piątek, 30 lipca 2010

kameralistyka

wtorek, 27 lipca

Pojechaliśmy z Wojtem na dziuplę. Tam spokojniutko nagraliśmy gitarę elektryczną (+ fuzz i no fuzz) do 6 numerów z Wojta 2. Lekko, łatwo i przyjemnie. Tak przyjemnie, że nawet nie zwracałem szczególnej uwagi na pliki (bo i tak nagrywaliśmy 2 razy po 2 wersje), tylko bardziej zastanawiałem się, którą gitarę będzie łatwiej zmiksować i jak uzyskać przestrzeń. I żeby to nie był fuzz-rock. No, ale w sumie do tego jeszcze daleka droga. Dałem Wojtowi "becka" by MASYW ŚNIEŻNIKA, spodobał mu się, więc zaśpiewa do tego anglosaską nawijkę w stylu becka a jakże.

środa, 28 lipca

Pogoda nadal nas nie rozpieszcza — teraz pada nawet w drodze do roboty. Wyglądałem zatem gustownie w swoich półbutach i skarpetach rozwiniętych na przedłydkach. Dokończyłem "Karuzelę". Najbardziej emocjonująca książka jaką czytałem w ostatnim półroczu (o ile w ogóle coś czytałem). O kryptotendencjach już pisałem, ale kto ich tam wie. Z pewnością ten, kto z solidarnościowej wierchuszki nie był z Wałęsą, ten nie spił śmietanki i o okrągłym stole wyraża się negatywnie (może nie dlatego, że nie spił śmietanki). Może był i to parszywy kompromis, a wielu rozmieniło się na drobne. Ale przecież dzisiaj szlachetność nie popłaca, a w konsekwencji (ho ho, to już ponad 20 lat) rozpasany konsumpcjonizm i rządy pieniądza, to jest to czegośmy chcieli. Ktoś jeszcze wspominał coś o wolności, ale nie popadajmy w przesadyzm.
***
Klu wieczoru było nagrywanie wiolonczeli i skrzypiec razem i osobno. Mieliśmy do zrobienia 3 numery z Vreena 2, raz "wsciekłość i gniew" by MASYW ŚNIEŻNIKA oraz całą gromadkę z columbusa. Wykonaliśmy ("Wy wykonaliście!?!") dużo roboty. Sposób działania jak poprzednio, potem pierwszą partię nagrywała Agnieszka na wiolonczeli (brak informacji co do wyemancypowania się z nazwiska), a następnie Marzena na skrzypcach. Było wybornie.
***
Wiolonczela jest takim instrumentem, że nawet betonowy rockowiec lubi jej brzmienie dołączone do muzyki (patrz casus akustycznej Nirvany). Piękny instrument (te kształty) + dźwięk, który powoduje mrowienie. Wiadomo, że nie w każdym przypadku musi to zadziałać, ale umówmy się: smyczki na płycie/płytach (szczególnie moich) muszą sprawiać, że są one genialne (płyty) (smyczaki też). I tego będziemy się trzymać.
***
Można otwarcie powiedzieć, że jestem kierownikiem/konsultantem muzycznym swojej własnej płyty. Brzmi dumnie. Głównie polega to na tym, że strofuję Endriusa, żeby tyle nie gadał, wypowiadam kwestie: "nagrywać, nagrywać, jest dobrze" i skaczę po piwo.
***
A potem nastąpiło klu tego klu, bo na zakończenie zajęliśmy się cudakami i po pierwszej zajawce wyszło na to, że trzeba nagrywać dwa instrumenty jednocześnie, gdyż ich dialog jest niepowtarzalny i tak splecony ze sobą, że tak musi być. Zatem mieliśmy 17 minut muzycznej uczty, gdyż obaj nie mieliśmy słuchawek i uczestniczyliśmy w występie na dwa instrumenty smyczkowe, co — bez podkładu — czasem dawało wrażenie muzycznego rozhasania w stylu warszawskiej jesionki. Tru kameralistyka.
***
Właśnie sobie zasłuchałem i jestem zwyczajnie zachwycony, zatem fragment "alpy" (to drugi z numerów "małociętych") po prostu musiał się znaleźć:

czwartek, 29 lipca 2010

z łokcia

piątek, 23 lipca

Upały niby się skończyły, była jakaś burza i zrobiło się ciemno. Zostało pochmurno, ale duszność wcale jakoś nie odeszła. Wieczorem graliśmy z Jerzym w kosza. Wyniki: jeden jakby wybity palec (Jerzy), dwa ciosy łokciem w szyję (ja), więc oddałem mu łokciem w żołądek. Chyba nawet zaszaleliśmy na "parkiecie", bo koszulki były mokre.

sobota, 24 lipca

Pyszczku poszła na miasto, więc zająłem się columbusem. Doszlifowałem większość numerów, a dokończyłem robotę po południu, kiedy Pyszczku wróciła z miasta i się zdrzemnęła po obiedzie — wiadomo, zmęczona.
Deszcz lał z przerwami przez cały dzień, potoki wody z nieba były tak głośne, że nie słyszałem muzyki w słuchawkach. Okazyjnie oglądałem mecz Portland-Suns z 1997 roku (Arvydas Sabonis — boże, jakiż to był koszykarz! te jednoręczne asysty! Rasheed, Isiah Rider, Brian Grant, Stacey Augmon, John Crotty — rozgrywał dobrą partię jako biały szalony rozgrywający, J. O'Neal v. Kevin Johnson, Kidd, Nash, Manning, Rex Chapman, Cliff Robinson prosto z Portland - wszyscy piękni i młodzi). Ultimate Jordan 6 dvd też wygląda ładnie i działa.

Jerzy z Dagmarą zaprosili nas na pociągi, Jerzy był nawet tak miły, że nas podwiózł (bo wcześniej było ostre lanie). Przynieśliśmy ileś różnego piwa (lipcowe, ciechanów), ale wszystko wypiliśmy sami i po kilku emocjonujących partiach wróciliśmy piechotą. W nocy znowu układałem wagoniki i się nie wyspałem.

niedziela, 25 lipca

Już nie padało tak istotnie, wybraliśmy się na spacer i zaczęliśmy oglądać "Białą wstążkę". Ponadto miałem robotę biurową, zużywałem folię aluminiową na okładki i recyclingowałem stare koperty z bąbelkami na nowe do wysłania. Pracowity dzionek!

poniedziałek, 26 lipca

Spodziewanego ocieplenia nie widać, co mi się aż tak nie podoba. Jest ponuro. W dodatku na autobus musiałem czekać podwójnie, bo jedenj gnój nie przyjechał. Za to u Endriusa rozwikłaliśmy wszystkie stare, archiwalne, nieużywane, niedoklejone pliki gitar i perkusji. Vreen 3 już teraz wygląda pięknie.

Nowe podkłady Endriu do JZTZ 2 są imponujące i tylko szczęśliwa ręka opatrzności (i moja obecność)
spowodowały, że nie usunął ich sobie dokumentnie. Zdaje się, że do tego trzeba mieć talent. Do usuwania.

Gary Wilson — You Think You Really Know Me (1977). Zacznijmy od zdjęcia:

Teoretycznie pasuje na easy listening, gdyby nie ta zewnętrzna kanalizacja (taka sama jest w dawnych koszarach pruskich na wzgórzu). Koleś ma głos czasem jak funkująco-popujący biały Prince. Można by uznać, że gra pościelówy, gdyby nie fakt, że używa dziwnych dzwięków, trochę za dziwnych na Barry White'a i prowadzi nawet eksperymenty z rytmem, co już nie jest łatwe w słuchaniu. Ale czasem jest to wymuskane disco. Lokuje się klimacie ostatnich soundtracków sleezy listening.

wtorek, 27 lipca 2010

w kinie

środa, 21 lipca

Właściwie cały dzień spędzaliśmy w podnieceniu w oczekiwaniu na pierwszy od dłuższego czasu seans filmowy. Bo za pół ceny. Padło na przygodówkę "Prince of Persia". Określenie czcza rozrywka idealnie pasuje do filmu. Chyba dwa filmy przygodowe pod rząd to dla mnie za dużo. Alfred Molina wspaniały, Ben Kingsley od pewnego czasu zawsze te same role. Na torcie super ciacho:

oraz ponownie Gemma "Strawberry Fields" Arterton:

Ale w sumie impra miła, a szczególnie spacer, który jeszcze odprawiliśmy wieczorem po Gdańsku. Prawie jak na wczasach, prawie jak ładne zabytkowe miasto z turystami. Pod koniec dnia, mistrz-he he-polskiej ligi wygrał w karnych z Interem Baku.

czwartek, 22 lipca

ej no u nas od 3 dni odgrazaja sie, ze beda burze i gruby chuj jak na razie.
–em c, 17/7/2010 12:24
***
Podobno mamy dzisiaj najcieplejszy dzień w roku: 34 stopnie C. Trochę ciepło, ale też ciut za mocno wieje, żeby można było korzystać z kontrolowanego przeciągu. Trochę się zdziwiłem, jak wróciłem z klimatyzowanej sali konferencyjnej. Mini szok termiczny.
***

Było duszno. Zmontowałem filmik. Potem oglądaliśmy "Postal" Uwe Bolla. Film może nie jest bardziej głupi niż połowa amerykańskich produkcji, ale jest źle zrobiony. A przy całej swojej "obrazoburczości" jest na tyle przesadzony, że nie jest śmieszny, co w porównaniu z klasykami ("Czy leci z nami pilot"), oglądanie nie bawi. A przecież chodzi o czczą rozrywkę.
***
Ruch Chorzów-Valletta FC 1-1 i 0-0, liczył się gol strzelony na wyjeździe, he he.
***
Skończyłem oba tomu książki Szczepłka o piłce nożnej. W sam raz do niedawno mijanych okoliczności.


piątek, 23 lipca 2010

Kraken + pttk (Vreen 3 zajawka)

niedziela, 18 lipca

Jak się rzekło, pogoda była niewyjściowa, więc chociaż poskładałem kilka okładeczek. A wieczorem oglądaliśmy sobie rozrywkowo "Clash of the titans" i to było ładnej jakości. W sam raz na wieczorne oglądanko. Występowali: Ralph Fiennes (zły), Liam Neeson (taki sobie) i Gemma Arterton (Quantum) i Mads Mikkelsen (LeSzyfr) i jeszcze typ czwartego terminatora.

poniedziałek, 19 lipca

Ponieważ Pyszczku odwiedzała Wrzeszcz, postanowiłem szybciuteńko zapisać melodie wokalne do trzech nowych numerów JZTZ 2. Melodie same mi się podobają (zobaczymy za miesiąc), ale nagle doszło do mnie, że swoimi tekstami na "jedynce" ustanowiłem taki "poziom", że nie wiem, czy będę mógł mu dorównać w kwestii tej głupiej i szalonej abstakcji. Ale jeszcze nie próbowałem, więc na razie nie pękam.

Pyszczku wróciła i oglądała film "Gordos" (ja załatwiłem!), ja zaś pojechałem (pędziłem jak szatan) na kosza z Jerzym. Tym razem poszliśmy na boisko "na górze", tam przyłączyło się do nas 3 kolesi, więc graliśmy 2/2 ze zmianami. Oczywiście im piłki wpadały, a nam nie, ale były różne konfiguracje i gra wyglądała bogaciej niż 1/1. Przyjemny wysiłek. Wróciłem do domciu (jak szatan) i do snu obejrzałem "View to a kill", ale nie tak dokładnie, jak można się było tego spodziewać. Niemniej — przyjemny dzionek.


wtorek, 20 lipca

Pojechałem do Endriusa, potem nadjechała Marzena (co chce się wyemancypować z nazwiska) i nagrała skrzypki x 5 do Vreena 3. Abstrahując od umiejętności technicznych, których nie posiadam w żadnym instrumencie, co samo w sobie mnie ujmuje, to same zdolności muzyczne Marzeny jako skrzypaczki są imponujące. Sposób pracy mniej więcej tak samo jak z Pawłem: puszczasz muzę, zaczyna grać, od razu widać, że to już jest albo genialne albo w sam raz pasujące, włączasz nagrywanie, drugie nagrywanie na dokładkę, i masz gotowca do numeru. Genialne.
***
I np. jak słucham teraz końcówki "PTTK" (wersja jak najbardziej robocza) to już szklą mi się oczęta (uwaga! piosenka jest miła, sentymentalna i powolna, więc najpierw należy zamknąć oczka):





czasem go tu nie widać, więc jest również tu:
http://vids.myspace.com/index.cfm?fuseaction=vids.individual&videoid=&release=107563327


(jak już sformułowałem filmik — z ogólnie dostępnych materiałów własnych/oceanarium Valencia — to wyszło mi na to, że łącząc muzykę z obrazem, a w zasadzie konfrontując treści obu, stworzyłem sztukę o przekazie niejednoznacznym) (tak se jaja robię) (a ponadto, stateczność ruchów pływających stworzeń kapitalnie pasuje do rytmu piosenki).

wtorek, 20 lipca 2010

słoniś

piątek, 16 lipca

Walimy dzisiaj na imprę. Soap Trendy Festival 2010, heh:

To nie była dobra impreza (i to jest sformułowanie "kobieta lekkich obyczajów"), melanż też nie był taki fajny jak ostatnio, ale nic dwa razy się nie zdarza. Na pocieszenie został słonik:

W tym piorunującym upale w namiocie, w koszmarnych warunkach nagłośnieniowych staraliśmy się dobrze zaprezentować, ale satysfakcji nie było dużej.
Były też plusy. Piwo w dokach po 4 zeta. Sklepy też po drodze i jeszcze więcej piwa. Bardzo przyjemna atmosfera na Piwnej, Długiej, Ogarnej i okolicach. Sporo ludzi na fecie. Szybki powrót do domciu (ostatnim autobusem).

sobota, 17 lipca

Wobec planowanego załamania pogody pojechaliśmy środkami komunikacji miejskiej na plażę, żeby się wysmażyć. "Karuzela" (rzecz o okrągłym stole) się rozpędza. Zmarł Jankowski. Ciekawe, czy w białym gajerze.
***
Wyjątkowo nie mieliśmy stałego obiadu, ale ponieważ po plaży było wielkie frappe, potem dojadłem pomidorów i można było jechać. A załamanie pogody właśnie przyszło. Sytuacja z nagłośnieniem w dokach nie uległa zmianie, zatem usprawiedliwiliśmy się, posłuchaliśmy jak grają Raus! of my eyes (20 numerów w 20 minut) i poszliśmy.
***
O Raus! of my eyes słów kilka. Po pierwsze, Piotrowski gra tam na perce (Szybkie Banany is dead) i pracuje w straży granicznej. Zamieniliśmy kilka słów. Na wiośle pomyka Bartek Potulski, a na basie basista Są Gorszych. Grają źródłowy hardcore (tak ja bym to określił) i to jest całkiem ok. Wykonania koncertowe są o wiele bardziej na miejscu niż myspace. Lepsze brzmienie i filing. Przynajmniej szybko i krótko. Ponadto zawsze lubiłem patrzeć na grę Piotrowskiego — zawsze wie, co robi i potrafi to ładnie zaakcentować (np. beczki). I jeszcze ponadto, uwzględniając aurę, okoliczności i rozpropagowanie niniejszej imprezy — chłopaki robili to z całym przekonaniem i szaleństwem. W ogóle: chłopaki. Tak pod 40. Jak to możliwe, że wokół tych ludzi kręci się jedyne granie old school punk w trójmieście? A co będzie jak oni umrą?
***
Poszliśmy z Endriusem na miasto, potem rozdzieliliśmy się i wobec padającego deszczu zastanawialiśmy się nawet nad kinem. Ale zwyciężyła opcja "głód!" i poszliśmy do dzikiej pierożarni. Tam było całkiem przyzwoicie pod względem finansowym, a przynajmniej najedliśmy się dobrze. W międzyczasie deszcz przestał padać, więc poszlim na Dolne Miasto i zaliczylim jeden teatr. Nawet ładny. A potem do domciu.

piątek, 16 lipca 2010

MASYW ŚNIEŻNIKA

środa, 14 lipca

Bez zmian. Nawet nie skleiłem żadnej płyty. A co tam.
***
Za to jak słucham Live Pavement z Holandii (Tilburg, 1999-11-16) to mój boże jaka słychać różnicę między klarownością dźwięku i czytelnością wokali wobec tego błotka, jakie mieliśmy podczas rodzimego openera. No i jednak chyba wtedy lepiej czuli się personalnie. Technicznie też jest lepiej zagrane.

czwartek, 15 lipca

Pogoda wciąż dopisuje upalnie.
***
Dobrze, że przyszedł Johny, przynajmniej mieliśmy okazję zasłać łóżko i poupychać rzeczy z prania ze stosiku. Zdaje się, że te spod spodu były prane jakieś dwa miesiące temu.
***
Z Johnym wreszcie zrobiliśmy "becka" korzystając z dobrodziejstw fl studio i naszych dotychczas nagranych plików. Plików wystarczyło, numer na razie kołysze, poukładaliśmy go dosyć świeżo, zobaczymy jak będzie z wokalem. Na razie wyglądamy solidnie:


środa, 14 lipca 2010

in memory



wtorek, 13 lipca

Sformowałem kolejne płytki i zaniosłem je do dj tartaka. Na tym skończyła się moja aktywność tego wieczoru. Na obiad/kolację mieliśmy bardzo tłuste żeberka. Czytam jeszcze zaległy MVP, odsłuchuję JZTZ 2 i oglądamy smętną drugą serię "Damages". Mieliśmy nawet burzę wieczorem, mocno się zaciemniło, nawet trochę popadało, temperatura powietrza zelżała.

Sporo ruchów transferowych nawet znanych nazwisk w nba:
Steve Blake — LA
Carlos Boozer Chicago
Kirk Hinrich Washington
David Lee Golden State
Jordan Farmar (jakby nie było, mistrz) New Jersey
Michael Beasley (od dwóch lat zapowiadający się) Minnesota
Kyle Korver Chicago
Erick Dampier, Eduardo Najera Charlotte
Tyson Chandler Dallas
Zydrunas Ilgauskas Miami (no to mają pełny skład) (+ Mike Miller przecież)

Miło będzie popatrzeć na ludzików w nowych koszulkach.

Popsułem walkmana Pyszczku. Właściwie sam odmówił posłuszeństwa. Na szczęście nie muszę "odkupywać". Co zabawne (?) dopiero teraz odkryłem, że miał opcję bass boost. No a "nowego" walkmana kupiłem bez zasilacza, więc mogę go sobie położyć na półce pogratulować!
Zostały więc tylko
piękne wspomnienia i piękne wnętrza. Czy ktoś ma jakiś na zbyciu?