wtorek, 14 lutego 2012

Dragon the Smok — odc. 5: Der Zamek, Boniek & czyżyk













ps. chodźcie dziewczęta nie ma czego się bać
wujek Icchaak pokaże wam swój znak

(więc to już dzisiaj)
(zawsze jak mówię, że będzie słabo, to nie jest, ki diabeł?)

poniedziałek, 13 lutego 2012

odcinek bardzo specjalny








ps.1. no kurwa śliczne są
ps.2. uśmiechały się do mnie
ps.3. miłość od drugiego wejrzenia
ps.4. co, że dziewczyńskie, sam jestem dziewczynom
ps.5. i mechagodzillą
ps.6. ja tak mogę wciąż i jeszcze
ps.7. jak mówisz: jezu, nie wiedziałam, że jesteś taki towarzyski
ps.8. właśnie, jeszcze sporo rzeczy nie wiesz

piątek, 10 lutego 2012

Dragon the Smok — odc. 4: Lingua










ps. żebym nie wyszedł z wprawy:
Big Lebowski (1998) — GIT!
Bonded by Blood (2010)
Buffalo Soldiers (2001)
China Moon (1994)
Creature From the Black Lagoon (1954) — klasyk
Hangover Part 2 (2011) — ha, odwieczna potrzeba
Ides of March (2011) — Ryan Gosling — pychotka
Informant! (2009)
Insidious (2010)
International (2009)
Ironclad (2011) — z tego rżnę moi drodzy
Julias Eyes (2010) — Hiszpanie jednak mają nosa (oko?) do horrorów. Belén Rueda im dalej w las, tym piękniej. no dobra, sutki jej się odznaczały, ok?
Kalifornia (1993)
Kelly's Heroes (1970) — TAKI film! kto nie wie — spytać rodziców. albo nie. nie zakumają
Largo Winch (2008)
Largo Winch II (2011)
Last Circus (2010) — tak
Lock Stock and Two Smoking Barrels (1998) — nic dodać
Man Who Wasn't There (2001) — "małomówny, niezbyt rozgarnięty fryzjer" — moja rola. heh, nigdy nie lubiłem narracji, a tu proszę
Men Who Stare at Goats (2009) — ojej! takie z +
Michael Clayton (2007)
Once a Thief (1965) — nieprzyzwoicie młody Alain Delon. + Lalo Schifrin
Page Eight (2011) — MI5 na surowo i po ludzku
Revolver (2005) — bez zmian
Strangers on a Train (1951)
Thing (2011) — zawodu nie ma
Tropic Thunder (2008) — na znakomity + (czołówka miecie)
Up In The Air (2009) — szu, szu i dokładnie wiem

czwartek, 9 lutego 2012

Orunia — ostrze, zdrada i krew



Z cyklu „Małe ojczyzny”

Jadąc autobusem na Orunię Górną, tę nowszą część dzielnicy — gdzie królowały ulice, których nazwy zostały wzięte od kamieni szlachetnych — 25 minut zamiast 10, ponieważ z ulicy Małomiejskiej i Podmiejskiej zdejmowano bruk, zastanawiałem się, kto do cholery za to zapłaci. Lecz rychło gniew mój zamienił się w uczucie sentymentalne. Oto z kolejnej ulicy Gdańska znika historyczna kostka brukowa zastąpiona przez czarny, płaski, słabej jakości środkowoeuropejski asfalt. Niby dla polepszenia komfortu jazdy. Ale przy tak wysokim kącie nachylenia ulic, autobusy linii 154 i 256 (linia pospieszna) nie poprawią standardu podróży.

A to przecież tymi kamieniami rzucali się nawzajem uczniowie szkół podstawowych nr 10 i 56, kiedy to Sanepid zamknął naszą szkołę i zmuszeni byliśmy do przenosin na nieznane wtedy tereny Górnej. Akcja miała trwać dwa lata, lecz niestety wobec zaistniałych wydarzeń zmieniono zdanie po tygodniu. Po tygodniu, który gazety codzienne podsumowały tytułami: „Na Oruni jak w Chicago!!!”, „Luźny Olo nie żyje!!!”.

Siedmiu chłopców z naszej klasy siódmej B, doświadczyliśmy upokorzeń, bicia w głowy i maltretowania od zmasowanych gromad dziczy z 56, niektórzy z nas wyciągnęli noże, ale przemocą zostały one wbite w brzuchy nasze. Mokry gips wrzucono nam do krtani i po dwóch dniach holocaustu postanowiliśmy dokonać brawurowej ucieczki z ziemi przeklętej. Pozostałe trzy dni zwagarowaliśmy spędzając je w niegdysiejszej ostoi natury, dziczy parku Oruńskiego. Dziś miejsca, po których błąkaliśmy się bezdomni, gdzie snuły się marzenia, gdzie kiedyś rolnik zboże wysiewał, są porośnięte blokowiskami betonu, to nowa dzielnica, to już nawet nie Orunia. Park bezlitośnie jest okaleczany ze wszystkich stron. Nie ma już dzikiego agrestu nad strumykiem, ani ryb w stawach, które mogliby łowić bezrobotni panowie przy ćwiarteczce, winku i kilku jasnych, wtedy jeszcze w butelkach zwanych popularnie „granatami”.

Ale ten czas, kiedy to z lubością objadaliśmy brukselkę działkowiczom, wyrywaliśmy marchew i obłamywaliśmy gałązki drzew owocowych, by dotrzeć do tej najważniejszej wiśniowej śliwki; został niezapomnianym wspomnieniem sielskiej wolności, ucieczki od przemocy kultury oraz przemocy antyhumanistycznego żywiołu. Domek działkowicza ktoś spalił, grządki stratował, ale to nie my, ktoś nas uprzedził.

Melancholia ogarnia mię na myśl, jak jeszcze rok później pływaliśmy kłodami na kanale Raduni niepomni na uwagi starszych panów wracających z pracy leżąc po uszy w trawie, mimo że kolega wpadł do wody, nie utopił się bo płytko było, ale rozharatał sobie syrę aż do kolana.

Wszystko to widziałem i przeżyłem wraz z największym postaciami oruńskiej „kultury” i teraz to opisuję, bo tęsknię po tobie Olo mój ukochany. Dziś jeszcze widzę jak silnymi rękoma wyciągasz skrzynki z wodą sodową z zakładów tychże, które znajdowały się vis a vis boiska Liceum Ogólnokształcącego nr 7 po drugiej stronie torów. Nigdy też nie zapomnę jak uratowałeś mnie od lania po mordzie, kiedy to wykupiłem się znaczkiem Stoczniowca Gdańsk, wpinanego w klapę mundurka szkolnego. Za drugim razem nie miałem już czym się wykupić, bo przecież znaczek mi zabrałeś, więc dostałem w twarz, ale przyznaję, że sprawiedliwie, nie powinienem przecież wypominać Tobie, że sfaulowałeś mnie podczas meczu.

Mecze towarzyskie pomiędzy szkołami podstawowymi nr 9, 10 i 16 były zawsze bardziej honorową formą pokazania dominacji na danym terenie. 56 nie wchodziła w grę, bo to były gekony z nowych bloków. 9 nieźle kopała ze swych nadrzecznych domków i sklepów z niemieckimi napisami, ale rzeczywistą potęgą była 16, skupiająca masy nieuświadomionego drobnego producenta truskawek i rzodkiewek od Żuławskiej po slumsy Przy Torza i Jedności Robotniczej. 10 stanowiła wybrany akwen gdzieś pośrodku, zgrupowany wokół kościoła Najświętszego Serca Jezusowego Salezjanów, którego sercem była pętla autobusu 151, poczta, komenda policji, przychodnia i szkoła muzyczna. Wszystko w jednym. Ale wracając do walki, historycznym był mecz 10 i 9, kiedy to posiadając jednego zawodnika więcej (ich było 15) udało nam się pokonać wrogów w stosunku 9 do 5. Oczywiście wielokrotnie podczas gry piłka wpadała nam do przyległych ogródków, co skwapliwie wykorzystywaliśmy do penetracji jakościowej produktów owocowych. Na szczęście nikt nic nie zauważył.

Olo, mój Olo, dlaczego zwali ciebie Luźnym? O tym chcę właśnie powiedzieć. Znam bowiem wszystkie twoje sztuczki, którymi wymigiwałeś się od policji i od klasówek z matmy. Nie powinienem o tym mówić, ale poczynając od dnia, kiedy wywaliłeś chłopcu z II klasy....., ale ćśśś, usłyszałem jakiś szelest na dole. Sprawdzę, czy przypadkiem nie chcą mi......


JOHANN VREEN, Majerle (DZIEŁA ZEBRANE, 1998)





ps. bo: szkatułka jest z Hongkongu