środa, 31 sierpnia 2016

5–8.08.2016



5 sierpnia, piątek

zatę Żono ma

wstaję, majonez, małosolne i jadę z Aleksandrem
nic dzisiaj do kupienia nie ma na winylach
***
ale znalazło się cudo jesienne:
JBM — Stray Ashes (2012)
***
chuj, a co tam, obejrzałem piątkowe trailery, skoro są
a na dokładkę one wszystkie dobre były, raz się wzruszyłem do łzy
***
spotkaliśmy się w starym/nowym carrefour, i nowym centrum Morena
znaczy się jak czytałem na kanapce, a Ty robiłaś zakupy, kiedyś tam też robiłem zakupy, piwo, bułki i kiełbasa i siup do Endriusa
***
zrobiliśmy cały kosz zakupów, ale nie wyszło tak drogo jak myślałem, się pozmieniało, a sklep imponuje zawartością, człowiek chciałby pochodzić i pokupować frykasów = za mało czasu tam spędziliśmy na zakupach
wracamy na wro, a potem do domu już do spania
mimo późnej pory zaczęliśmy film, przed 24 do snu


6 sierpnia, sobota

zatę Żono ma

nocne dyżurowanie nie było mega wygodne
między 2:30 a 3:30 były nocne przygody łącznie z kupą, a dziecko intensywnie bawiło się w odgłosy z sufitu, nie wzbudzało to moich pozytywnych uczuć
jeszcze mleko o 6:45 i trochę snu do 7:50, udało się przeleżakować do 8:20
Mama już wstała, poszła na zakupy, śniadanie to właściwie tylko my mieliśmy, bo dziecko zamuliło na rogalu, ja zamuliłem na Patricku Watsonie, taki nastrój
***
na wro rozpoczęliśmy rocznicowe przygotowania, chociaż na dobrą sprawę Mama i dziadkowie załatwili wszystko, wobec braków osobowych cieszyliśmy się obecnością tych co byli, a najważniejsze: strasząca od 3 dni pogoda dopisała przez cały boży dzień
wynudziłem się stosownie, ale pełny egoizm, w tym wszystkim miałem wiele okazji do leżakowania i nic nie robienia, bo dziecko albo było zajęte, albo chciało Mamę, albo poszło na drzemkę
oczywiście obżarłem się hamburgejami (to lubię) (miałem zrobić 100-gramowe kotleciki, ale nie wyszło), 3 piwa + jeden, więc nie przymuliło, mięso poszło wszystko, sałatki dojadaliśmy, dużo piwa zostało
***
o 22 zmęczony poszedłem spać, w nocy dziecko znowu dało koncert (słyszy odgłosy)
wstaliśmy zmęczeni a Mama z katarem


7 sierpnia, niedziela

zatę Żono ma

ale ten nieco zły nastrój minął, się opiłem herbaty (jeszcze zaznaczę te 4 litry płynu, które puściłem w nocy i nad ranem), objadłem i poszliśmy na jarmark
***
obeszliśmy i zaliczone, stare oglądanie już nie wróci, ale Mama przynajmniej obejrzała sukienki, a dziecko nie umarło z nudów, lwy i fontanna były ok
skończyliśmy na naturalnych lodach, aczkolwiek wolałbym torcik z sowy lub litr miętowych z czekoladą, niemniej sentyment do chodzenia po jarmarku mógłbym wciąż mieć
przypomniałem litewskie zeppeliny
***
wróciliśmy na kawę oraz wahadłowy obiad
udało nam się obejrzeć do końca 20 min filmu na wielkim ekranie, to ładne
hamburgeje oraz pieczona/smażona kiełbasa, same pyszności
trochę jeszcześmy, a potem ja zabawili z dzieckiem na ogrodzie, ślimaki, piaskownica, jeżyny, te sprawy
***
wracamy o 17, dziecko zasnęło sobie na 20 min w aucie, Mama dzielnie targała graty do góry
w domu je rozpakowywałem, wystrzeliłem truskawkowym mieliwem z butelki = straty płynu, reszta jakoś pracuje
kąpiel ok, ale zasypiane nie ok, przestałem pomagać dziecku, skoro ono i tak niereformowalne
uznałem te godziny zasypiania za stratę, muszę zastąpić głupie granie w oglądanie
***
wciąż jednak była dopiero 20:30, więc ruszyliśmy do gry
zaczęliśmy wolno, by pod koniec się rozwiną i nieco załapać, wygrałem 3 pkt zwycięstwa "Anno 1503" o włos
***
przed snem obejrzeliśmy pierwszy najprawdziwszy teledysk "Iron Man", aż się popłakałem ze śmiechu, niezłe
***
w nocy dziecko znowu dało do wiwatu, Mama poszła


8 sierpnia, poniedziałek

zatę Żono ma

musiałem podjeść pączka, bo śniadanie okazało się za małe, nawet z parówką
kiedyś umarł Mrożek i o nim teraz czytam z wyrwanych kawałków Gazety
***
przypomniałem sobie, że obejrzeliśmy najnowszy film Cohenów, imponujące, ale mało atrakcyjne, jak na dzisiejsze czasy = oczekiwałem więcej
***
na płytach nic nie ma nowego, chwilowo siedzę w necie, nie chce mi się zabierać za stare mp3
***
robota czeka
***
gdzieś tam są igrzyska, ale właściwie ich nie ma
***
nie mogę pominąć nieustającej grozy wiszącej, jakkolwiek dzisiaj czuję się nieźle:
https://soundcloud.com/drone-records/moljebka-pvlse-in-love-and-death
***
musiałem chociaż pod koniec ciężkiej pracy/jacy ci ludzie potrafią być gadatliwi przez tel
zajrzeć do
Assignment K (1968)
bo tam, po początkowych łatwościach zrobił się przewrót fabularny
następnie na wyjściu zaserwowałem sobie mini torcik, oczywiście z kremem i bezą
zdziwiony stałem niemal w upale, jeno mocno wiało
na wro chwila słonecznego ogrodu i pompowanie starego wózka (zapomniałem jak to z nim kiedyś było wygodnie na resorach)
wracamy
***
dziecko się pośliznęło, bo miało mokre rączki
kawa, kąpiel, mleko, zasypianie, tym razem krócej — 1,5 odcinka Johnny'ego Staccato
skoro jeszcze lato — wybrałem się na rower
dawno tego nie było: rower, las, Modest Mouse = dobrane połączenie
(od czasów spacerów ze śpiącym wtedy jeszcze dzieckiem nie bywałem, a dobrze tam jest)
po powrocie zapragnąłem wina i muzyki, więc do późna grzebałem się w naszych nagraniach LoFiles, 4 na razie, nuda, ale przyjemna, do niczego się nie nada, ale ja w tym porobię





Brak komentarzy: