poniedziałek, 14 listopada 2011

Brigadoon (1954)



niedziela, 6 listopada

Robię.
Pół dnia minęło. Wino. Strój wyszykowany. Pomarańczowe szelki git. I trzeba było się zbierać. Od 16 do 23:30, ale nie było najgorzej. Transfer. Problemy licealistów. Hałas, który mógł zabić. Przem, jakiego nie było. Syryjczyk. Stacja Deluxe. Stare i nowe twarze. Łomot i dym. To był koncert WHERE IS JERRY. Spontanicznie.
Z soboty jeszcze: Suddenly, Last Summer (1959). Doktor Cukrowicz, czyli Montgomery Clift oraz Elizabeth Taylor. Szału nie było.

poniedziałek, 7 listopada
Brigadoon (1954). To w ramach najgorszego musicalu, jaki można było obejrzeć. A mimo to. Piosenki. Technicolor. Wrzos, wrzos, wrzos. No i Gene Kelly.
Robię.
***
Z cyklu, jak wciąż docenić tajemniczość w kobiecie:
— Zaraz ci coś pokażę.
— Zdaje się, że wiele już widziałem.

wtorek, 8 listopada
Dzień próby. Żubr. Nowy w stadzie. Mocne. Całkiem na wypasie.
Nie robię.

środa, 9 listopada
Main Street (2010). Colin Firth, Patricia Clarkson, Ellen Burstyn i tyle co można powiedzieć.
Robię.

Brak komentarzy: