wtorek, 25 maja 2010

jaka droga katastrofa

poniedziałek, 24 maja

"Agora" (2010) — to skapcniałe "widowisko" historyczne, w którym łopatologicznie wyprawiona fabułka jest schematycznie zagrana przez niewyróżniających się aktorów (raz Rachel Weisz prawie widać pierś, przynajmniej coś), do tego trochę komputerów i dekoracji i mnóstwo "symbolicznych" obrazów planety Ziemia z kosmosu. Właściwie trudno powiedzieć, co przyświecało autorowi, bo spoza hollywódzkiej prezentacji trudno znaleźć jakiś głębszą refleksję prócz tej, której nie omieszkano nam wyłożyć wprost z wyraźnym zaznaczeniem głębokich spojrzeń bohaterów. Mieliśmy dokładnie ten sam ziew przy oglądaniu:
— Nie wychodź teraz do łazienki, skoro ja jestem w kuchni, niech film nie czuje się osamotniony.

Zatem zdecydowanie wolę charyzmę Burtona i Taylor w kiczowatym widowisku, emocje w legendarnym "Quo vadis" czy kolorową akcję w "Gladiatorze", chociaż nie zapominam o seksie i przekleństwach z serialu "Rzym". Co do jednego mogę się zgodzić, kasa i komputery muszą być, bo polski teatr tv ("Quo vadis" 2001) jest wyłącznie dla ideologów.

Mąż koleżanki z pracy po imprezie z kolegami wraca z alkoholowym szumem do domu i ostatnie co przed zgonem wypowiada:
— "K..., ale ten Tusk kłamie".
***
We sobotę najpierw pojechałem/poszedłem zaprowadzić rower do naprawy na Kartuską. Było 4 razy z górki, więc nawet się nie nachodziłem. I jakież było moje zdziwienie, kiedy pan się dookreślił, że zrobi rzecz (zębatka, łańcuch) w 20 minut. Rewelacja. Słoneczko, piękna pogoda (gdzieś jakaś powódź?), miałem kupić jaja, ale skoro tak, to wróciłem pięknie rowerem do domu. Człowiek sobie jedzie i myśli tylko o jednym: rooooower!
Mieliśmy nawet wypoczyn na balkonie, po prostu sobotni biwak jak nic. Wieczorem zaś poszedłem do Jerzego na mecz i spotkanie było zdecydowanie lepsze niż mecz, ale tak to bywa z LM. Aż sam jestem ciekaw, czy będę oglądał MŚ w tym roku. Na razie nie jestem przekonany.
***
Orlando blow-out. Niewiarygodne, w jakim stylu to się odbywa.
***
Niedziela również piknikowa, tyle że tego słoneczka zabrakło. Za to nagrałem w końcu tego akustyka do "On days like this" i nawet kolejnego do "The man with the golden gun". Tak, tak. To będzie taka ciekawostka, która mnie się podsunęła. Czytam tę marną książkę Surdykowskiego (społeczeństwo 20/80 — nowy dla mnie termin), takie czarnowidztwo oparte na "tradycyjnych XX-wiecznych wartościach chrześcijańskich". W ramach ciekawostki można przez to szybko przejść, natomiast nie rozumiem, jak można nie panować nad swoim wywodem i powtarzać te same myśli co kilka podrozdziałów, w końcu to nie blog.
***
Przynajmniej film o Hitlerze jest konkretny. Jak jego bohater.

Brak komentarzy: