środa, 28 października 2009

Southland Tales

poniedziałek, 26 października

Nie ma się tak rozcapierzać. Zaczyna się sezon nba (foto), a ja specjalnie nie jestem przygotowany. Na razie kopiuję do notatnika prognozy na ten sezon, ale mam zaległe do przeczytania newsów nba/sportowych 136 stron worda, 8, pojednyczną odległością między akapaitami, z marginesami wydruku ograniczonymi do 1 cm z każdej strony. Przydałoby się przerobić i zamknąć stary sezon.

W piątek zacząłem się już poczuwać, zjadłem chlebek chrupkowy z serem i tak dalej, małymi kroczkami. "Franklyn" jak się zaczął, tak się skończył, przynajmniej jakoś realizatorzy wybrnęli ze swojego pomysłu. Zaczęslimy oglądać "Southland Tales", film teoretycznie będący satyrą na obecne społeczeństwo USA, ale Pyszczku nie zdzierżyło. Mi się nawet podoba, ale chyba nie znam za bardzo Ameryki, żeby wyczuć niuanse.
(przypomniała mi się tylko jedna rzecz, że jeżeli młodzi amerykanie oglądają filmy, takie jak "Zeitgeist" i rzecz jasna są tak zapalczywi emocjonalnie — Polacy przy nich to stare zgredy — to nic dziwnego, że "zbrojnie" protestują przeciwko światowej globalizacji itp. — co mnie osobiście zawsze dziwiło, no ale mnie tyle rzeczy wali, że...)
Przewrotne jest umieszczenie w składzie aktorów filmów klasy B czy filmów "college'owych", no i można sobie posłuchać amerykańskiego angielskiego. Są kuriozalne pomysły, jak aktoreczki porno prowadzą program publicystyczny (swoją drogą - obszerny zestaw tematów), jest kpina z manii szpiegowskiej i powszechnej fobii centralnej identyfikacji ludności, ogólnie na plus jest formalne pocięcie wątków, co zawsze sprawia wrażenie "inteligentnego obrazu". W pierwszej chwili film przywodzi mi na myśl "Onion Movie", ale tam zabawowość była od razu wysunięta na plan pierwszy, tu nie jest to takie oczywiste. Dodatkowo jest to świetnie nakręcone i opatrzone muzyką — żadnej amatorki. Być może problem polega na tym, że nie jest to celująca wersja coolowego filmu dla szerokiej publiczności. Człowiek "wybiera się" na komedię satyryczną, a tu zostaje na rozdrożu, żeby nie powiedzieć z ręką w ... i sam sobie musi odpowiedzieć na pytania, bo zwyczajnej satysfakcji (bo przecież po to oglada się filmy), ten nie przynosi.


Za to "Butch Cassidy and the Sundance Kid (1969)" bardzo przyzwoicie, z humorem, ładną piosenką, nieco uproszczone i taki western z wersji komediowej, ale znakomicie dobrane postacie i aktorzy — przyjemnie się oglądało. Natomiast to jeszcze nie jest ten western, w którym napadający na pociąg wrzucili do wagonu z sejfem gniazdo os — to jest wspomnienie!
W sobotę zaliczyliśmy autleta, ale cała akcja reklamowa była oszukana — nie zobaczyliśmy nic ponadto, co wiedzieliśmy uprzednio, podobnie dotyczyło to rzekomych promocji, więc został nam tradycyjny spacer, tym razem z końcówką w deszczu.

Walką Adamek-Gołota się nie zawiodłem, miało być tak jak powinno, Adamek miał pokazać, czy umie sobie poradzić ze 115-kilową górą mięsa i czy ma w miarę mocny cios. Pokazał od pierwszej rundy i to jest jakiś prognostyk na jego dalszą karierę. Co prawda jeszcze nie wiadomo, jak zareaguje, jak dostanie kilka mocnych ciosów od gościa, który rusza się trafia, ale to już są kwestie jego i trenera na następne walki.

W niedzielę nadrobiłem trochę lektury tej i owej, dowiedziałem się kilka ciekawostek z EiS, obejrzeliśmy "Tożsamość Bourne'a", tę nową, z Damonem — przyzwoite kino sensacyjne, choć montaż przy scenach walki był równie komiczny, jak przyspieszanie taśmy w pierwszych filmach 007 z Connerym.

Brak komentarzy: