wtorek, 8 listopada 2011

Schizopolis (1996)



poniedziałek, 31 października
Organizm najwyraźniej był zmęczony. Poszedłem spać po 21. Ale za to pobudka o 1:30. Brawo. Tak trzymać.
***
No to porobiłem. To są 23 fragmenty, więc coś się z tego skleci. Oprócz moich folkowych wciórności, które wrzucałem, mamy kilka bardzo porządnych rzeczy. Mich świetnie sobie radził na basie, Wojt miał zacięcie do solówek, Paweł ochotę do gry i rytmy — no brawo kowboje! Co mnie zaskoczyło, że jest kilka instrumentali, w których gitary robią pajączki jak w post-rocku. Na zakończenie przestaliśmy owijać w bawełnę i nagraliśmy 3 stoner-rockowe killery, z czego jeden właściwie można uznać za gotowy. Do tego kilka piosenek Micha (z czego przyznam, że jedną wolę w wersji walczyka). Jest też kilka naszych wspólnych kompozycji, które nawet mają (ho ho) 3 motywy — tu, klasyczny już, "W dół me konie!". Do tego dorzuciłbym ze dwa proste numery na umpa umpa, które od biedy mogę podciągnąć do Old Canes'owego folku.
***
O 4:40 postanowiłem jednak się zdrzemnąć. Wtedy już do pracy grzecznie. W związku ze świątecznym okresem prawie laba. I przyjemnie. I zdjęcie piękne. I piosenki. I co ja w ogóle robiłem wieczorem? Po takim weekendzie rzeczywiście przydał mi się odpoczynek.
***
Ponieważ ostatnio nawet filmy robią gorsze (patrz Allen), to "Schizopolis" (1996) to było naprawdę coś. Ba, nawet się śmiałem.

wtorek, 1 listopada
Zaskakująco, że wstałem o 8. I to po pełnych 10 godzinach snu. No chyba, że coś pomyliłem. Ponieważ wczoraj, miast robić porządne zakupy cukrowe bawiłem się w zakupy serowe, to nie będzie dzisiaj przelewania wina. Ach, no trzeba się wybrać w środku dnia. Na szczęście mamy butelkę po ice tea. Moscatel wygląda jakby się w niej urodził.
***
Ba, to były strasznie przyjemne rodzinne święta na cmentarzu. Był nastrój, był alkohol, tylko pizzy brakowało. No, być może pizza byłaby nie na miejscu. Ale. Orunia, szewc, ciocia Ewa. Wszystko jak trzeba.
***
Dixit. Jak zwykle miłe spotkanie.

środa, 2 listopada
I z tego przejazdu po taśmę dwustronną zrobiła się prawdziwa wyprawa przez duże W. Oprócz tego "Lampa" i "LnŚ".
***
"Made" (2001). Może nie było tak odświeżające jak ostatni obraz. Ale coś drgnęło ogólnie.

czwartek, 3 listopada
Niezwyczajny (nowość!) transfer Orunia via Wrzeszcz z bambetlami. Udało się. Wszyscy żyją.
***
Zespół koncertowy zjawił się w komplecie — było mi jak zwykle bardzo miło. Miłe też były próby samodzielne, jakich dokonywali dziewczę i chłopcy zanim rześmy zaczęli. Miło też było usłyszeć dźwięki koncertowe w różnych zestawach. Osobiście (inni nie muszą podzielać mojego zdania) uważam, że w zestawie ograniczony do podstaw to również się broni — bo to dobre numery są :P
***
Nowy sposób na dobry sen: pójść później spać, porobić (się zrobiło coś). "A ty coś ostatnio wydziwiasz z tymi herbatkami wieczorem!".

Brak komentarzy: