środa, 12 sierpnia 2009

Manhattan

niedziela, 9 sierpnia

Zdaje się, że w piątek już nie zapomniałem walkmana na salę i poćwiczyłem co tam miałem.W sobotę ruszyliśmy na plażę rowerami z Danką. Była wielka radość, gdyż Skarbie pijąc piwo wygrało piwo extra. Do odebrania w sklepie. O ile nas nie oszukają.
W drodze powrotnej Skarbie zaliczyło żywopłot i szczęśliwie upadło bez szwanku. Roweru nic się nie stało.
***
Zrobiliśmy szybkie oczyszczanie ciał, by zdążyć na autobus oszą o 16:20. I jakież szczęście nas spotkało! Zrobili wyprzedaż książek. Na przykład "Literatura Greków i Rzymian" Kubiaka za 15 zeta, ale wybraliśmy naście innych, do 10 zeta za sztukę. Pełen plecak. Dobrze, że zadzwonił Piotr, bo inaczej zajęłoby to nam jeszcze więcej. Dokupiliśmy 10 piw "Łomża" (mam o nim dobre zdanie) i ruszyliśmy na działkę, gdzie jedząc i pijąc spędziliśmy czas do 21.
***
W niedzielę (ho, ho!) ponownie wyruszyliśmy rowerami na plażę, gdzie nieźle się opalaliśmy. Woda była stosunkowo ciepła, jak poprzedniego dnia (zaryzykowałbym stwierdzenie, że NAWET 19 stopni), ale wiał mocniejszy, chłodniejszy wiatr. Po powrocie nawet nam nie chciało się jeść obiadu.


Wieczorem doobejrzeliśmy do końca "Manhattan" Allena. Oczywiście najbardziej cenię błyskotliwe teksty Allenowskie. Ale co dziwnego, miałem kiedyś ten film przegrany na kasetę VHS, i on urywał się na ostatniej scenie, ale nie było końcówki. I kiedy ogladałem (kilka razy?), to zawsze myślałem, że to jednak kończy się źle — czyli dramat. A teraz patrzę, że to jednak nie kończy się źle — czyli melodramat. Teraz pytanie, czy tamta końcówka na VHS była naprawdę ucięta, czy też jest nieucięta, tylko ja inaczej ją odbieram. Ktoś ma działające video?

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Lovely Allen

piątek, 7 sierpnia
No proszę, dopiero wczoraj usłyszałem hymniczne "Lovely Allen" by Holy Fuck. Imponujące. W jakimś stopniu przypomina mi zapomniane TRANS AM. No i fantastycznie nagrana perkusja. Petarda. Nie powiem, że całą tę płytę chwytam w całości, ale "Lovely Allen" to mistrzostwo świata. Mój boże — jaki killer! (uwaga! lepiej słuchać głośno na kolumnach, na słuchawkach nie ma tego efektu).
http://www.myspace.com/holyfuck

***
Barry występuje w różnych intrygujących kombinacjach, np. "Ultra-Lounge, Vol. 07 - The Crime Scene", czy "Rejected & Unused Scores, Vol. 1". Przy okazji trafiają się takie czadowe swingujące rzeczy do przyjemnego słuchania, jak: "The Silencers" (1966) (Elmer Bernstein).
***
Przeczytałem "Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo" — Normana Daviesa. I nie powiem, może byłem trochę rozczarowany pewną ogólnikowością i może faktem, że "to wszystko już wiedziałem" (powiedzmy — w zarysie), ale ogólnie muszę się zgodzić, że to po prostu książka napisana do czytelnika z szeroko rozumianego Zachodu. Ta opinia dość odpowiednio to wyraża:
http://www.konflikty.pl/a,1680-1,Ksiazki,Europa_walczy_1939-1945._Nie_takie_proste_zwyciestwo_-_Norman_Davies.html

Więc Davis ma lepsze książki na rozkładzie, co nie znaczy, że tę należy odrzucić. Zdecydowanie jednak wolę pełne monografie.

Co innego jednak przychodzi mi na myśl. Iż okres "odwliży" u naszych wschodnich sąsiadów trwał bardzo krótko, "zachodnia opinia publiczna" dość gładko przełknęła "niedoskonałości demokratycznych procedur wyborczych", nowy car ma równie pożądaną sylwetkę i argumenty do partnerstwa, jak jego poprzednicy. Tego obrazu nie mącą dotychczasowe "wojny domowe", które wciąż przecież są przejawem totalitaryzmu (patrz Gruzja). Po prawdzie czarny wujek Obama będzie wolał się spotykać z bladym wujkiem Putinem, a inne Niemry i Francuziki wolą się dogadywać z dużym strategicznym potężcą (niezależnie od tego, że polityczno-militarna siła Rosji i USA przestaje powoli mieć znaczenie wobec handlowej ofensywy Cin). I niestety zostanie tak na stałe, że popiskiwania (termin od Davisa) małych krajów jak Polska będą ignorowane (lub poświęcane idei "drobnych uległości").
Bowiem, czy w podstawówce nie lepiej było się kolegować z wyrośniętymi chłopakami, którzy dobrze grali w piłę niż z kujonami w okularkach?
(notabene, ani z Polski kujon, ani inna osobowość, cytując niedokładnie Bartoszewskiego, ani z nas panna ładna, ani sympatyczna). Pi, piiii.

piątek, 7 sierpnia 2009

Jane Mansfield

czwartek, 6 sierpnia

Co rusz są jakieś powtórki Adamka czy Gołoty w tv. Grzeją atmosferę, choć pojedynek zupełnie niepotrzebny. Ale trzeba przyznać, że kilka walk Gołoty (rundy 5-12 raczej, he he) było naprawdę imponujących, skakał jak królik po tym ringu i nawalał naprawdę szybkimi seriami. Adamek ma pecha, że nie ma dla niego przeciwników w tej jego przejściowej wadze.

Faktem jest, że większość gości nie robi na mnie wrażenia, bo jak ich miałem okazję oglądać (Holyfield, Tyson, De la Hoya, Jones Jr, Floyd Mayweather, Hopkins), to już byli starzy albo pozakańczali kariery. Reszta to płotki (i emeryci). Powiedzmy Kliczko jest niezniszczalny, ale okropnie się go ogląda. Notabene, Lennox Lewis pokazał mu miejsce w szeregu i on właściwie pozostaje ostatnią nizaprzeczalną gwiazdą boksu.

Więc wyszło, że ostatnimi czasy największe jaja ma maluch Manny Pacquiao, to co wyprawiał w ostatnich walkach było imponujące. Jeżeli teraz pokona Miguela Cotto (większa masa, większe umiejętności — obecnie — od poprzednich przeciwników) to będzie mistrzem wszechwag.Ale co ja się tam znam na boksie.

Najważniejsze, że mam na kartce z gazety z lat 80. XX wieku, na papierze kredowym, zdjęcie z pojednku Ali-Frazier. Oczywiście przykleiłem sobie kiedyś na ścianę. Co prawda teraz ważniejszy byłby opis, który znajduje się po drugiej stronie zdjęcia, ale zdjęcie też może być.
Nie udawało się, nie udawało się i kiedy dojrzewają aronie właśnie wczoraj pojechałem na działkę. Trasa taka sama jak ostatnio (aczkolwiek bez dramatów ze złamaniem ośki). Bite 50 minut w każdą stronę, do — ciepło, upalnie, słonecznie; z — szarówka, wieczorny chłód, emocje z jazdy w ciemnym lesie. Przyjemnie się jechało, choć w powrotem wolałbym bardziej za dnia, momentami przypominało to lekki survival, szczególnie przy szybkiej jeździe, po piachu, między korzeniami. Dobrze, że ścieżka obcykana. Na działce przykrycie drzewka firanką to nie był duży problem, więcej czasu spędziliśmy chyba na kawie, słuchając muzyki z bonda (miałem w walkmanie).Oczywiście głównym zmartwieniem pozostaje fakt, że działki jednak zabierają w związku z rozbudową węzła przy oszą. Szkoda, bo to jednak był dla nich wypasik, a są w miarę wyjątkowi, jeżeli chodzi o rozbudowę działki, jej zadbanie i ilość czasu tam spędzanego. Tych dużych (15-metrowych?) świerków i brzozy już raczej nie wywiozą stamtąd.

Smog — Rain On Lens (2001) — wcześniej nie słyszałem. Przeczytałem mały wpis, że być może najlepsza płyta. No może rzeczywiście zaraz za tegoroczną.

Jane Mansfield. Pamiętam jej foto wycinane z gazet, które moja matula wklejała do zeszytów.
Kilka z nich jeszcze mam.

Śmieszna jest ta sekwencja zdjęć z Zośką Loren.

Na przykład na zdjęciu z okolic basenu klimat jak z wczesnych bondów.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Matt Monro

Matt Monro — w moim wypadku znany z piosenki "From Russia with love" dysponuje fantastycznym głosem. I co prawda większość jego piosenek jest na jedno kopyto i zakańcza się tym samym, dłuuuuugim trzymaniem dźwięku, ale ponadto ma się samą przyjemność słuchania w wersji best off.
Innymi słowy, komu znudził się Frank Sinatra i osłuchane przeboje — warto sięgnąć.
Właściwie oprócz żartów ze mnie, to wszystkie są dozwolone, na przykład dowcip o Otylii i pragnieniu jest wręcz genialny. Po prostu inwencja ludzka mnie zadziwia i (na przykład w kwestii wulgarnych dowcipów) bawi:

***
Uwaga, ważne. W piątek, a następnie poniedziałek załadowałem nakładki do "In the wake of God".
Pierwsza, "nowe ulepszenia" dająca nowe możliwości rozwoju i kilka innych form POTWORÓW! Bardzo ważne, mówiłem. Między innymi Ifryt Radża, ha!
Druga, nakładka z językiem polskim, która nawet działa, więc w końcu wiemy, w co gramy (przynajmniej w kwesti WoG-yfikacji, no). I na sam koniec update z polskimi czcionkami, żeby nie przedzierać się przez tę gęstwę krzaczków. No to do dzieła!
***
środa, 5 sierpnia
Pogoda na razie nie zwalnia. We wtorek wybrałem się na salę potrenować. Co prawda nie zabrałem najważniejszej rzeczy, czyli kasety z podkładami, ale za to miałem trochę w głowie, więc ćwiczyłem mozolnie te fragmenty co trzeba. Uruchomiłem też wzmacniacz wokalny, i po 2 godzianach wciąż działał. Więc zaczynam podejrzewać, że jednak wejście może być rozdrażliwone, i przez to skakanie Jurka się wyhacza w trakcie gry. No, sprawdzimy na mokro.
***
Po chwilowej zapaści (zapewne wywołanej pewną słabością soundtracków), nowy zestaw kasetowy "Man with the golden gun" + "Moonraker" sprawdza się znakomicie. Ponadto zapocząłem inne muzyki filmowe Johna Barry'ego. O wrażeniach napiszę później.
***
Jakby mnie zapytali, co chciałbym robić w życiu, mógłbym odpowiedzieć: "ściągać".

wtorek, 4 sierpnia 2009

lipiec

piątek, 31 lipca
Najlepszy lipiec ever, od czasów dzieciństwa. Wiadomo. Wtedy wakacje zawsze były najlepsze (nawet jeżeli nie były), nawet te 3-miesięczne, ze studiów, nie były lepsze. Jestem naprawdę zachwycony pogodą w lipcu tego roku.
Yo La Tengo — Popular Songs (2009) tradycyjnie zachwycające (może słabsze niż ostatnio), ale dla mnie zawsze synonim niezależności, jakiej trudno dotknąć. Niby pop, ale zagrany niepopowo, niby rock, ale miękki i ciepły. Niby nic specjalnego na gitarach, wokale niespecjalne, ale jakże w całości to pięknie gra.
Bill Callahan — Sometimes I Wish We Were An Eagle (2009) — kurcze, Bill nagrał moją płytę. No dobra, moja będzie bardziej prosta, uzbrojona w piosenki zwrotkowo-refrenowe. Ale smyczki takie będę chciał. Natomiast rytm i perkusja (stopa, werbel, stopa, werbel, kilka tomów — właśnie tak ma być).
***
poniedziałek, 3 sierpnia
Mam lenia. W piątek też miałem. W piątek podjąłem się nawet wysiłku zatelefonowania w celu przejażdzki na działkę, ale działki ine było. Dzisiaj jeno spojrzałem, czy zbierają się chmury mogące sygnalizować deszcz, były — więc nie musiałem dzwonić by jechać.
***
W piątek robiłem chyba te same pasjonujące rzeczy co dzisiaj — zajrzałem nawet do obróbki zdjęć z Hiszpani. W końcu to z zeszłego roku — warto uregulować tę kwestię. Na razie opracowana 1/3 folderów.
***
W sobotę sytuacja była jasna: pogoda — jedziemy na plażę. Tym razem było gorąco, na tyle by zaliczyć jedno zanurzenie w wodzie (drugiego bym się nie podjął — zmrażało dokumentnie). Tym razem jechaliśmy odwrotnie, by zakupić w Gdańsku degażówki, potem zatrzymaliśmy się w centrum Stogów na zakupy spożywcze.Kiedy wróciliśmy do domu (na plecach mam takie różowe koło, akurat w obszarze, do którego nie sięgnąłem dłońmi), było już stosunkowo późno, więc obiad, ja skoczyłem na zakup do lidla i bomi.
***
Wieczorem przyszedł Jerzy, oprócz mięty przyniósł jeszcze limonki i inne słodycze, więc impreza się zaczęła. Mojito wypadło pozytywnie, aczkolwiek wyraźnie brakowało lodu oraz słomek. Jerzy przyniósł ze sobą monopol, więc oczywiście wygrał. Potem graliśmy naszymi kartami w 3/5/8, ale też wygrał (sromotnie) Jerzy. 80-procentowy rum zszedł. I okazało się, że jest pół do drugiej. Co mnie zdziwiło, że płyta "Perfect from now on" Built to Spill, której m.in. słuchaliśmy, w przypadku której do słuchania rozkładałem dywanik, i boso zabierałem się klęcząc w stronę zachodu — obecnie wydaje się nieco stara? nudnawa? nieniezwykła? Muszę to sprawdzić na trzeźwo.
***
Na szczęście bez pomocy obudziłem się w okolicach 9, czułem się jak młody bóg. Skarbie czuła się tylko młoda. Śniadanie było wyjątkowo parówkowe, wybraliśmy się na Żabi Kruk. Się zdenerwowałem, że zabrali już wszystkie canoe, na szczęście ciotka chciała płynąć jedynką, więc myśmy popłynęli dwójką. Zrobiliśmy tradycyjną trasę w kółeczko, w przeciwiństwie do godzin porannych pogoda zrobiła się bardzo słoneczna, wobec czego postanowiłem się poopalać. Około 14 zakończyliśmy kajakowanie, dołączyliśmy matulę do zestawu i poszliśmy jeść w knajpce na Piwnej. Okazało się, że obiad był dla mnie za duży (oprócz tego, że nie dość smaczny), bo po nim poczułem się objedzony, zmęczony i nieruchawy. Przeszliśmy kawałek pchilm targiem — właściwie najlepszy fragment tego szumnego przedsięwzięcia zwanego jarmarkiem, po czym usadowiliśmy się na na Targu Węglowym, by w towarzystwie osób w podeszłym wieku mniej lub bardziej pod wpływem alkoholu posłuchać orkiestry dętej straży granicznej i patrzeć na panny wymachujące dzyndzlem, trenujące w pobliskim pałacu młodzieży. Ot taka jarmarczna atrakcja, jak ulał pasująca do małomiasteczkowych ambicji włodarzy naszego miasta.
***
Głupi fakt: w mieście działają dwie wypożyczalnie kajaków, których ilość sprzętu raczej nie przyprawia o ból głowy. Ale okazuje się, że to zupełnie wystacza na 470 tys. mieszkańców.
***
Uff. Po weekendzie pełnym atrakcji i aktywności warto by trochę odpocząć w pracy. No, a dzięki akcji opalanie, wyglądam jak różowa świnka 2!

piątek, 31 lipca 2009

sezon ogórkowy, ale jakie ogórki!

czwartek, 30 lipca
Wygląda na to, że mamy polski The Frames. Wyjątkowe zjawisko jak na polską muzykę i realizację. Podoba mi się, to to wzór, jak dobrze nagrać słaby wokal, i jak skręcić przyjemne, spokojne granie — takie dla mnie.
Poprzedniego dnia ogladaliśmy takie cudo — "Historia perversa". Było nawet prosto i w miarę ciekawie. Choć pomysł umieszczania włoskojęzycznego filmu w San Francisco wydawał się ciut dziwny. Nawet w przypadku kryminału. Aczkolwiek użyto stosownych lokacji.

Zawiozłem komputer-laptop do ciotki, żeby sobie popisała trochę podczas wakacji. A wieczorem na komputerze stacjonarnym zaczęliśmy "Kobiety pragną bardziej". Obsada całkiem wypasiona, ale wyłożona stertą banału. Kilka scen komediowych ratuje sytuację.

Mamy koniec miesiąca, więc w ramach remanentu, foto z cyklu: cuda świata.

niebo na dzielnicy oraz kościółek na Ujeścisku są autorstwem Macieyi (menago KA)


czwartek, 30 lipca 2009

zawsze coś pyknie

Modest Mouse — No One's First And You're Next (2009) — ja tam na to nie czekałem, singiel był taki sobie. Zresztą ostatnich płyt MM nie lubię, szczególnie drażnią mnie te wrzaski i podróbki w Waitsa. Ale produkcja już jest całkiem wypasiona, co prawda to odrzuty z ostatniej płyty. Kilka piosenek fajnych.

Sore Eros — Second Chants (2009) — ładnie napisali:

http://www.porcys.com/Reviews.aspx?id=1153
Więc zapragnąłem posłuchać. Ale tylko mnie to k... zdenerwowało, bo rzeczywiście jest nagrane na pececie i od razu mi się przypomniały wszelakie możliwe opinie dotyczące miasta1000gitar itp.: "JAK TO SZKODA, ŻE PŁYTA NAGRANA W DOMOWYCH WARUNKACH, LO-FI, DEMO" (wstawić dowolne); i niech ich tych matołów jasny penis strzeli, którzy niemal w tej samej linijce wychwalają płyty, które trzeba odkręcić ponad połowę wskaźnika volume, żeby w ogóle było cokolwiek słychać.
I nie problem w tym, że mogę mieć gorsze pomysły, melodie, cokolwiek, ale o fakt, że w każdej opinii znajdzie się wytknięcie dotyczące "NIEODPOWIEDNIEJ JAKOŚCI DŹWIĘKU". Dziękuję. Rozumiem, Robertowi Robinsonowi wypada, mnie nie. Dobrze wiedzieć.
poniedziałek, 27 lipca
Dokończylim "Syrianę" i zabralim się za "Running scared".Byłem bliski myśli, że teraz nawet kiepskie filmy (oczywiście nie dotyczy polskich "produkcji") są wypasione technicznie, graficznie, zdjęciowo, efekciarsko. Okazało się, że film był finansową klapą, jeżeli chodzi o zwrot kosztów. Ale fakt, że to tylko 15 mln dolców sprawia, że film wydaje się niemal niskobudżetowym przedsięwzięciem. Więc pod względem "jak wygląda" jest to mistrzostwo świata (ach ten montaż i efekty graficzne rodem z komiksu). O historyjce nie wspomnę, chociaż była pełna szokujących elementów (np. motyw dziecięcej pornografii). Na uwagę zasługuje sekwencja napisów końcowych, w której zastosowano animacje przywołujące teatrzyki kukiełkowe — tyle że postacie rozbryzgują sobie mózgi.

Wtorek to próba we trzech, bez Nicolasa, z Jurkiem. Klu programu było, że psuje się wzmacniacz wokalny, więc albo naprawa albo kupno nowego zestawu — tak, czy inaczej — niefajnie. Powiedzmy, że mam jakieś półtora miesiąca na załatwienie sprawy. Czy są jeszcze w Gdańsku jakieś zakłady, które mogły by taki złom naprawić?
Bo ten poniżej (to nie ten mój) to raczej jakiś klasyk.