisowskim rozładowaniem napięcia. Sporadycznie, ale we właściwych momentach, gitarowy trzon zespołu wzbogaca wiolonczela i perkusjonalia, dodając trójwymiarowości fakturze zespołu. Słabszym elementem są wokale, chwilami przypominające harmonie Alice In Chains, ale jednak niedomagające. Tym bardziej zaskakujące jest sięgnięcie w jednym z utworów po język hiszpański, ale przekonująca warstwa instrumentalna pozwala przymknąć na to oko. Żeby było ciekawiej, teksty czterech rozbudowanych, autorskich piosenek, politycznym zaangażowaniem i pozbawionym złudzeń czarnym humorem przywodzą na myśl Dead Kennedys. Płyta brzmi czysto i wyraziście, a że wydana została własnym sumptem, to oprawę graficzną ma dość oryginalną. Mam nadzieję, że zespół pójdzie za ciosem, bo z każdym kolejnym rokiem takich dobrych odtrutek na indie badziewie, których autentyczność przykrywa niedociągnięcia, będziemy potrzebowali coraz bardziej.

[Piotr Lewandowski]

piątek, 11 lutego 2011

The Offence (1973) & Outland (1981)

piątek, 4 lutego
Zamiast kosza próba, a oni nas wychujali. Za to zrobiliśmy dwa nowe numery i teraz gramy hard-core-pop. Zjadłem kotleciora w barze, ale tym razem bez specjalnych doznań smakowych. Piwo "Perła" również mi nie podchodzi. Za to mecz Boston-Phoenix (Gortat!) mi podszedł. Wreszcie była okazja do uśmiechu.

sobota, 5 lutego
Wietrzna i padająca wizyta na Stogach. Straceńczy lód na leśnych ścieżkach. Do tego obiad, piwo sami przywieźliśmy, Stoch nie wygrał, a rozgrywka w "Pola naftowe" przewidywalna.

"Robin Hood" (2010) mile rozczarował, począwszy od historyjki po tzw. realia kostiumowo-obyczajowe. Zajmująca, ładna rozrywka. Oczywiście zagrała słabość do odtwórcy głównej roli (ha, starszy niż Connery w filmie o podstarzałym Robinie). Oprócz tego zaraz chyba będę potrzebował obejrzeć Monty Pythona.

niedziela, 6 lutego
Na śniadanie zjedliśmy obiad. Bujnęliśmy się do Gdyni. Zwizytowaliśmy Maćka i jego akwarium. Plus dwa odcinki serialu. Taksą do klubu, tak tradycyjna obsuwa. Na szczęście swoją robotę zrobiliśmy dobrze, jak na warunki "Ucha" było słychać wokal, załatwiliśmy jeszcze dwa i pół zespołu i w sam raz do domciu.
***
The Offence (1973) Sidneya Lumeta, szczególne, ale nie wyjątkowe. Dość szczególna rola Connery'ego, który odchodzi od swojego standardowego wizerunku. Jednakowoż nie wydaje mi się, żeby był stworzony do grania bardzo rozbudowanych postaci, szczególnie słabo wypada w długich monologach — to samo było w ostatniej scenie "The Hill". Plus za wąsy, scenariusz i zakończenie (= rozgrywkę z oglądaczem).

poniedziałek, 7 lutego
Tradycyjna wyprawa robotnicza z kiełbaskami i bułkami. Wyjątkowo zamiast piwa kubuś. Kubuś zdrowy. Kubuś soczek owocowy. Podciągnęliśmy się z melodyne, a Endriu podciągnął się z prawym policzkiem. Wielokrotnie.
***
W zeszłym tygodniu Outland (1981). Film, do którego mam sentyment z dzieciństwa. Niby nudny i nie było w nim potworów, ale w końcu to film s-f. I oczywiście kibicowałem szeryfowi. W gruncie rzeczy to takie "W samo południe" w kosmosie. No i uważam, że relacja damsko-męska dwójki głównych bohaterów, to najbardziej sympatyczna relacja, jaką pamiętam z filmów.


środa, 9 lutego 2011

Kevin Arnold — Jaygrony (1996)



I oto jest proszę państwa! Pierwsze studyjne nagranie Kevin Arnold (które pośmiertnie ukazało się na składance, ale o tym później).

W studio "Na zboczu", realizacja Tomasz Dolny, nagrywane gdzieś na wiosnę. Wtedy "wszyscy" tam nagrywali, tzn. na pewno Thing oraz For Her Pleasure — jest to o tyle istotne, że za te same pieniądze Thing nagrało 4 numery, For Her Pleasure, a my dwa. Chyba powiedziałem: "ch.. [to raczej pewne, że tak rzekłem], zróbmy coś, żeby nie brzmiało, jak na sali prób, tylko jak na PRAWDZIWYM nagraniu".

Do dzisiaj wspominam realizatora z rozrzewnieniem, bo my nie umieliśmy grać, ani śpiewać, a on miał anielską cierpliwość i pozwolił nam (mi) zrealizować wszystkie związane z tymi piosenkami chęci: 10 gitar, piski i zgrzyty, przesterowania, hałas, przeszkadzajki, klawisze, solówki klejone z 30 fragmencików. Do tego zagrał na klawiszach, bo umiał, a my go namówiliśmy. I opłacało się. I choć numery znam na pamięć, to do dzisiaj jestem dumny z bogactwa tego nagrania.

Z ciekawostek

Tytuł "Jaygrony" wywodzi się stąd, że udało się podłączyć analogowe klawisze, które pożyczyliśmy z domu kultury w nowym porcie (aktualna próbownia) i podekscytowany Marek, skacząc jak gumiś, wpadł do drugiej salki i krzyczy do Johnego, który stał przy klawiaturze: "Dżaj Grony, dżaj". Znaczy, sylaby mu się pomyliły. Gitary nie stroją do klawiszy (albo na odwrót), ale to nieistotne.

Wersja "singlowa" (patrz okładka) (ej, singiel na singlu?), różni się tylko głośniejszym tamburynem na końcu.

Przelot rakiety (heh, Pink Floyd), zrobił Johny ustami. Potem już tylko panorama.

Stopa, werbel i beczki były nagrywane z "czipów". Wybieraliśmy brudne brzmienia próbek. Blachy były naturalne. Ale energia jest.

Z tego, co ledwie pamiętam, była tam ruska konsoleta i jeden z pierwszych komputerów (tam były cięte pliki). Nagranie było zrzucana na taśmę data. Potem nastąpiła ważka podróż do radia gdańsk, gdzie uprzejmie zgrano nam materiał na płytę cd, którą mamy do dzisiaj.

Re-mastera (eq i głośność) zrobił Endriu. Doprawdy, jest jeszcze lepiej.

Kevin Arnold - Swept Wing (1996) by johannvreen

Kevin Arnold - Headache (1996) by johannvreen

Albo też tutaj:
http://www.megaupload.com/?d=LIZMTUTZ

wtorek, 8 lutego 2011

Touch of Evil (1958)


wtorek, 1 lutego
Jechałem, jechałem, aż dojechałem na próbę. Było gorąco, ale wyszliśmy zwycięsko. Pomodlimy się i wszystko będzie git. A zdjęcia są w ogóle od-lot.

Do snu było powiększenie w tv. Nigdy nie oglądałem, go w całości.

środa, 2 lutego
Miały być skoki, ale była robota. I bardzo dobrze. W końcu w końcu (aż miałem wyrzuty sumienia) zabrałem się znowu za "bathroom" Wojta. I nieźle, zaliczyłem basa, dodałem hand-clapsa i coś tam zaczyna grać. Basowe beczki z ostatniego razu grają dobrze.

Dokończyliśmy "Touch of Evil" (1958). Trudno do tego podchodzić, jak do arcydzieła, ale coś — oprócz pewnej sztuczności/teatralnego aktorstwa — w tym filmie jest. Ujęcia i obsada aktorska robią wrażenie. Można się zakochać w transwestytywnej postaci Marleny Dietrich z miejsca. No i jest to wzór na to, że "To nie jest kraj dla starych ludzi" miał w czym wybierać.

czwartek, 3 lutego
Chyba wolne, chyba robiłem Wojta drugiego.

piątek, 4 lutego 2011

Joey, czy lubisz filmy o gladiatorach?


piątek, 28 stycznia
Arek A.: 11/33, 8 zb. (4 w ataku), 2 as., 2 bloki, 3 przechwyty. Ogólnie mi się też dobrze grało, jakiś przechwyt, coś tam wpadło.

sobota, 29 stycznia
Mieliśmy ustawkę na foty u Adama. Poszło bardzo sprawnie. Zdjęcia będą full profesional U2/Feel. Następnie skubnięcie do outleta. Sporo czasu nam zeszło. Oprócz spodniaków (20 zeta) obyło się bez spektakularnych zakupów. Poszlim do piotra&pawła po miodowe i mieliśmy wesoły spacer do domu po ciemku. Acha, kilka dni temu wróciły mrozy, więc jest nie najgorzej.
***
Chyba obejrzałem większość zaległych meczy (Washington-Sacramento, Dallas-Oklahoma City).

niedziela, 30 stycznia
Zaczęliśmy caylusem, na tydzień będzie para-gulasz, sklep zaliczony. Chcieliśmy przesiąść się na heroes, ale komuter stacjonarny odmówił posłuszeństwa, w końcu to już ponad 10 lat. Przyda się lekka renowacja. Oby udało się zabrać pliki. Powróciliśmy do caylusa.
***
Czy leci z nami pilot (1980). Nawet nie wiem, w który dzień tygodnia, ale setnie rześmy się ubawili. Nieśmiertelne. Cokolwiek, ktokolwiek. A ja na tym byłem w kinie "Kosmos" na Oruni.

poniedziałek, 31 stycznia
W niedzielę występ w uchu (Absyntia plus goście Mjut, Clockwise, Strupy, Jak Zwał Tak Zwał — 6 lutego, g. 18:00), zatem poćwiczyliśmy. Jesteśmy z Endriu znakomicie przygotowani. Następnie męczyliśmy melodyne, ale efekty są nieporównywalne z jakimkolwiek autotunem.
***
Ogólnie nastrój pogodny, sporo planów i filmów na najbliższą przyszłość, przydałoby się więcej wieczorów.

czwartek, 3 lutego 2011

z podziękowaniem dla Irka Swobody i Serpent.pl



Dzięki wstawiennictwu i kontaktom Irka (http://deadsailor.net/) oraz dzięki uprzejmości Krzysztofa Piekarczyka (www.serpent.pl) płytę IN THE NAME OF NAME można zakupić oficjalnie:

http://wsm.serpent.pl/sklep/albumik.php,alb_id,25042,In-The-Name-of-Name,In-The-Name-of-Name

wtorek, 1 lutego 2011

Anderson Tapes (1971)


poniedziałek, 24 stycznia
Bawiliśmy się melodyne z Endriusem. W sumie nic zdrożnego, już w zeszłym roku widziałem, jak Dominik Kuśmierczyk rzeźbi głos Nicolasa. W prawdziwym studio nagrań.
***
Pożyczam basa na dwa tygodnie.

wtorek, 25 stycznia
Bas gra much lepiej. Przemas przywiózł swoją kolubrynę oraz powermikser i tutaj niespodzianka: malroyowskie kolumny są całe i grają cacy, zatem wzmacniacz ma coś nie tak z końcówką.
Daliśmy ognia, bas naprawdę teraz słychać, instrumenty grają aż miło, pograliśmy stare i nowe, jesteśmy boscy.

środa, 26 stycznia
Mocno mnie przymuliło. Trudno powiedzieć z jakiego powodu. Już miałem się niczym nie zajmować (wklepałem tekst), kiedy przypomniałem sobie o wyizolowanych beczkach "bathroom" Wojta. Same w sobie ładnie chodzą po kanałach, ale w tym przypadku brakowało mi basów, a wtyczka nie chciała współpracować. Zatem efekt jej działania po prostu nagrałem. Jest dobrze.
***
Anderson Tapes (1971) — kryminalna sensacja z Connerym bez maskowania. Z tego samego roku jest "Diamonds Are Forever", a tu nie obeszło się bez tupeciku oraz farbowania siwizny.

czwartek, 27 stycznia
Ależ byłem rozogniony ostatnio. Tu, tam, siam. Jak będą efekty — będą foty. Na razie sza.
***
Graliśmy sobie w kręgle. Słabo nam szło, ale ktoś musiał wygrać.
***
Jeszcze przed piątkowe filmowanie. A wczoraj do snu leciały szczęki pierwsze i teraz dopiero skumałem, że Quinta gra Robert Shaw (czyli ten, co bierze czerwone wino do ryby).