piątek, 16 stycznia 2009

Maria Grazia Cucinotta

Jak Zwał Tak Zwał zbliża się do końca
mam mieszane uczucia
z jednej strony, jak przesłuchałem muzyczki w całości, to nawet mi się podobało: zabawne teksty, czasem jakaś melodia, kilka trafionych, szyderczych pastiszy; już nawet mi nie przeszkadza, że brzmienie jest plastikowe, dźwięki rozmieszczone w pustej przestrzeni, a na to nałożony wokal, bardzo z przodu; taka syntetyka nawet odpowiada temu stylowi, brak żywej tkanki muzycznej, ale to w końcu przypadkowy projekt, który zakończył się pełnym albumem

z drugiej - kto by się spodziewał, że teksty, które na prośbę Endriusa popełniałem niemal rok temu, średnio jeden na wieczór (są lepsze i całkiem słabe), będą oficjalnymi tekstami piosenek, które ktoś posłucha; i tenże ktoś na ich podstawie będzie urabiał sobie opinię o tekściarstwie moim — a że niby jak ma zrozumieć, że poważne teksty nie wychodzą ze mnie, bo musiałbym bym być martwy albo po lobotomii? (ok, mówiąc szczerze: kilka wyszło w tych pastiszach ok, ale są też zupełnie denne, np. "tata z kuby" — więc skoro powiedziało się "malkmus-ska" to trza to wziąć na KLATKIE)
a tu link do wywiadu Columbusa:
śmieszne to pytanie z graniem w kevin arnold, he
Maria Grazia Cucinotta

wiek już nie ten, ale duch ochoczy


czwartek, 15 stycznia 2009

(I can't get no) satisfaction

zaczęliśmy bodaj w lutym/marcu 2008 — 12 perkusji
z plików oryginalnych zostały 4 piosenki — reszta odeszła w zerojedynkowy niebyt

Endriu zakończył swoją pracę; efekt jest poprawny (choć bezjajeczny) na tyle, że będzie służył jako demo i podkładka do ew. koncertów

okazało się - co uświadomiliśmy sobie jakiś miesiąc temu, że Endriu nie jest producentem, ale realizatorem, więc jeżeli ktoś chce dobrze zrealizować to co gra na próbie — to do Endriusa

mi to nie wystarcza — oczekuję produkcji, zmian, nowocześności

w tych 4 numerach gramy jak stare dziady, są smutne (oprócz tego, który ma być nostalgiczny), więc należałoby mocno przearanżować strukturę, brzmienie i koncepcję tego, co słychać
osobiście na tej podstawie stwierdzam, że zespół nie rokuje na przyszłość i raczej nie warto byłoby inwestować w niego pieniędzy dla realizacji pełnej płyty)

ale na to się nie zanosi, bowiem wbrew temu co mówią chłopcy o pracy w studio (realizacja!, produkcja!), to Jurkowi zależy tylko na dobrym brzmieniu basu, dla Nicolasa praca w studio oznacza dodanie więcej delaya, tu podciągnąć tam obniżyć, Johny jest już w stanie zaakceptować "malkmusa-ska" z wokalowym wstępem:
www.myspace.com/kevinarnoldpoland

natomiast tylko ja czuję bit, prawie-nowoczesność (przez 55 sekund) i mniejszą wsiuńskość wersji autorskiej zremiksowanej:

(po prostu: 1. takie zwykłe wersje z próby mnie się znudziły; 2. już nawet wywaliłbym te wokale, które podobają się Johnemu, bo obecnie wydają mi się zbyt wiejskie, ale i tak lepsze niż oryginał z próby)

wynika więc, że pozostaniemy starymi dziadami, bo gramy jak stare dziady — tego nie da się ukryć; można by to ew. zmienić mocno ingerując w wersje z prób i robić muzykę bardziej eklektyczną, zbudowaną na bardziej syntetycznej perkusji, z dodatkiem klawiszy, hand-clapsów i zabiegów w stronę BECKa (skrzyżowanie BECKa z Mudhoney oraz Jonem Spencerem to byłoby coś!)

raczej satysfakcji nie będzie (zły to ptak, co kala swoje gniazdo, oj zły)

środa, 14 stycznia 2009

hej, hej, tu nba

w piątek (09.01.09) (okejowa data) miałem ogladać mecz nba, ale skończyło się na "Grze" z M. Douglasem oraz S. Pennem w tv (aktorka: Deborah Kara Unger), wobec tego nba ogladałem w niedzielę i poniedziałek (super zrealizowany filmik o ostatnim play-off MJ oraz kilka dokumentów: o Reggie Millerze i cos tam jeszcze) Davida Finchera (ten od 7)
sobotę przedpołudniem przepracowałem z malkmusem na kolumnach — chyba wszystko wyszło poprawnie, ale już zacząłem przemyśliwać ultra-miks mojego pomysłu, co by bardziej uszczuplić gitary i zrobić bardziej disko i do przodu
więc jak zacząłem z basem i perką, to tak się zapaliłem, że po wieczornym filmie (Taking Pelham 1, 2, 3) zasiadłem do roboty aż nie skończyłem ok. 1:30 (i tak by mi to nie dało spać) (zresztą podstawowy rytm kołysał mi się w głowie przez całą noc)
w niedzielę tylko upewniłem się, że miks wyszedł czadersko i już poszło do odsłuchu kolegom (grunt Johny'emu się podobało = zrobiłem poprawnie główną wersję), wieczorem oglądaliśmy "HP i czara ognia" w wersji angielsko-hiszpańskiej, ale wersja od Luisa oczywiście była koszmarnej jakości prosto z kina (co jest szczególnie zaskakujące, gdyż ma stronę główną, jak w klasycznej płycie dvd

w sobotę przyszła odwilż i było marnie (w tygodniu znowu mrozi i zrobił się niebezpieczny lód)

w niedzielę ponownie wybraliśmy się z Drabentami na łyżwy; z niepokojem oczekiwałem pierwszego upadku, ale pierwszy był nie z mojej winy z wyraźną podcinką, i tak już wychamowywałem, więc bez problemów, drugi raz zaliczyłem glebę oczywiście zahaczywszy dziobem, ale poleciałem jakoś zgrabnie, że nie poczułem, wstałem na łyżwy i dalej jazda; np. Skarbie dwa razy zaliczyło to samo kolano i teraz ma już trzy kolana, w tym dwa naturalne; był tłok, ale jeździło mi się lepiej, nawet już w pozycji niemal wyprostowanej


+ remanent


Aniston dostałem od Skarbie — Jennifer zawsze pozostanie tą z przyjaciół i byłą żoną Pitta, aktoreczka z niej niewybitna, raczej


poniedziałek, 12 stycznia 2009

szczel mnie z woleja

przypomniało mi się, że taki film ogladaliśmy "Wanted" (2008)

kino sensacyjne zrobione przez tego Kazacha od "Straży nocnej"
przygoda i efekty specjalne - żart, ale ogladało się nieźle (zresztą, na podstawie komiksu)
nie sposób nie zauważyć postępującego wieku i anoreksji Jolie wraz z zanikiem gry aktorskiej
dzie się podziały piersi z tamtych lat?


piątek, 9 stycznia 2009

zadymka

zawsze po flaszce (no, wczoraj tylko browar) mam taką "zwyżkę intelektualną" i chce mi się pisać — wczoraj się powstrzymałem i zajrzałem do "kultury", gdzie była recenzja Columbus Duo autorstwa Rojka — bardzo dobrze = 5 nutek
spotkanie w Wojtkiem udane, wepchnęliśmy "how we get by" z uzasadnieniem dla najlepszej solówki na płycie — trochę jest dłuższa, ale nam to nie szkodzi

niestety Piraci się nie wypalili — nie wiadomo czemu, ale nic to

pogoda się popsuła, jest wyższa temperatura, tyle że wiatr nie pozwala jeszcze śniegowi stopnieć, mam nadzieję, że w parku poleży on do soboty, bym mógł go pokręcić

wiemy od czego wywodzi się słowo zadymka; od dymania, jak się dymie, to czasem też dech zapiera

śnieg mokry, więc przykleja się do podeszw butów w tzw. klocki, one rosną i rosną, krzywo się idzie i kolebie na obie strony ową stopą, aż w końcu same odpadają; wiatr pozamiatał luźny śnieg w różne zaspy, szcególnie w zagłębieniach terenu, miejsca odkryte są wyszczyszone

muszę uporządkować bałagan z foto, więc wrzucam piosenkarkę (jakąś znaną) (była na porcysie), chuda, ma sztuczne, ale pokazała slipy

czwartek, 8 stycznia 2009

Quantum

o wilku mowa, fragment z recenzji filmu Skazaniec (Felon) (2008), któryśmy oglądali:
"Gdzie znajdziesz dziś Kilmera? (kino)
W połowie lat 90-tych Val Kilmer czuł zapewne, że świat filmu leży u jego stóp. Uwznioślony sukcesami "The Doors", "Tombstone" czy "Gorączki" uchodził nie tylko za aktora kasowego, ale i utalentowanego. W nagrodę przyszło mu nawet zagrać Batmana, ale ten okazał się chyba pierwszym z gwoździ do trumny jego kariery. Zaraz potem przyszły
kolejne:
"Wyspa doktora MoreauWyspa doktora Moreau", "Święty", "Czerwona Planeta" i trumna była gotowa - z ekstraklasy aktorskiej spadł błyskawicznie do 3. ligi. Obecnie może liczyć na angaż niemal wyłącznie w produkcjach niskobudżetowych. Czasem efekt tego bywa ciekawy ("Jezioro Salton", "Wonderland"), zazwyczaj jednak filmy te uwagi nie są warte. Kilmer poniżył sie nawet do grania w karykaturze westernu autorstwa Uklańskiego, partnerując tak wybitnym aktorom jak Boguś Linda czy Kasia Figura."
(
http://www.filmweb.pl/f464212/Skazaniec,2008/recenzje?review.id=6821)
***
wtorek, 7.01.09 — pada śnieg, jest mróz i wieje porwisty wiatr, ale w robocie oświetla nas oszałamiające, ciepłe słońce
***
wiadomo jak było — jak tylko napisałem o rześkim rozleniwieniu sytuacja w robocie się rypła i właściwie cały okres noworczny spędzało mi to sen z powiek — tak to już człek ma
***
oczywiście dni 29-30.12 już mi umknęły, aczkolwiek we wtorek mieliśmy próbę i dograłem gitarę nicolasa (bo nie te chwyty grał co trzeba), a nagrałem solówkę (bo jednak z lini to szło marnie — chwyty na tło mogą być, ale solo nie), z kolei sylwester nie różnił się od innych dni roboczych, tyle że wieczorem obejrzeliśmy "Quantum of solace" — zachodziła obawa, że nie poradzimy sobie z włoskim tekstem na przejściu cd1 i cd2, ale program sprytnie zrobił to za nas

wbrew obawom nie było tak źle — ogólnie tak jak niegdyś przyspieszano sceny akcji w Bondzie, tak teraz powinni je zwalniać, żeby je można było spokojnie obejrzeć; ogólnie akcja trzyma za twarz, fabuła całkiem git, trochę szkoda, że trzeba będzie czekać na zakończenie trylogii — najbardziej podobał mi się cytat z "goldfingera" — aczkolwiek humoru zdecydowanie zabrakło (tej poważki, szczególnie z olgą kurylenko też jakby za dużo) (ale skoro to przygody 007 z początków jego działaności, może chłopak później wyluzuje?)

podsumowując — film mi zaimponował — bo tak należy określić widoki Sieny, sceny akcji czy pewne "utrudnienia fabularne" symulujące skomplikowanie fabuły — nie wiem, czy mi się podoba, ale na pewno robi wrażenie
z innych oglądaliśmy jeszcze "spotkania na krańcach świata" Herzoga — momentami zabawny, momentami wzruszający - jak na film dokumentalny rzeczywiście może być; jeden odcinek Pythona; japoński film "Vital" — niby o śmierci, ale w konsekwencji nieprzekonywający; w poniedziałek 5.01 "live and let die" w tv — rasowa rozrywka; odrzuciliśmy Tinto Brassa — ciałka ładne, ale akcja żmudna — po co ogladać erotyki?

nowy rok spędziliśmy leżakując — poprzedniego dnia ograniczyliśmy się do drobnych ilości włoskiego wina musującego — żadnych dolegliwości; zacząłem czytać "Mikrokosmos" Normana Davisa (+ współautor) o mieście Wrocław — szybko się przeczytuje, nieco pobieżne i wg pewnego schematu, ale ciekawe; chyba zaczął padać leciutki śnieżek

w piątek ruszyłem do masarni, z muzyką 007 na uszach było genialnie; pierwszy śnieg, lekki mrozik; Skarbie wybrało się na łyżwy, a ja zaszalałem w łazience i wyśpiewałem wszystkie partie do malkmusa; pod koniec w łazience zmarzłem



soboty nie pamiętam, w drobnych partiach obrabiam poszczególne partie wokalu

w niedzielę razem z Drabentami byliśmy na łyżwach na Placu Zebrań Ludowych — nie mówię, że umiem jeździć, ale jakoś szło, zgrzałem się, nie zaliczyłem gleby, aktywność fizyczna była — wielu było takich, co tylko umieją się utrzymywać, więc nie byłem sam, jeździłem w pozycji pochylonej, akurat na wyskości kobiecych pośladków

***
później Drabenty zjadły nam obiad, a ja ruszyłem do parku, pooglądać aparatem świeży śnieg — jeszczem ich nie oglądał; pogoda szalenie mi się podoba, dobrze, że na razie mróz trzyma i jest przepięknie — nawet jak się wychodzi po południu z pracy, a na niebie witać takie prześwity jasności albo księżyc rozświetla okolicę — w ogóle nie jest ciemno!ogólnie co dzień rano jest już jaśniej — jednak (przy obecności śniegu) ten dłuższy dzień
działa

***
w poniedziałek znowu wątroba mi się popsuła, bo komputer-laptop (to nasza oficjalna wersja od teraz) (ja wymyśliłem!) nie widział napędu dvd; na szczęście johny okazał się złotą rączką o naprawił kod (choć nie było lekko); przyczyna też poznana, więc wiadomo jak działać; próba wtorkowa; w środę miksuję na kolumnach — za dużo tego diabelstwa i za głośno — musiałem drastycznie pościszać wszystko — mimo że ustawiłem dobitną perkusję i wyraźny bas — przy tak niskiej głośności nie jest to już tak oczywiste — więc podobnie jak u Endriusa — raczej wokal przysłoni wszystko

poniedziałek, 5 stycznia 2009