poniedziałek, 10 maja 2010

etno

piątek, 7 maja

Smażony dorsz nie pozwalał mi cieszyć się grą, a zdecydowany brak tlenu powodował częsty ziew. W dodatku siły były nierówno rozłożone, bo nasza czwórka była zdecydowanie słabsza niż ich trójka, a kiedy jeszcze przeforsowano opcję, że u nas jeden jest na zmiany, to już w ogóle było po grze. Taka bieganina od kosza do kosza, gdzie im wpadało wszystko, a nam nic. Od połowy meczu abyt wyraźnie czułem ten sam nadgarstek — pora na przerwę. 5/20, 10 strat, 6 zb., 5 as. i ogólny brak porozumienia.

Wyjątkowo nie oglądaliśmy filmu, za to przeczytałem darmowe "Vice". Trochę zbyt "środowiskowe" momentami (moda), ale literacko sprawne (przedruki), nawet polscy autorzy w serii mini recenzji płyt dają radę. Jeden fragent zdobył mnie szturmem:

Chris Nieratko, Komórka z laserem
"Od ponad 30 lat obiecuje się nam niesłychane laserowe cuda, a co dostaliśmy przez ten czas? Gówno! Ej, chujki od laserów! Po ty, co zobaczyliśmy w Star Treku i Gwiezdnych Wojnach, chcemy konkretów. W dupie mam Iphone'a z GPS-em, bo po pierwsze GPS mam w samochodzie, a po drugie mam oczy. Gdzie jest chińska restauracja? Niech no się rozejrzę... O, tam jest! Chcę KURWA LASERÓW. Chcę ciąć materię, chcę okaleczać zwierzęta wbiegające mi pod samochód, żeby ich nie zabijać, chcę zabijać ludzi przymilających się do mojego psa, żeby ich nie okaleczył (...). I TO JUŻ. Panie Gates, pan na pewno ma w tym swoim wypasionym domu jakieś lasery, pan się podzieli. Niech laser będzie pod gwiazdką w komórce, i tak nikt nie używa tego guzika. Na grzyba na gwiazdka, my chcemy lasera. * = laser = trup!"

(skrót mój) (błędy literowe też moje)

sobota, 8 maja

Opłacało się wstać rano i wybujać do masarni, a potem na Morenę. Ustawienie sprzętu (dwa piece, 3 mikrofony, karta) zajęło nam 50 minut, ale w następne 80 nagraliśmy 5 pełnych fragmentów, które na pewno zostaną przez nas wykorzystane w stanie surówkowym z dodatkami. W sumie nie wiadomo, czego było się spodziewać, ale w konsekwencji próba nagraniowa udała nam się wyśmienicie. Każdy fragment jest inny i chyba wszyscy są zadowoleni. Wyrazem mojego zadowolenia jest fragment opatrzony obrazkiem, ponieważ taki motyw "filmowy" mogłem wykorzystać raz, a materiału miałem na 3 minuty, więc puściłem więcej niż planowałem, ale chyba nie zdradzam za bardzo zawartości naszej przyszłej płyty. A co, płyta ewidentnie musi być. Zapewne przyjdzie nam to szybciej niż się wydaje. Spodziewam się jeszcze kliku dodatków, zatem — oto materiał wyjściowy:

Grałem na basie (tranzystorek fendera sprawował się całkiem przyzwoicie), Endriu pykał na gitarze, Agnieszka wykonywała dźwięki. Później naszła mnie myśl, że materiału na wokalistę ze mnie nie ma, na gitarze mogę wymyślać rzeczy, natomiast ewidentny brak techniki, perkusja w stanie śladowym (brak koordynacji ruchowej), zaś mój pierwszy "prawdziwy" instrument w zespole, bas, chyba jest dla mnie w sam raz, niedużo strun, sporo możliwości bez groźby pogubienia się, wystarczy trochę inwencji ponad zwyczajne ósemkowanie do stopy i można stworzyć niezłe tła. (w przypadku tego "transowego" fragmentu może to nie jest dobry przykład, he he). Co ciekawe, głównie operowaliśmy na jednym dźwięku, Agnieszka mówiła, że gramy blues, to mi się kojarzyło z r'n'rollowym hurra! z "white light/white heat" (git. Endriu), a efekt wygląda dla mnie bardzo wyjątkowo, bo w połączeniu z wokalem takiego czegoś w swoim muzycznym cv jeszcze nie miałem, hej!

Kontynuując jeszcze sobotnie przedpołudnie, które było wyjątkowo długie, piliśmy wino z Endriu, uratowaliśmy jeden numer z czeluści komputera, ułożyliśmy pliki, przycięliśmy kilka fragmentów, ogarnęliśmy całość i mamy naprawdę ładny porządek w projekcie. Teraz pora na nazwę.


Pyszczku uwarzyło pyszną zupę na korpusach kurczakowych (natyyyyyraaaaałoooo się jak łoś!) (łoś?), przyznam się, że widziałem dużą część wiślacko-legiońskiej chały, za to wieczorem z lekką nieśmiałością zasiedliśmy do "Paranormal activity". Z reguły nie lubię celowych "tworzyw artystycznych" z dedykowaną "złą jakością" (lo-fi to ja, nie mi), ale rzecz okazała się dobrze wymyślona. O ile człowiek oczywiście chce w to zagrać. Koncepcja może i odrobinę sprana i pewnie dla niektórych z założenia niewiarygodna, ale można się skusić i wtedy straszy. W dzieciństwie wyznacznikiem strasznego filmu było zachowanie, kiedy przed snem człowiek wybierał się w podróż do łazienki, to przed wejściem do każdego z następnych pomieszczeń (miałem bardziej rozbudowany układ mieszkania) najpierw wyciągał rękę przez dzrzwi, zapalał światło, przemieszczał się do następnej zapory i powtarzał czynność i tak do szczęśliwego powrotu do łóżka. Więc jeżeli film robi coś takiego osobom dorosłym, znaczy się, coś w nim musi być.


niedziela, 9 maja

Zrobiliśmy pizzę farmerską. Chyba. Mięso mielone, cebula, czosnek, ogórki konserwowe. Pycha. Poczytuję EiS, słucham o Kubicy, gramy w H3 WoGa, zrobiłem filmik, jedyne co, że trzeba jutro wrócić do roboty.

Z innej beczki. Wszystkie tegoroczne typy mogę sobie wsadzić w d..., ale w sumie nie żałuję, bo takie rzeczy się dzieją. Aż trochę boję się o Orlando, bo na razie za łatwo i idzie, czy może są tacy mocni? Jak słabe musiało być Denver, że Utah prawie nie mają szans z Lakers (no dobra, ostatni mecz to jednak chybił/trafił, ale trafił). No i zdaje się, że będziemy mieć Suns w finale zachodu po raz pierwszy od czasów Barkleya. 0-3. Przy całej sympatii dla staruchów, z 0-3 się nie wychodzi. (Jest 0-4). No i proszę, Nash się doczekał, Hill się doczekał. A teraz idę słuchać "filmiku".

Brak komentarzy: