środa, 21 lutego 2018
czwartek, 15 lutego 2018
w punkt
Jak Zwał Tak Zwał – „Juice Terror” (self-released | 12.12.2017)
Jak Zwał Tak Zwał to i tak muzyka tego projektu (chodzi o gatunkowe szufladkowanie), przynosi dużą frajdę ze słuchania zarówno słów, jak i muzyki. Wszystko to razem skleja się w nieprzeciętną groteskę wymierzoną w popkulturę i inne światy.
„Juice Terror” jest ich drugim albumem (pierwszy „DA-DA&A-A! !” z 2009 r.). Dopiero teraz stykam się z twórczością gdańskiego zespołu, w którego składzie mamy: Vreena (wokal, teksty) i Andrzeja Kędzierskiego (podkłady, gitara, wokal). Na koncertach można uświadczyć wizualizacji diaskopowych Małgorzaty Wawro, skrzypiec Marzeny Sikały oraz banjo Grzegorza Pachly. Nie wiem pod co można podciągnąć nagrania Jak Zwał Tak Zwał, i nie wiem, czy to też jest komuś potrzebne.
To jednak dodam dla jasności i nakreślenia współrzędnych stylistycznych, że jest to zachwycająca farsa z disco polo (np. „Farelka”) i – jak piszą sami muzycy – oscylowanie od nadmorskiej pieśni jarmarcznej opatrzonej ornamentem śpiewu operowego, przez kpiarskie wycieczki w stronę popularnych gatunków (oaza kościelna albo hip-hopolo) do nieco zwyczajnego rocka, dubu czy electro. Jak dla mnie alegoryczna „Ballada” obśmiewa szerokie grono popularnej brei od Stachursky’ego po Korteza. W „Nie-pewność” z kolei usłyszałem chichot z mnóstwa pseudo alternatywnych kapel z nurtu indie–electro rocka, jakiego wszędzie na pęczki, nie tylko w Polsce. Sprawdźcie całość, bo naprawdę warto!
Jak Zwał Tak Zwał to i tak muzyka tego projektu (chodzi o gatunkowe szufladkowanie), przynosi dużą frajdę ze słuchania zarówno słów, jak i muzyki. Wszystko to razem skleja się w nieprzeciętną groteskę wymierzoną w popkulturę i inne światy.
„Juice Terror” jest ich drugim albumem (pierwszy „DA-DA&A-A! !” z 2009 r.). Dopiero teraz stykam się z twórczością gdańskiego zespołu, w którego składzie mamy: Vreena (wokal, teksty) i Andrzeja Kędzierskiego (podkłady, gitara, wokal). Na koncertach można uświadczyć wizualizacji diaskopowych Małgorzaty Wawro, skrzypiec Marzeny Sikały oraz banjo Grzegorza Pachly. Nie wiem pod co można podciągnąć nagrania Jak Zwał Tak Zwał, i nie wiem, czy to też jest komuś potrzebne.
To jednak dodam dla jasności i nakreślenia współrzędnych stylistycznych, że jest to zachwycająca farsa z disco polo (np. „Farelka”) i – jak piszą sami muzycy – oscylowanie od nadmorskiej pieśni jarmarcznej opatrzonej ornamentem śpiewu operowego, przez kpiarskie wycieczki w stronę popularnych gatunków (oaza kościelna albo hip-hopolo) do nieco zwyczajnego rocka, dubu czy electro. Jak dla mnie alegoryczna „Ballada” obśmiewa szerokie grono popularnej brei od Stachursky’ego po Korteza. W „Nie-pewność” z kolei usłyszałem chichot z mnóstwa pseudo alternatywnych kapel z nurtu indie–electro rocka, jakiego wszędzie na pęczki, nie tylko w Polsce. Sprawdźcie całość, bo naprawdę warto!
z podziękowaniami dla Łukasza Komły
środa, 14 lutego 2018
diy
dosłownie, i wcale nie jest romantycznie
owszem, piwo piję, ale męczące te caaałe wieczory
chyba czekam na jakieś satysfakcjonujące zwieńczenie
piątek, 9 lutego 2018
czwartek, 8 lutego 2018
pulpiciary = wrażliwa bestia ze mnie
piątek, 5 stycznia 2018
Kevin Arnold - thursday (1997)
jeszcze nie tłumaczyłem, co to jest The Love
Love, to był taki gdyński zespół hippie-blues-rockowy w tamtych latach = to nie my
o The Love będzie następnym razem, dzisiaj się spieszę
uogólniając, nagranie domowe (tak, graliśmy u mnie na chacie, na 3 piętrze kamienicy, chłopaki z drugiej strony podwórka Dworcowej często nas słyszeli, mówili, że nawet fajnie gramy), nr 1 = wcale nierzadki przykład twórczości wokalnej Johnego (wciąż wciska mi się duże O po L i J, co mnie wkurwia) (dzisiaj wszystko mnie wkurwia)
"in my garden" = okładaliśmy beczki ręcznikami, by grały trochę ciszej, nigdyśmy nie zrozumieli, że klucz "leży" w blachach, jak się gra w duecie, to trzeba jednocześnie być gitarą prowadzącą i solową, dlatego wciąż optowaliśmy za dodatkowym basem, nikt nam wtedy nie powiedział, że można być Japandroids
co z tym garden kurwa = tak se mniemam, że ta prostota 2 x 2 riffy wynikała z tego, że w tych krótkich fragmentach musieliśmy zagrać i zaśpiewać wszystko, więc nie było czasu na mosteczki pierdułeczki, stąd prostota grunge i lo-fi zaczerpnięte z VU = swoją drogą, niezły nr
"haze" = są i sperymenty na przesterowanym akustyku, gitara podłączona "na piątkę" do wzmaka Unitra (mam go do dzisiaj, słucham winyli), leciała z porządnych kolumien ustawionych na szafach, wokal naturalny, w sumie nie ma czego się wstydzić, kto by dzisiaj sobie tak "pośpiewał" w bloku
"ezra pound" = kolejny ciężki nr, 5 min nie w kij dmuchał, obstawiam, że po rozczarowaniu, jakim było "in utero" również zaczęliśmy kombinować nieco z psychem, fakt, że nie da się tego słuchać, jest rekompensowany mniejszą inwazyjnością hałasu w porównaniu z próbami
"slide" = byliśmy prawie jak Lennon/McCartney, Jagger/Richards etc., tyle że oni pracowali wolniej, spotykaliśmy się w piątek po szkole (tak się dobrze lekcje układały), start 13-14, po 16 wracała Mama, mieliśmy nagraną kasetę (no dobra, pół), powiedzmy jakieś problemy z przekazem/treścią, na chuj komu teksty = "crimson" (czasem coś się zjebało, wiadomo) (rzadko mi wychodzi tak dobre "R")
po "who was he" wnoszę, że poszło coś z kablem, ale dzięki temu dobry efekt na wokalu = 21 s
"i love you" = Johny był kiedyś wesołym chłopakiem
Love, to był taki gdyński zespół hippie-blues-rockowy w tamtych latach = to nie my
o The Love będzie następnym razem, dzisiaj się spieszę
uogólniając, nagranie domowe (tak, graliśmy u mnie na chacie, na 3 piętrze kamienicy, chłopaki z drugiej strony podwórka Dworcowej często nas słyszeli, mówili, że nawet fajnie gramy), nr 1 = wcale nierzadki przykład twórczości wokalnej Johnego (wciąż wciska mi się duże O po L i J, co mnie wkurwia) (dzisiaj wszystko mnie wkurwia)
"in my garden" = okładaliśmy beczki ręcznikami, by grały trochę ciszej, nigdyśmy nie zrozumieli, że klucz "leży" w blachach, jak się gra w duecie, to trzeba jednocześnie być gitarą prowadzącą i solową, dlatego wciąż optowaliśmy za dodatkowym basem, nikt nam wtedy nie powiedział, że można być Japandroids
co z tym garden kurwa = tak se mniemam, że ta prostota 2 x 2 riffy wynikała z tego, że w tych krótkich fragmentach musieliśmy zagrać i zaśpiewać wszystko, więc nie było czasu na mosteczki pierdułeczki, stąd prostota grunge i lo-fi zaczerpnięte z VU = swoją drogą, niezły nr
"haze" = są i sperymenty na przesterowanym akustyku, gitara podłączona "na piątkę" do wzmaka Unitra (mam go do dzisiaj, słucham winyli), leciała z porządnych kolumien ustawionych na szafach, wokal naturalny, w sumie nie ma czego się wstydzić, kto by dzisiaj sobie tak "pośpiewał" w bloku
"ezra pound" = kolejny ciężki nr, 5 min nie w kij dmuchał, obstawiam, że po rozczarowaniu, jakim było "in utero" również zaczęliśmy kombinować nieco z psychem, fakt, że nie da się tego słuchać, jest rekompensowany mniejszą inwazyjnością hałasu w porównaniu z próbami
"slide" = byliśmy prawie jak Lennon/McCartney, Jagger/Richards etc., tyle że oni pracowali wolniej, spotykaliśmy się w piątek po szkole (tak się dobrze lekcje układały), start 13-14, po 16 wracała Mama, mieliśmy nagraną kasetę (no dobra, pół), powiedzmy jakieś problemy z przekazem/treścią, na chuj komu teksty = "crimson" (czasem coś się zjebało, wiadomo) (rzadko mi wychodzi tak dobre "R")
po "who was he" wnoszę, że poszło coś z kablem, ale dzięki temu dobry efekt na wokalu = 21 s
"i love you" = Johny był kiedyś wesołym chłopakiem
strona B
prawy kanał się nie nagrał, więc wykasowawszy zrobiłem mono
kiedy Marek nas opuścił (bardzo intrygująca historia) dostaliśmy w prezencie Filipa (bo teraz nie pamiętam skąd), grał tylko potrzebne 4 dźwięki (jak ja teraz) i wciąż jechaliśmy grunge ("woodn lader") (z językiem obcym wciąż na bakier)
Filip brzmiał tak = "phil"
"no 1 (narrow)" = można by powiedzieć, że coś się u nas zmieniło i poszliśmy nieco w psych, acz Filip słuchał brit-rocka
"kermit the frogg" = za ścianą New Port rypali Blindhead, co przeszkadzało naszemu już indie-grunge (ten nr jest chyba nawet na oficjalnym demo!), znaczy się rozwój postępował, chwyty na 3:30 bardzo ładne, Johny umie używać tamburynu z hi-hatem = zaś koledzy zza ściany nazywali nas "elektryczne buty", wciąż uważam, że to jednak lepiej
"no 2 (suns)" = zapewne później ograniczyliśmy jego w śpiewaniu
"strange rhythm" = przysięgam, nigdy nie słuchałem brytyjskiej muzyki (dziwię się zaś, że mieliśmy próbę w czwartek) (ktoś tu źle wyliczył czas tego zbyt długiego nr)
"no 3 (thursday)" = klasyczna zabawa w wymianę instrumentów, ballada pobolewa, można odpuścić
https://vreen.bandcamp.com/album/kevin-arnold-thursday-1997
prawy kanał się nie nagrał, więc wykasowawszy zrobiłem mono
kiedy Marek nas opuścił (bardzo intrygująca historia) dostaliśmy w prezencie Filipa (bo teraz nie pamiętam skąd), grał tylko potrzebne 4 dźwięki (jak ja teraz) i wciąż jechaliśmy grunge ("woodn lader") (z językiem obcym wciąż na bakier)
Filip brzmiał tak = "phil"
"no 1 (narrow)" = można by powiedzieć, że coś się u nas zmieniło i poszliśmy nieco w psych, acz Filip słuchał brit-rocka
"kermit the frogg" = za ścianą New Port rypali Blindhead, co przeszkadzało naszemu już indie-grunge (ten nr jest chyba nawet na oficjalnym demo!), znaczy się rozwój postępował, chwyty na 3:30 bardzo ładne, Johny umie używać tamburynu z hi-hatem = zaś koledzy zza ściany nazywali nas "elektryczne buty", wciąż uważam, że to jednak lepiej
"no 2 (suns)" = zapewne później ograniczyliśmy jego w śpiewaniu
"strange rhythm" = przysięgam, nigdy nie słuchałem brytyjskiej muzyki (dziwię się zaś, że mieliśmy próbę w czwartek) (ktoś tu źle wyliczył czas tego zbyt długiego nr)
"no 3 (thursday)" = klasyczna zabawa w wymianę instrumentów, ballada pobolewa, można odpuścić
https://vreen.bandcamp.com/album/kevin-arnold-thursday-1997
***
z notesu "niezależnego" obserwatora (sądzę, że pisane w poprzednim wieku) (nie ma obaw, wszystkich 70 kaset nie znalazłem)
KEVIN ARNOLD & THE LOVE (70)
"THURSDAY"
13.III.97 & 29.III.1994
Zaskakująca jest czasowa odległość strony Ai B. I co dziwne, obie zachowują ten sam klimat i nastrój nieskrępowanej wolności tworzenia. Tutaj głównie ballad. Jako, że strona A była już zapewne niegdyś zrecenzowana zajmę się innowacjami B: śpiewający Filip, przeszkadzajki i dawno nie dokonywanana zmiana instrumentów (no 3 (thursday)). Jeden z utworów (woodn lader?) pochodzący (wyciągnięty) z Big Moon Catastrophy + kermit the frogg, to pozycje mające wejść na stałe do repertuaru. Ale nie było celem tej kasety promowanie nowych pomysłów, nie w tym też wartość nagrania. Otarliśmy się o sztukę nie narzucając sobie ograniczeń czy wytycznych, to mały kawałek dobrej muzyki, nagranej nieco inaczej po poprzednich, perkusja w tle, masywnie słyszany bas i zbyt cichy wokal przygłuszony gitarą - mała odmiana od dominacji Johnego na ostatnich kasetach. Może nieco zbieżne dokonanie z First Steps in English, ale może to porównanie na wyrost. W ten sposób The Love sprzed trzech lat doczekało się powrotu i rehabilitacji (czy w ogóle tego potrzebowało?). Będzie okazja odbioru w szerszym kręgu słuchaczy. Spoke, Spoken, Spoke.END.
wtorek, 2 stycznia 2018
Kevin Arnold - gwendolyn (1999, czerwiec) / beb' sides (1999, jesień)
strona A osłabia moje wrażenie genialności strony B (słuchałem nie po kolei) = "pierwsza smutna melodia" wskazuje, że jednak już rzeźbiliśmy te numery
wstawka = Johny zawsze był wesoły, ale w piśmie i "filozofowaniu" mu to nie wychodzi
(nie było polskiej czcionki w tej czcionce = pierwsze doświadczenia z photoshopem, tego się nauczyłem na praktykach)
jakbym miał jakoś określić/zaprezentować KA z Jurkiem, to "działa NAVARONY" i ten następny są adekwatne = takie chujowy nawalaliśmy przez następne 10 lat
okładka jest wydrukowana na błyszczącym papierze = znaczy się Katarzyna za pieniądze taty kupiła właśnie drukarkę, jako że okazja była pierwszorzędna, stąd znalazły się wszystkie niewyraźne dotychczasowych członków zespołu (gdybym to wszystko wpisał w wiki, to powstała by legenda polskiego rocka)
przy 7. nr zorientowałem się, że nie ma basu = wtedy zrozumiałem ten podpis o Jurku (brawa)
LIVE jest true = jęcząco gitarowo jeńców nie braliśmy (jak zawsze) (a gitara jak zawsze nie stroi)
"spryciara" jest wulgarna muzycznie i tekstowo, ale w sumie gralim te soniczne indie jak nikt u nas, i to bez drugiej gitary
wstawka = Johny zawsze był wesoły, ale w piśmie i "filozofowaniu" mu to nie wychodzi
(nie było polskiej czcionki w tej czcionce = pierwsze doświadczenia z photoshopem, tego się nauczyłem na praktykach)
jakbym miał jakoś określić/zaprezentować KA z Jurkiem, to "działa NAVARONY" i ten następny są adekwatne = takie chujowy nawalaliśmy przez następne 10 lat
okładka jest wydrukowana na błyszczącym papierze = znaczy się Katarzyna za pieniądze taty kupiła właśnie drukarkę, jako że okazja była pierwszorzędna, stąd znalazły się wszystkie niewyraźne dotychczasowych członków zespołu (gdybym to wszystko wpisał w wiki, to powstała by legenda polskiego rocka)
przy 7. nr zorientowałem się, że nie ma basu = wtedy zrozumiałem ten podpis o Jurku (brawa)
LIVE jest true = jęcząco gitarowo jeńców nie braliśmy (jak zawsze) (a gitara jak zawsze nie stroi)
"spryciara" jest wulgarna muzycznie i tekstowo, ale w sumie gralim te soniczne indie jak nikt u nas, i to bez drugiej gitary
strona B to skarb, wiecznie istniejąca w zamyśle czwarta płyta KA, cała składająca się z "głębokich" numerów inspirowanych SDRE, emocjonalnych, bo wszyscy byliśmy po przejściach (Jurek wiecznie, ja w trakcie)
tytuły były głównie umowne, z tego emo-indie grania jakoś przeszliśmy do funky i rocka Presidents of the U.S.A. i wszystko zawisło
jest cover POLAR = czy ktoś dzisiaj pamięta o tym wykonawcy?
gdyby nie te trudności życiowe, trzeba przyznać, że Szulc miał te linie na basie, a i ten lampowy fender kiedyś brzmiał
grałem na ruskim wzmacniaczu, który miał jakiś niezwykły pogłos, raz wspaniale zabrzmiał w jakimś numerze
salka w domu kultury na Oruni, gdzie pomieszkiwaliśmy dopóki nas nie zalała powódź, Jurek, pracownik państwówki (było kurwa z tego nie rezygnować baranie), zawsze narzekał, że nie mam na czynsz, oczywiście nie miałem, ostatni rok studiów był ciężki, w sumie nie pamiętam, jak go zaliczyłem
nie pamiętam, ale jakieś wygłuszenie sali musiało być, bowiem klarowność nagrań jest zjawiskowa (ponowne przejście do betonowego New Port było dramatyczne)
ów nr 9 = dla niego się mogę pociąć, SDRE jak chuj, i trza zauważyć, że miałem dodatkowo jakiś przester, chyba jeszcze ten owinięty taśmą klejącą, który zmontował mi Marek Ołtarzewski (kupowanie efektu do gitary w tamtych czasach), ba, podobam się sobie, jak śpiewam
te numery wciąż mnie oszałamiają
tytuły były głównie umowne, z tego emo-indie grania jakoś przeszliśmy do funky i rocka Presidents of the U.S.A. i wszystko zawisło
jest cover POLAR = czy ktoś dzisiaj pamięta o tym wykonawcy?
gdyby nie te trudności życiowe, trzeba przyznać, że Szulc miał te linie na basie, a i ten lampowy fender kiedyś brzmiał
grałem na ruskim wzmacniaczu, który miał jakiś niezwykły pogłos, raz wspaniale zabrzmiał w jakimś numerze
salka w domu kultury na Oruni, gdzie pomieszkiwaliśmy dopóki nas nie zalała powódź, Jurek, pracownik państwówki (było kurwa z tego nie rezygnować baranie), zawsze narzekał, że nie mam na czynsz, oczywiście nie miałem, ostatni rok studiów był ciężki, w sumie nie pamiętam, jak go zaliczyłem
nie pamiętam, ale jakieś wygłuszenie sali musiało być, bowiem klarowność nagrań jest zjawiskowa (ponowne przejście do betonowego New Port było dramatyczne)
ów nr 9 = dla niego się mogę pociąć, SDRE jak chuj, i trza zauważyć, że miałem dodatkowo jakiś przester, chyba jeszcze ten owinięty taśmą klejącą, który zmontował mi Marek Ołtarzewski (kupowanie efektu do gitary w tamtych czasach), ba, podobam się sobie, jak śpiewam
te numery wciąż mnie oszałamiają
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































