środa, 11 sierpniaTrzeba przyznać, że słoneczny poranek i mgła nie zdarzają się zbyt często razem. W dniu dzisiejszym wyglądało to naprawdę zjawiskowo. Obraz był na tyle rozmyty, co sprawiało wrażenie, że psuje się wzrok. Budynki w oddali wyglądały baśniowo (nie tak ordynaryjnie, jak zazwyczaj).***Codziennie zajadamy pyszną pieczeń z ziemniakami i sosem. Niezdrowe, ale smaczne. Trochę się spieszyliśmy, żeby zdążyć kupić bilet na film. Na dopchanie był lód z biedronki. Na mieście pełnia lata. Ludzi raczej więcej niż zazwyczaj. Turystycznie jakoś idzie do przodu.***"Inception" (2010) jest właściwie (nie)zwyczajnym sensacyjniakiem z wątkiem miłosnym, gdzie dużą dawkę akcji zawarto w scenach pościgów, bijaktyk oraz strzelanin i wybuchów. Na szczęście posiada ten matriksowski pomysł o alter-rzeczywistości, w tym obrazie doprowadzony niemal na skraj, tych poziomów jest kilka — tzw. kompozycja szkatułkowa. Na drugie szczęście, to właśnie ta pewna komplikacja sprawia, że czeka się choćby na rozwiązanie tego pomysłu. Na trzecie szczęście oglądanie w krewetce w sali numer 1 daje jakiś posmak kina w odpowiedniej jakości: duża sala i duży ekran niwelują efekt rozmazania i pikselozy, jaki jest obecny przy naszych odtwarzaczach słabej rozdzielczości (szczególnie wyraźne w mniejszych salach), do tego jest całkiem solidny dźwięk kwadro.
Joseph Gordon Levitt (z prawej) jednak kurcze podobny do Heatha Ledgera.***Zatem hitu pokoleniowego (Transpotting, Matrix) z tego nie będzie, ale i tak dobre np. w porównaniu z zapowiadanym przeze mnie zlotem bohaterów młodości w filmie Stallone'a (już wkrótce w kinach). Rzeczywiście z mojej listy brakuje jeno Chucka Norrisa, zaś Arnold występuje tylko w jednej zajawkowej scenie. A, inną porutą jest, że ostatni Harry będzie w dwóch częściach (listopad, potem lipiec) i w 3D. Kaska, kaska.***Film prawie 3 godziny, więc już nie szwendaliśmy się dużo po mieście, chociaż klimat wakacyjny, ciepła noc, światełka, urok.
A Shaq w Boston. No, wreszcie. Wiadomo, szału nie będzie, ale resztki kolorytu zostaną.
sobota, 7 sierpniaMiały być golonki, ale skończyło się na harcowym barze. Korzystne było piwo ze wschodu (miętowe, malinowe), pogoda, która nawet nie dokuczała, lody z Misia (popsuły się, sama woda) i miasto w słońcu. Chodziliśmy, chodziliśmy z matulą i wychodziliśmy. Wieczorem obejrzeliśmy reżyserską wersję filmu "Zodiac". Smakowite. Oczywiście piękny obraz. Sądziłem, że rzecz (ponad 2 i pół godziny) będzie mniej strawna, a tu proszę. Zagrał książę Persji — jakże nie do poznania. Film zaciekawił mnie do tego stopnia, że trawiła mnie pewna ciekawość co do jego zakończenia.
niedziela, 8 sierpniaZastała nas nawet wcześnie z domu wychodzących. Pogoda była niepewna. W tv mówią, że jest dynamiczna. W związku z sobotnim maratonem wyruszyliśmy do outletu w poszukiwaniu butów do spinningu. Tychże nie było, ale to to były inne. Zawodowe, skórzane, w zawodowej cenie. Mniam.
Pyszczku jeszcze w sobotę nastawiła pyszną pieczeń, wypas.***Muszę dodać, że od kilku dni mam nowego kolegę:
32 presety!Ale sprawuje się dobrze. Taaaki automatyczny jest. (ale nie pytajcie, dlaczego dwa zdjęcia nie chcą być w poziomie jak pozostałe — to przekracza moje możliwości percepcji).
poniedziałek, 9 sierpnia007 w poniedziałki się skończyły. Te z Brosnanem są uznawane za coś ekstra i puszczane w piątkowo-sobotnim kinie akcji. Pewnie niedługo powtórka, a potem premiera Quantum. Byliśmy na Kowalach z wizytą rodzinną, gdzie największym wysiłkiem było dostanie się do butelki zbyt dobrze zakorkowanego wina. Pyszczku przez dzień cały miała coś między grypą żołądkową a czymś. Na szczęście po przespaniu 12 godzin do następnego dnia samo przeszło. Ja zaś sprytnie przeglądałem "Quiller mermorandum" z planem na przyszłość. Sza!***Z ostatnich zdobyczy jest komentarz do "Moonrakera" oraz "Octopussy". Wszyscy w rodzinie się cieszą.
wtorek, 10 sierpniaUmówiliśmy się z Wojtem, a ja się ordynarnie spóźniłem. Wróciło ciepło, przerywane opadami deszczu, czasem dość gwałtownego. Wojt przygotował się, czasem nawet zmienił tekst. Ja zapomniałem kabla i pończochy. Udało nam się nagrać wokal chyba do 7 piosenek. Głos ładny. Czasem trwożliwy. W większości nie będzie nakładek — stawiamy na pojedynczy wokal. W kilku niepewnych momentach pracowaliśmy nad melodią i cyzelowaliśmy drobne zjazdy. Poszło sprawnie. Piosenki ładne. Z zachwytami poczekamy do miksowania.
czwartek, 5 sierpniaPonieważ Johny nie mógł na próbę, zatem zrobiłem przegląd dvd 007. Kilku mi brakuje. Trzeba coś z tym koniecznie zrobić. I chyba nawet oglądałem kosza Polska-Portugalia, gdzie Gortat jednak jest trochę drewniany.piątek, 6 sierpniaDziś mam taki dzień, że słucham: Hammock — Maybe They Will Sing For Us Tomorrow (2008), czego normalnie bym nie słuchał, bo to ambient.
Pogoda ledwo, bo ledwo, ale dała radę. Kto miał skrewić, to skrewił, za to Tomek był tego wieczoru nie do zdarcia. Obtańcował nas na parkiecie prawie 10 partii pod rząd, a później jeszcze kilka, latał w powietrzu (ale to Jerzy zrobił pivot), był Air Tomkiem, King Kong Tomkiem i Tomkiem The Dream. Ja tym razem nie szalałem, raz zaatakowałem szczęką czyjś bark, zaś na koniec załatwił mnie cios w kolano (Tomek The Worm). Co było dla mnie zaskoczeniem, to że mimo niesprzyjającej aury, asfalt był ciepły i suchy. Aż zdało mi się, że mógłbym tam jeszcze poleżeć.
Ale tak jak mi się zdawało, po dwudniowych dolegliwościach wszystko się wyrównało i zdrów chłopak.
Zaś pod noc obejrzałem sobie mecz Chicago-Detroit, kiedy MJ zmierzał po swój pierwszy pierścionek. To było definitywne zakończenie lat 80. w nba, i początek nowej ery. Bad Boys przegrali w finale konfrencji 0-4. Dość, że zrobili swoje wcześniej. Tak mi się nawet pamięta: Mark Aguirre, Joe Dumars, James Edwards, Vinnie Johnson, Bill Laimbeer, Dennis Rodman, John Salley, Isiah Thomas. Podczas meczu Bulls niemal ich roznieśli, choć początek jeszcze nie zapowiadał takiej przewagi. Pistons, podczas relacji tv nazywani klubem 30 (co w gruncie rzeczy oznaczało, że najmłodsi mieli ponad 30 lat), nie mieli już szans. Ale grali brudno. W pierwszej kwarcie były 4 techniczne. Rodman już niemal poza akcją pchnął Pippena w widzów — bez konsekwencji. Starsi koledzy jechali po młodszych. W połowie ostatniej kwarty, kiedy przewaga była już znacząca, Chuck Daly powoli ściągał graczy pierwszej piątki, ci zaś, wspólnie z kibicami fetowali team spirit, a kibice dziękowali za dwa mistrzostwa, po czym, bodaj 14 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry, podstawowi gracze ostentacyjnie opuścili salę, rzecz jasna nie zaszczycając zwycięzców jakimkolwiek gestem. Bad Boys.
wtorek, 3 sierpniaDokończyłem robotę ze Śnieżnikiem, a potem, z powodu intensywnych opadów deszczu, postanowiłem się rozerwać przy oglądaniu 2010 ESPY's Awards, czyli nagrody tv sportowej. Takie oskary, tylko 5 razy krótsze i o wiele ciekawsze. Ależ fantastyczny okazał się ten program w jakości HD. Oprócz dużej dozy klipów sportowych (nominacje, przypomnienia, do wtóru am. muzy), dwa filmiki dokumentalne o bohaterskich trenerach (w jednym narratorem był Kiefer Sutherland, innego bohatera zapowiadał Samuel L. Jackson), do tego prowadzący, który rozpoczął zabawę od sporej liczby dowcipów, w dużej mierze na temat The Decision (temu poświęcono nawet specjalny skecz ze Stevem Carellem), były też inne tematy żartów. Oprócz tego spora hustawka "prawdziwych emocji": od pełnego śmiechu, po wzruszenie, obok poczucie szlachetnego patriotyzmu. Nie wiem, ile razy łapałem się podczas tej półtorej godziny, że mam łzy w oczach. Ci amerykanie umieją to kręcić.
środa, 4 sierpniaTo był o jeden kiepski film za dużo w ostatnim czasie. W dodatku trzeba przyznać, że jakość obrazu obecnie w kinie ma się nijak do jakości, którą uzyskuję na naszym komputerze-laptopie (oczywiście w przypadku obrazów HD). "Uczeń czarnoksiężnika" z Cage'em oran (na szczęście) Moliną był typowym disneyowskim produkcyjniakiem, który należy ominąć. Tyle że miejsca na "Inception" były już zajęte.Grunt, że bilety za pół ceny, najedliśmy się pączuszkami i paluszkami. Szkoda, że temperatura wieczorem nie była taka wypasiona, jak ostatnim razem, zatem spacer nie był tak wakacyjno-relaksujący. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak pakuje się jarmark i po ile są golonki.
poniedziałek, 2 sierpniaOd piątku jestem pan p.o., ale jakoś daję radę. Zaliczyłem fryzjera (czad!)(15 zybli), a wieczorem "Licence to kill". Już nawet poprzedniego dnia, jak wracaliśmy rowerami, myślałem o tym, że można by obejrzeć. Muzyka akcji (Michael Kamen) w filmie daje radę, można wyczuć kilka zgrabnie wplecionych klasyków bondowskich, na płycie wygląda to bardzo słabo. Na szczęście przedtem zacząłem składać pliki Masywu Śnieżnika, więc będzie do czego nagrywać bas. Foto: Pyszczku, zrobił: Tombe.
sobota, 31 lipcaPyszczku poszła pić piwo na miasto, ja zaś po zaliczeniu masarni oraz poczty zabrałem się za pliki dla Wojta, a następnie "popracowałem" nad tekstami. Wyszły mi 4, z czego ostatni podoba mi się najbardziej ("juice terror" — o izraelskich drag-queen terrorystkach utrzymany w klimacie dusznego porno)"chodźcie dziewczęta, nie ma czego się bać,wujek Icchak pokaże wam swój znak"(to o mnie)i poszedł właściwie od ręki. Taki mam talent. Od pewnego momentu bawiłem się dość nieźle, głównie męczyłem się z balladą o miłości i spalonych pocztówkach z Montjuic. Zatem ani listy przebojów ani parkiety wiejskich dyskotek nie będą dla nas (cóż zrobić, taki los), natomiast wszyscy apologeci twórczości Jak Zwał Tak Zwał z pewnością dostrzegą ciągłość "literacką" tych tekstów.
Obejrzeliśmy "The Ghost Writer" wypasionej jakości. Fantastyczna muzyka (Alexandre Desplat), a i film daje radę, choć końcówka jest nieco zbyt pospieszna i nosi znamiona elementu, który zawsze musi się znaleźć w filmach sensacyjnych "z tajemnicą" (patrz ten brak zakończenia/niedopowiedzenie w "Białej wstążce" — rewelacja). Ponadto zdjęcia, gra aktorska, nastrój i narastanie napięcia wzorowe. Można się zżymać na tematykę "polityczno-szpiegowską", ale rozegranie partii jest mistrzowskie. Podobało mi się.***Ej, a to jest w ogóle James Belushi (w tymże filmie)!
niedziela, 1 sierpniaNawet nie skojarzyłem o co chodzi z tymi syrenami o 17. Taki ze mnie patriota. Myślałem, że to okoliczności szykującego się meczu żużlowego (akurat tamtędy przejeżdżaliśmy). Trochę nam zajęło z rana (z rana!), żeby się wybrać. Na wyprawie rowerowej byliśmy od 12 do 18. Nawet trochę się opaliłem, choć chmurek było więcej niż pełnego słońca, co akurat bardzo mi odpowiadało. Zacząłem zbiór felietonów Stefana Bratkowskiego "Skąd przychodzimy". Sporo o literaturze, to fajnie. Dużo też rozgadania, ale po to się czyta. Ujął mnie już pierwszym zdaniem, zatem do boju.
No tak, do snu oglądaliśmy "Kick-ass" i ten poziom abstrakcji i zabawy formą mnie nie rozbawił. Może przez te rajtuzy. Jedynie poprzez fakt, że występował tam jeden z aktorów, przypomniałem sobie o rewelacyjnym obrazie "Superbad". McLovin!***Jak skorzystaliśmy z wyjątkowo dobrej pogody, tak jeszcze będę sobie winien mały opis ul. Sandomierskiej: klasyka oruńskich kamienic, klasyka przedmieścia, Żuławy, tego dnia kolorytu dodawali jeszcze kibice czarnego sportu.
czwartek, 29 lipcaNo to szybkensem do domciu, gdzie Pyszczku dzielnie cięła i kroiła, ja mieszałem i wymieszaliśmy kurczaka tai-chi z papryką i groszkiem. Pycha.
Potem przyszedł Johny i prowadziliśmy owocną dyskusję połączoną z przykładowym wycinaniem na temat ostatnich naszych zarejestrowanych poczynań. Wyszło z tego, że będziemy mieli epicki numer w porządnej długości +7 minut (Johny mówi, że starczy już tych pioseneczek, zwrotka/refren/zwrotka/refren/przejście/refren i do domu), jedną głupią pioseneczkę właśnie oraz jeden numer, któryśmy wyrzeźbili metodą prób i błędów pasując ze sobą 5 podobających się nam motywów. No to teraz to posklejać w cakewalku, żeby można było dograć bas.
I całe szczęście, że byliśmy zajęci, dzięki czemu ominąłem kolejny czarny czwartek (który to już w ostatnich latach?) naszych drużyn w pucharach.
piątek, 30 lipcaPozostawało nam rozkoszowanie się początkiem łikendu. Umówiliśmy się na kosza, Arek nas wykiwał, więc kiwaliśmy się na boisku we trójkę na zmianę z Jerzym i Tomkiem. Było wesoło, trochę grałem faul, trochę byłem dla siebie pobłażliwy, może dopracuję moją formę ataku na urwanie głowy. Gdybym dobrze poćwiczył mógłbym sam do siebie asystować. No, właściwie już teraz to robię.***Zanim poszliśmy spać, zobaczyliśmy jak ziemia dwa wyglądałaby bez księżyca, a ja dokończyłem mecz z 1997.
W ramach foto remanent ekstra design nowej płyty Jamiego.