piątek, 13 lutego 2015

Odcinek z niemieckim kurierem



7 stycznia, środa

Odcinek z końcem wakacyjnego nastroju

My drogi i Miłościwie Nam Panująca będziemy się znowu prze(y)stawiać (znachorka).

Antracyt.
Pobudka niezbyt poranna, wyniki zaliczone w międzyczasie (udało się dawno nie słyszaną jajecznicę). Okazało się, że mieliśmy udaną noc. Przynajmniej ktoś, uff.
Doprowadzają mnie do szału nierzetelni dostawcy i krążki, które do mnie nie doszły. Na razie mi przykro. Byłem niemiły wobec kuriera (może jutro).
Był LAS (mroźnie dzisiaj), z obiadem mieliśmy przeboje (puścił mi dzisiaj jeden nerw), auto nie zapaliło, ale mamy super kołyszący wózek.
Znachorka rzekła, że będzie opcja internetowych mam. Ciężka i zajmująca praca. Ale bardziej zdołowało mnie przypomnienie firmowe, w trakcie tego dziwnego, ale jednak własnego urlopu. Błe. Lidl też nie poprawił sprawy (straszny tłok).
Piwo na mrozie. Teraz wpadłem w glukozową panikę i pożarłem czekoladę.
Dawno niesłuchana palma, fajnie.
NBA w tym sezonie jest może nudna, ale zawszeć to zajęcie.
***
zmącono mi humor pracowniczym obozem koncentracyjnym
Tak, to najbardziej stresująca rzecz, dwie straszne litery.
***
Odreagowywałem pół nocy z winem na różnych www, a kiedy już miałem obejrzeć film, to zaczęły się mecze i oglądałem zwycięstwo Wizz nad D-ligowymi NYK, ponadto śledziłem statystyki 4 innych meczy. O jakiejś 3:30 do spania.


8 stycznia, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca z rozwalonym dniem całym.

Wszystko późno, czekamy na kolejną położną. Efekt do przewidzenia => stał się aniołkiem i pokazał się ze wspaniałej strony. Będzie częściej żarcie = niedobrze.
***
Porządni Niemcy mnie zaskoczyli, kurier z krążkami jak zimne piwo, wcześnie, dobrze. Są wszystkie 3, są piękne, już jedna gra. To był jedna z najlepszych promocji jakie trafiłem. Miałem chętkę na jedną — mam wszystkie 3. Bomba!
***
Alarmujący telefon ze Stogów (paczka! złodziej!), a tu wciąż braki, wciąż czekam.
***
W końcu pod zmierzch wybraliśmy się na obowiązkowy spacer. Następnie dzień się rozszedł, nie było wiele wolnego, ale pliki dokończyłem, wysłałem.
***
Ściąga się Johny Staccato (Cassavetes), ten z krążka Elmera. Był pieczony pstrąg, przygotowany indyk (zrobiłem w trakcie), pić się chce, za mało piwa kupiłem, ponadto nawet nie zauważyłem kiedy poszło, bo byliśmy w trakcie aferowania się.


9 stycznia, piątek

Odcinek ze sprawunkami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na froncie przez dzień cały.

Skoro do snu o 2, to i wstawanie wczesne (rekord 55,6). Jadę.
Bilecik — jest.
PSL — jest. (dziwne teraz dają młodym ludziom)
Uznałem, że nie będę przechodził przez CAŁĄ dolinę.
Moje tereny, bioderka są obok małego carefura, rejestracja — jest.
Przemarsz w deszczu. Bank — jest.
Przemoknięte buty — jest. (nie poprawiło im się od poprzedniego).
Szybki rzut oka na deszczową piękną krainę — jest.
Wyjście pod lotem z lekkim wow — jest. (TAKI moment).
Zachodzę, a tam zamiast (paczka! złodziej!) w częściach do składania jest:

DREAMEND — Maybe We're Making God Sad and Lonely

Brzydki pomarańczowy plamisty, ale dodali cd w pakiecie. Nie sądziłem (PO LATACH), że ta płyta przyda mi się na taki deszczowy zimowy wieczór idealnie. Import.cd już drugi raz zaskoczyli mnie pozytywnie, cena oczywiście była wybitna, jak na ten zespół we wszechświecie —
***
Wziąłem też Galerię Brera. Przyszedłem i musiałem zarządzić pełne 60 ml od razu i pobiegłem samemu na spacer z wózkiem, bo w domu ani chwili spokoju. Kikut w końcu odpadł. 40 minut w bardzo rudym lesie. Taka zima.
***
Indyk i sos świetnie, afera z igłą nieświetnie, karmienie w miarę, spanie nie, nerwowo dzisiaj, nerwowo.
Tym razem podczas prasowania dwie zaległe palmy i już się cieszę na jutrzejsze skróty nba.


10 stycznia, sobota

Odcinek z deszczową sobotą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wciąż na wojnie.

Noc przespana, ale nie wszyscy zadowoleni. (55,3).
W końcu poszłaś po zakupy, w końcu zjadłem śniadanie, prasówka odrobiona. Maile nie odpisują. Sagarmathy na razie nie będzie.
Najadłem się kawą i po kilku wypowiedzi tych samych zdań pobieżyłem w rudy LAS. Mokro, sprawnie.
Przeczekaliśmy obiad i karmienia, więc na spacer znowu po nocy, mokrzy jak szczurzy.
Dokończony pstrąg, piwo i DREAMEND koją.
Wojt nie zawiódł, pochwalił.
Akurat dziecko woli spać niż jeść (a powinno jeść, a nie spać), pranie, strasznie czarne 2-letnie rękawiczki, fotka w "Dzienniku Bałtyckim". O 21:30 będzie spoko mecz.
***
Trochę pobujałem się na wesoło (miałem przyjemność ze słuchania Umpy 2), potem domowe akcje, w międzyczasie LAC sprawiło łomot Dallas (Rondo znowu nie trafia), w przerwie wziąłem kąpiel po dziecku (a pewnie, że się mieszczę w dziecięcą wanienkę), mieliśmy pójść wcześniej spać, ale wszyscy wyspani. No to z młodym oglądamy "Gangster Squad", marny film, śpi, ale dał się nakarmić. W końcu wszyscy idziemy się bujać.


11 stycznia, niedziela

Odcinek z nową myszą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w ostatnią taką wolną niedzielę.

Coś tam w nocy mi przeszkadzało. Poranek się rozszedł, ale dwa rozlewające się żółtka były. Potem Ty idziesz, ja zostaję. Potem ja idę, Ty zostajesz — terenowo z wózkiem. Zrobiłem LAS, zjadłem obiad, następnie śpicie, więc ja mam szaleństwo.
***
Gangster Squad (2013) — ot strzelanka, tylko w gangsterskich płaszczach, śmieszne (choć mało śmieszne) i kiepskie (ale nie w tym stylu co trzeba). Aktorzy dali się namówić na kicz. Ci ładni też.
***
A tu jeszcze tyle wieczora zostało, a myszka nie chce działać. Umpa 2 jest ok, ale nie wiem, czy bym czegoś nie ściszył. Nastrój szampański. Fajnie.
***
Były oczywiście zawirowania, był też mecz o europejskiej porze: Wizz dostali strasznie w dupę od najlepszej drużyny wschodu — Atlanty, a ja do snu jakoś wcześniej i osobno (muszę się wyspać mimo tych ryków).




czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek z deszczowo pochmurnie



30 grudnia, wtorek

Odcinek z pełnym wyjściem 2

My drogi i Miłościwie Nam Panująca małe sukcesy, pytania zagaszone.

Pełne spanie na wypasie (choć nocne karmienie — trochę strach, jak nie idzie). Jak tu nie zagnieść/udusić mimochodem.
Budzik oczywiście nieprzyjemny, a położna o czasie, ale zdążyliśmy.
Dowiedzieliśmy się czego trzeba, przy okazji młodej pory wyjechałem na miasto.
Jeszcze jakiś telefon/praca przy okazji.
Dwa sukcesy (szpital + rossnę: zacne i zasadne zakupy ZIMĄ!).
Obiad tradycyjny, chociaż ja szpanowałem smażonymi ziemniakami.
Chwila trzeźwości po karmieniu (akurat na "spacer" — 3 minuty), a potem dzieci udają się same (z ramienia) spać. Obie.
No to szaleję.
Piękna zima dzisiaj.
***
W sumie czas się poprzestawiał potem i nie było potrzeby pilnowania, ale werbel zrobiłem. Fajne płyty wykupili, a tamte jeszcze do mnie nie przyszli. Ki diabeł.


31 grudnia, środa

Odcinek ze śniegowo-liściowymi bałwanami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca świętujemy miesięcznicę i dwutygodnicę.

Nowy materac się sprawdził. Noc spokojna, w sam raz.
Rozpoczęliśmy Pavementem, były poranne drobne niepokoje, ale przeszły, jak Babcia przyszła w gości. Zrobiłem zakupy sylwestrowe (2 piwa), odprowadziłem, pomarańcza na zachętę.
Niestety odwilż, ale można lepić.
Potworna rzecz, pusto dzisiaj w lesie.
...
ale za to dużo będę miał nowych: idą idą.
No to możemy się sylwestrować!
Z nadmiaru wolnego czasu robisz babeczki na dwie wersje imprezowe.
***
To był jeden z tych udanych (sylwester to zawsze taka męka, bo trzeba się bawić).
Obejrzałem nawet mecz w europejskiej porze. Miami zaskakująco łatwo przegrało z Indianą. Ależ kontrast oczekiwań/napięcia między tym a zeszłym rokiem.
Gdybym się nie ululał dwoma piwami (porter mniam), to bym może nawet film obejrzał do końca.
Ponadto zdążyliśmy z karmieniem, był toast, był nastrój lampkowy, było zimne powietrze oraz Pet Shop Boys. Ty do snu, a ja jeszcze szukałem na dusty (zapewne) i spoglądałem, jak skaczą murzyni.


1 stycznia, czwartek

Odcinek ze śmiercią śniegowo-liściowych bałwanów

My drogi i Miłościwie Nam Panująca walczymy na skraju.

To dzisiaj wieczór z Tableau (kilka). tableau-163 mnie nie przekonuje, bo jest zbyt folkowo, ale szumy i ambiencik przydadzą mi się na kopiowanie do Vreena 4.
Wstałem na mini kacu, młody dzisiaj nie chce spać, więc afery w domu (ja oczywiście tego nie rozumiem). Szpiegowskie lecą, a ja lecę z malarzami wciąż.
Był dzisiaj LAS.
A właśnie, wczoraj zima, dzisiaj jesień, zero śniegu. Całe szczęście, że jeszcze udało mi się zawczasu. Duże szczęście. 2 i 1/3 śniegowo-liściowego bałwana trzyma się siłą kulek, ale nie pożyły. Ściemniało się już, ale w 43 min dałem radę.
Czas wolny/zajęty = czeba czytać.
Odgrzałem starą grochówkę. Ty masz kopytka.
W stanie urlopowym mam nawet strategię na słuchanie krążków, co nie znaczy, że nie chciałbym wciąż tych samych na okrągło.
***
Coraz bardziej codzienne dramaty, było mycie włosów oraz "spacer". W końcu dzieci utuliły się do snu, ja po cichutku tnę i skracam. Skoro paczki do mnie nie przychodzą, to rzuciłem się na podwójne LP Deerhunter. Opłacalnie, a tym sprzedawcom ufam. W końcu (KIEDYŚ!) powinno dojść.

Corey Brewer = Houston
2 stycznia, piątek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca już tylko na skraju.

Przy spaniu o 2 wstawanie o 10. Wygrzałem się jak kocur.
Nie ma porannych sukcesów (doradztwo bebe), a i ściąganie słabiej dzisiaj idzie. Malarzom również.
Niemniej, trochę spokoju w ciągu dnia było. Dramatów również. Jedni zdenerwowani, inni wykończeni, oboje ryczą. A ja idę na zakupy. Drożyzna.
***
Jest czas, jest LAS.
Większy zasięg i wykończyłem się zupełnie w 45 min. Wykończyłem też grochową. Ty pieczony pstrąg, ziemniaki, mniam.
Było kilka przebojów, "spacer", kąpiel (korzystam również), aż wreszcie, kiedy już wszyscy powinni — sen.
Prasowanie = oglądanie.
Raptors-Suns (24-11-14), ale nie wzbudziło mego zachwytu. Może nie uważałem (żelazko jest gorące), a może wieczorem zmęczenie wzięło.
Zaskakujące, że dzisiaj o tej 23 już sennie.
Coś jeszcze pomacham.



3 stycznia, sobota

Odcinek z księżycem na grani

My drogi i Miłościwie Nam Panująca od zapaści do czytania.

Zaczęło się dramatem w rodzinnym wnętrzu, dziewiąta jakoś była, więc ruszyłem w bój poprzez słotę.
Ale nie mają jedynek, a mi przemaka już druga para butów. Strasznie przemokłem. I drogie to w pip.
Przynajmniej zjadłem drożdżówkę, a potem nawet śniadanie.
Wzruszenie przy powrocie Rajona Rondo do Bostonu. Miał mecz. Taki młody, a taki stary.
Przy okazji ktoś wspomniał: wielka czwórka z Bostonu sprzedana chybcikiem, ale przyszłości to ten team nie ma.
***
Zabieramy się do pracy, sztucznie z mozołem + helikopterek. No i dziecko potem śpi przez pół dnia. Aniołek kurwa.
Wyszłem w LAS i zrobiłem rekord i nie padłem z wyczerpania. Ale ten księżyc mnie zaskoczył.
***
Własnoróbka obiadowa: potrawa na selerze naciowym i rosołku. Nie polecam.
***
Posunąłem 4,1 kg malarzy aż miło.
Acha, mamy w końcu wagę, a nawet dwie. Sprawdzam przed i po jedzeniu, a także po innych czynnościach. A dziecko zrzuciliśmy z tej warzywnej. Znaczy się samo spadło, ale ponieważ było mocno zaspane, to prawie nie zauważyło.
***
Robimy pranie i sposoby, zaraz "spacer" i wieczór tuż tuż. Dzień miał wiele twarzy.


4 stycznia, niedziela

Odcinek z pierwszym wózkowaniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca (nie ja) wydalim gładkie 150.

Ja wiedziałem, że to tak się skończy.
Na szczęście jest zielone światło na świeże powietrze.
Walczymy dalej.
To już druga niepocieszająca wiadomość dnia — amazon jednak nie może spełnić mojego życzenia (Deerhunter). Buuu.
Śniadanie, po powrocie z Gdyni kawa, po karmieniu zasuwamy suwak i siup do wehikułu. Ostry zimny wiatr. Ale kółeczko po dzielni było.
Jabłko i LAS. Znowu rekord, jestem szybszy niż mikrofala.
Potrawka z selera się dotarła, a ja musującym jabłkowym.
Kolejne kilogramy malarzy, tym razem hiszpańskich — nudny wstęp.
Śpimy/czytamy.
Dallas miażdży Cavs (bez LeBrona), Rajon dzisiaj nie punktuje.
I przegapiłem dwie licytacje :D
W ubraniu ważę 300 g więcej. Do 55 nie uda się zejść.
***
Przyzwoicie do snu ok 2, by...


5 stycznia, poniedziałek

Odcinek z walką wręcz

My drogi i Miłościwie Nam Panująca zaczynamy różne warianty zgodnie (siostra Wendy).

...od 5 walczyć z potomstwem. Udało się i obejrzeć wyniki, i uśpić, i pospać, przy czym młodzież się zbuntowała i nie poszła po bułki.
Śniadanie, spacer, LAS, obiad, czytelnia — wszystko niemal planowo. Wrzaski niestraszne, mróz przyjemny. Dzień dzisiaj niespokojny, trochę nerwowo, brak długiego okresu snu, a ja zacząłem liczyć pieniądze, bo mnie ten Deerhunter chadza. Zasadniczo urlopuję się aż miło (na Stogi paczki nie dojechali) i będę z grubsza zbierał się do wysyłania plików chłopcom.
***
zabawne:
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=JyvLsutfI5M
***
no a to bombowe!
http://ridingeasyrecords.com/product/slow-season-mountains-vinyl-copy/

no nie ma opcji, już lecę kupować tego krążka, to jest tak GENIALNIE wtórne
te okazje na mnie czyhają! (TSCHAK!)
***
Tak mówiłem mówiłem, a dzisiaj 55,9, no proszę. Tak mi odbija między tymi codziennościami.
***
Zatem wieczór z muzyką na gitarach.


6 stycznia, wtorek

Odcinek z sześcioma królami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca systemujemy się.

Co dzień nowy dzień. Internetowe matki wiedzą najlepiej, ale terrorystyczne 40/30/20/10 to nie są dobre liczby. Ja mogę być tym złym policjantem. Obudziłem się przy przewijaniu z jednej na drugą. Trochę dałem pospać drugiej osobie i już do sieci.
"Phil Jackson zdecydował się zamknąć ten sezon New York Knicks i przygotować do rozdawania zen-dolarów przyszłego lata" (Iman Shumpert i J.R. Smitha => Cavs, Dion Waiters => Thunder). ("Przy okazji wymiany Knicks zwolnili jeszcze Samuela Dalemberta").
***
- schadzka dwóch niemowlaków?
- tetre-a-tetre

***
Dzień nam szybko uciekł. Był LAS, był obiad. A racja — teraz sobie przypomniałem. Zmogło mnie i odespałem razem z dzieckiem. Potem były odsłuchy, tamburyny i drum steamy.
***
Chciało się spać, ale biliśmy się od 2 do 3, by w końcu sobie pospać smacznie do rana. Niektórzy.



środa, 11 lutego 2015

Odcinek z wigilią przejazdową



24 grudnia, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jednak nie wychodzimy.

Wstałem po ten chleb.
Kupiłem świątecznego psa.
Ustaliwszy plany i zapakowawszy wiele towaru pojechałem na Stogi z przystankiem szpitalnym. Wiadomo, że świąt nie obchodzimy, ale świętujemy sukcesy laktacyjne. Pada wigilijny deszcz.
Mnie tam wszystko ryba, Tobie nie z tym.
W dodatku te nieustające karmienia lub uspokajania.
***
No niestety choinka mnie nie ominęła. A zdziwiony byłem, że płyty nie doszli. Krótkie ubranie (i choinka i ja).  No to już wiemy, że jutro nie, zatem jem w kwadrans i jadę. Puściutko tam i przychodzą tacy z rodzin, ale bez kolędy.
Prezenty nie dzisiaj.
Wracam, Zabieram się za schab z boczkiem. Trochę zajęło, ale trzeba było.
Wyjątkowo jak na taki pobyt (ostatnie takie święta) nie oglądam ulubionego serialu do snu. Jakoś druga była...


25 grudnia, czwartek

Odcinek z NAGLE

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wracamy do domu. WSPÓLNIE!

...a musiałem wstać o 8 na "świąteczne" śniadanie.
No dobra, przynajmniej się człowiek nie obeżre.
A potem zaskakujący tel. i znowu mamy sraczkę pakowniczą (=dzień jak co dzień).
Zatem z jeszcze większymi zakupami niż poprzednio dymię się do domu. W ramach rozstroju nerwowego wziąłem (dwójnasób) lekką książkę:
Edmund Niziurski, Sposób na Alcybiadesa, 1964 — strasznie się zajarałem (jak onegdaj).
Ubrałem fotelik oraz żółty plecak i zmierzam.
Tam trochę nam zajęło, te wszystkie graty, karmienie 2 x na zapas, no i jest przyfotelikowy ryk. Ale sam się uspokoił, a dziadek jechał tak ostrożnie, jak nigdy w życiu. Dziecko śpi jak aniołek najpierw tu, potem tam. Mamy nieśmiałe emocje, w końcu sami możemy się ogarniać.
***
Karmienie, spanie, jest rytm (mały rytmik) przez całe pół dnia. Mamy czas na prezenty (PREZENTY!), kolację i odświeżanie się.
Ale okazało się, że to dzienne wyspanie wyszło nam bokiem w nocy, hehe.
Niemniej, nie powiem, strach jest. Takie toto.
I takie wytrwałe w spaniu.
Robimy celowo hałas, ale człowiek nie może powstrzymać się od chodzenia na palcach.


26 grudnia, piątek

Odcinek z pierwszym dniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca uczymy się.

Wstaliśmy zupełnie nietrzeźwi. Świąteczne trzeba jeść, dziubiemy.
Trzymamy rytmik ze szkrabem. Wiadomo, biorę rzeczy zadaniowo.
Mamy szczęście, mamy czas.
Jedynie brak tlenu i ta łaźnia w mieszkaniu mnie męczy (aczkolwiek wieczorem się wyziębia).
Lecimy z krążkami, by leciało.
Zrobiłem potworną rzecz i pobiegałem na tym lekkim mrozie z jakieś 30 min. Odświerzające.
Choć człowiek nieprzyzwyczajony. Jedzenie=zmęczenie. Bierzemy przykład z naszego malucha i udajemy się na 2-godzinną drzemkę.
Potem dziadek uczy nas kąpania wanienkowego.
Rytmik z drobnymi odchyleniami nam się kołysze do wieczora.
Korzystam z wczesnej nocy, kończę Edmunda (wzruszenie), znajduję Lali Punę (ożywienie). No proszę, udało się przeżyć. Jest słodki. Jak śpi.
No dobra, nie jest tak strasznie.
Jakkolwiek, tak, mam łatwiej.


27 grudnia, sobota

Odcinek z drugim dniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca uczymy się nadal, bo.

Sobota — otworzyli sklepy!
Wyszedłem ja, wyszłaś Ty. Dzień nam minął w trybie Tymkowym. Nie było tyle spania, co poprzedniego dnia.
Chwilowo nie zbadamy wpływu jedzenia na jedzenie. Dzisiaj było gorzej, z obiema stronami.
Znowu zrobiłem potworną rzecz.
I pół dnia jechałem czosnkiem. Może to czosnek?
Pierwszy ominąłem, załapałem się na drugi mecz w europejskiej porze. Jednym okiem obejrzałem jak Toronto rozwala LAC, w tym czasie uzupełniając uzupełnienia. LAC nie wyglądają na kandydata do MŚ.
Sen nam się układał rozmaicie, ale zasadniczo nie ma co narzekać.
Być może złamałaś mu rękę piersią.


28 grudnia, niedziela

Odcinek z prasowaniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spędzamy leniwą niedzielę.

No to nie będzie kurczaczka, będą kopytka. Sprawdziłaś fotelik na własne oczy. Wypoczynek przerywany karmieniem i trochę nerwami. Dramatycznych odchyleń od normy nie ma.
Ponownie potworna rzecz. Ładne widoki, zmęczyłem się.
Miałem wypaśny wysmażony niedzielny obiad (mi wolno).
Powoli wykańczam świąteczne zapasy, trzymam linię.
Gruby sprężynowy materac może spełnić swoją fuchę.
Już chyba drugi raz napocząłem d'Orseya.
Zmierzyłem się z furą prania — podobnie jak mycie szyb: zbędne, ale bardzo wygodne i lubię.
Nie trafiliśmy z godziną w jedzenie, zatem kąpiel jutro.
Jutro też załatwianki.
Wieczór nie był dla mnie. Odpadłem o 22.


29 grudnia, poniedziałek

Odcinek z pełnym wyjściem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jesteśmy uporządkowani, że hej.

Spanie wspólne jakoś nam wszystkim pomogło, aczkolwiek wybudziłem się (celowo) nie w tej fazie. Ale urlop na razie załatwiony.
Telefony telefony.
Terminy późne (przyszły tydzień) bądź późniejsze (czerwiec).
Po śniadaniu pospałaś sobie z młodym, więc śniadanie, telefony, zakupy,
...
Piękna zima na 4 stopnie nam się zrobiła.
Młody śpi przez dzień cały, więc w nocy będą Panie harcowały.
Obiad taki gotowany (każdy swój), realizm, ściągizm.
Five Ease Pieces (1970)
telefonizm i czekamy na przebudzenie. Uprzątnąłem Ci biurko, Ty dokonałaś reszty.
Zrobiłem tabelkę, będzie schematyzacja, zobaczymy, co nas czeka wieczorem.
***
Wieczorem czekało nas matczyne zaśnięcie, które "popilnowałem" do jakiejś 1, przy okazji zabawiając się hi-hatem oraz "more cowbel!".
Quiller w dusty tanieje.




wtorek, 10 lutego 2015

Odcinek z tym dniem!



17 grudnia, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca, właściwie wcale nie ja.

Niby 8 godzin, ale wciąż za mało.
Spadek energetyczny. Słońca brak.
Nie ma nic ciekawego na krążkach.
***
Przypominajka: cieszyć się z książek, których stos zakupiłem i czekają na nas!
***
Nino Rota zrobił świetną robotę w Rzymie (1972).
Musisz przecież obejrzeć ten pokaz!
***
Ano póki pamiętam, po tym strasznym katechizmie, jaki sprawiła mi Ciotka Heine jest całkiem wygadany, cwany, i elegancko plotkuje (= LnŚ, ta ostatnia dotychczas).
***
Zapomniałem, że palma/rondo daje humor i wiadomości. Tak trzymać.
***
A Ty się ruszaj, bo inaczej na balkon.
***
Tak, dzisiaj jest melodia na to: Nino Rota, Amarcord (1973). A jak się widziało, to jeszcze bardziej.
***
John Dankworth — Fathom (1967) $49.99 (dusty)
oczywiście przesada i na pewno nie, ale miło sobie przypomnieć niedawny obraz
= znowu mam zajęcie w krążkach
***
Szybko kronika wypadków miłosnych:
mieliśmy iść do kina (środa!) na film kinowy, kiedy zaczęły się regularnie.
Tato przybywaj.
Ja przybyłem już na zjeżdżająca windę (wcześniej zamknąłem lekko sprawy, gdyby).
Z tobołami najpierw tu (zajęte) (szkoda), potem tam. Tam była mordęga na przyjęciu (witamy w przyjaznej służbie zdrowia w naszym kraju).
Wreszcie zadekowali o 20:54.
Potem chwila zajęć, nie wiadomo, co zrobić, kręcenie się w kółko i "nie denerwuj mnie".
Nagle zrobiło się tuż tuż, egzorcyzmy i opętanie.
Niechybnie się wzruszyłem (czyli coś tam jednak), ale krew mnie nie boli.
Było mega szybko (jakby to zrobił Ace Ventura), pępowina i zabrali.
Gdyby nie ta chwila słabości, to reszta z zamkniętymi, znaczy się otwartymi oczami: mógłbym wyjmować ludziom wątroby i nerki na żywca, byle by nie wierzgali. Ot, fizjologia (o ile nie zdarza się mi, oj zadrapałem się).
22:50
Znowu godzina stania i czekania. Wymiary nie powalają, ale giganci z nas nie są.
Pokazali mi oko smauga z powieką (no mi się podoba), a aparat, chuj, zamknięty.
Szycie, krew, łóżko, kanapki.
Zjedliśmy, bo co było zrobić.
Krótkie info i kazali iść do domu. To idę. Mogli uprzedzić, że mam wziąć plecak ze stelażem na kurtkę, buty itp.
Bus się trafił o 1 (cudownie), a potem pod GB jego trafił szlag (cudownie) (buchało). No to lezę ("w końcu lubisz spacery").
40 minut potem w domu, a tu ktoś mi zajumał laczki.
Włączyłem krążek (a co), uśmiechnąłem się do lustra, lulu i spać.


18 grudnia, czwartek

Odcinek z węflą (nie ja)

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na zapałkach, adrenalinie i telefonach.

Wyrwało po kilku godzinach, "ciotkom" kupiłem starą struclę, pochwaliłem się, pozbierałem pochwały ("ta, ty przywiozłeś") i do roboty.
Nie powiem, wcześniej tak na trzeźwo, ale teraz widzę, że mi się morda śmieje. I to przy obcych.
A potem się zobaczy.
***
No i oczywiście nie doładowałem, więc lecę na innym.
A w domu gary nie pozmywane, więc skupiam się na tych łatwych "zadaniach".
***
W pracy zakańczam już drugi dzień. Jutro pewnie znowu.
Ustaliliśmy alternatywny plan działania, to lecę po tańsze pieluchy.
Znowu z tobołami do domu.
***
Zakupy spożywcze: piwo + czipsy.
Potem na telefonach i esach. Ciepłe parówki zjadłem dopiero o 20.
Maile, newsy, zadania.
Niewiele zrobiłem (gary), ale wyparzone i zapakowane co trzeba.
Zrobiłem przesłuch z soboty, i coś tam z tego się wytnie.
Posłuchałem, przeczytałem i do snu późno oczywiście.
Będzie piątkowe nagrywanie — plan się ułożył.
W sumie sytuacja jest dynamiczna, a ja sądziłem, że w szpitalu to się tylko leży i śpi.
News wieczoru to zlot czytelników 6 gracza, he he he.
***
Dziecko dziecko, co tam dziecko — Rajon Rondo w Dallas!


19 grudnia, piątek

Odcinek z Vreen 4 — dogrywka

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na chwilę przed pępkowym.

"Danny Ainge przeciął ostatnią nić dzielącą go od mistrzowskiego zespołu w 2008 roku".
a ja przeczytałem oczywiście, że odciął pępowinę
***
Znowu wyszykowałem się nawet na weekendową robotę (jakby co), no i zgrzałem się w biznesie ojs.
Wcześniejsze wyjście = będę musiał odrabiać.
***
No i pierwsza wizyta — cacy.
Maślane.
***
Wracam do domu, ogarniam, czekam na Wojta. Wiem, że czasu będzie mało, ale postanawiam się nie martwić.
Akcja z kanarami — zapamiętać.
Z fotelikiem tak se, ale idziemy, kupujemy po 4, siadamy, nagrywam jakieś ścierwa, po czym w końcu dopuszczam do głosu, gramy, pod wpływem piwa mamy wenę, nagrywamy, krzyczymy, jest impreza.
"O jak mi wstyd" — taki numer nam wyszedł.
Prócz tego "nie będzie końca wakacji w tym roku".
W drewutni oczywiście impreza, o północy się zawijamy na kebaba (obiecany/wymarzony), wracamy nocnym, jeszcze przechadzka po lesie.
3 w nocy.
I noga przestała boleć!
Ale jeszcze nie skończyłem, oglądałem (podobno) 2 mecze nba i weryfikowałem, że jednak nie kupię tych płyt dEUS, choć cena spoko.



20 grudnia, sobota

Odcinek z utrudnioną sobotą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na dostawie.

"Czy ojciec zaginął?"
Jakoś o 11 uchyliłem oko. Zjadłem, zrobiłem zakupy, posłuchałem.
Po raz pierwszy do mnie dotarło, że prawie w ogóle nie miałem takich dni w życiu. I że to zupełnie inna para kaloszy. Oczywiście cały czas przeputałem, ale właściwe rzeczy zawiozłem.
Są nerwy i są postępy w kroplach.
***
Dzień na krążkach tak się jakoś zawinął sentymentalnie (jak jestem sam, to mi odbija), więc pojechałem przywitać się z parkiem i wypić mu (sobie) piwo, z obowiązkowym zestawem kaset. Taki hołd.
W domu znowu bujałem się bez sęsu, ale rzeczy z pokoiku wyniosłem. W ramach czasu wolnego zaciągałem usilnie filmy, których nie obejrzę, oraz przeglądałem krążki, które pewnie kupię. Takie nałogi.
Acha, jakoś o 20 w końcu zjadłem ciepłego kurczaka (SMAŻONY!!!!), w tym czasie słuchałem też meczu, który jakoś tak wcześnie był.
Jednak to co nagraliśmy w piątek jest ciut nierówne, ALE — przygoda była.
To był dzień ze wszystkimi krążkami AP na okrągło, a trochę ich już mam.


21 grudnia, niedziela

Odcinek z przygotowaniami

My drogi i Miłościwie Nam Panująca szykujemy się.

Ponieważ poszedłem spać po 2, to i wstałem odpowiednio wcześniej.
W sumie siebie nie poznaję, bo normalnie latałbym w wywieszonym jęzorem, żeby szybko zetrzeć te kurze i usiąść i oglądać cokolwiek, ale nadmiar drobiazgów mnie spowalnia.
Czwartek na adrenalinie i niewypatrzespaniu.
Piątek na wzorze udanego pochlaju wg Wojta.
Zatem sobota i teraz niedziela, to takie kawalerskie życie.
Zdążyłem już wcześniej zauważyć, mam styl matki: używam tylko jednego talerzyka i kubka, wszystko myję od razu po użyciu, a zasadniczo nie chce mi się jeść.
Ponieważ dzisiaj wizyta była pośniadaniowa, więc jak już wróciłem i NIE kupiłem choinki to cały dzień na rauszu.
Sąsiadka odbierze schab i boczek, szpitalne spodnie powiewają na różach.
Dzisiaj dzień spędzam na krążkach 007, A TROCHĘ ICH JUŻ MAM.
Właściwie brakuję mi dwóch ważnych i kilku mniej, i znalazłem wczoraj w dobrej cenie, ale chwilowo mi się nie chce.
Niemniej, moje basy grają świetnie, a trzeszczenia nie słychać z oddali.
W końcu zrobiłem obiad (jednonaczyniożaroodpornowy), fuj: więcej warzyw niż mięsa.
Listwa, śrubki, drożdże, butelki do piwnicy, mam plan, by obejrzeć pełny film i spróbować nie patrzeć na stojący w końcie żyrandol, który czeka na powieszenie.
Dzisiejszy zestaw był świetny (zgodnie z kolejnością cytowania), pora szykować się na popcorn.
***
W kwestii dawania dobrego przykładu dziecku jesteśmy już na dobrej drodze, tylko przeszkadza nam odległość:
"no mówię ci kurwa, że ni widzę tutaj żadnego jebanego pajacyka!"


22 grudnia, poniedziałek

Odcinek z nowym obywatelem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca dostajemy ręcznik od miasta.

Ciężkie wstawanie, i wcale niepotrzebnie tak wcześnie. Zjechany jestem, a przecież to jeszcze nie to. Ale Heine wciąż skrzy i opowiada. Ale że też oni musieli czytać te wszystkie rozległe listy przeciwko sobie i filipiki.
Skoro wcześniej, to załatwiłem telefon, w UM byłem przed 8, a im system się popsuł! Ale pierwszy nr i załatwione. Jedno imię. Ręczniczek od miasta GDN.
***
To dzisiaj będę odbrabiał te godziny.
Obżarty śniadaniem mam tryb na robienie oraz katalogowanie.
***
Blonde Redhead — Barragán (2014)
drugie słuchanie i już mi się podoba, może to jest taki trudniejszy zespół
***
Antarctigo Vespucci — Soulmate Stuff (2014)
taki pop/indie punk jakby coś w stylu "Teenage Dirtbag" Wheatus. Sympatyczne.
***
Foozle — Everything's Casual (2013)
jak wyżej, tylko guitary bardziej lo-fi, więc dla mnie ok
radosna przebojowość, która mi bardzo pasuje, niestety wydali tylko kasetę
już wię! to takie breedersowe
***
Płyta Seana Lennona wcale nie taka be. Kształtne.
Ghost of a Saber Tooth Tiger — Long Gone EP (2014)
***
Hard Girls — Isn't It Worse (2012)
bardzo mi pasuje taka "alternatywa" i świetnie dopasowane wokalnie gitary
***
dzisiaj dużo pada, w normalnych okolicznościach byłby to śnieg
***
Mike Huguenor — Bardamu (2012)
trochę miększe i bardziej proste niż powyższe, melodyka na wysokim poziomie
jest w tym takie emocjonalne gitarowe granie z modest mouse oraz beatlesówa z wczesnego pavement
***
Cold Electrics — Y'know, For Charity (2010) (genre: Alcoholism)
wyrafiniowańsze
***
Roar — I Can't Handle Change
bitelsi oraz beach-boysi, amerykańskie takie, słodkie
***
Let Me Crazy — Contraflow (2011)
ramones wiecznie żywy, w sumie nie wiem, dlaczego to mam
znaczy się, słucha się dobrze
***
Boboso — Life's A Gas (2012)
jedyny hip-hop jakiego mogę słychać
strasznie zabawne
***
Jeff Rosenstock — Summer
też nie wiem, dlaczego to mam — ot american punk
***
***
***
(po dłuuuuugiej przerwie)
ponieważ odrabiałem piątek i poniedziałek, zatem wyszedłem z tyrki o 19, po drodze wizytacja i do domu na noc.
Stanowisko, stara kwarta meczu do snu.


23 grudnia, wtorek

Odcinek z przedświętem bez święta

My drogi i Miłościwie Nam Panująca jak zwykle przelotem (=nic się nie zmienia w tych dniówkach)

Musiałem się wytyrzyć, czyli zakańczanie jak przedurlopowe.

Projektowy stres (=zagrzanie).
Tym razem widzenie wcześniej i w domu wcześniej.
Zmęczenie już wychodziło. Poszwędałem się po mieszkaniu, wypiłem piwa, posłuchałem płyt, zjadłem czipsy, odkryłem www Chrisa Crisci
(http://chriscrisci.weebly.com/recording.html), obejrzałem AP live na yt i poszedłem do snu z filmem, takim pasującym do ostatnio nabytej płyty.




niedziela, 8 lutego 2015

The President's Analyst (1967)



Dokończyłem:
The President's Analyst (1967)
gdzie James Coburn udowadnia swoje zdolności komediowe i wspaniałe uzębienie. Film komediowy, lekki, zbudowany na bardzo miłym pomyśle, ciekawie prowadzony, z komediowym suspensem. Zasadniczo głupi, ale nie kretyński. Kilka scen bardzo zabawnych, muzyka Lalo Schifrin. Średnia półka.

 
 





czwartek, 5 lutego 2015

Odcinek z 40



11 grudnia, czwartek

Odcinek z letką białością

My drogi i Miłościwie Nam Panująca po "Gniewie".

Lubię sobie sprzątnąć zeszłoroczne papiery z biurka. Satysfakcja, że nie wyniosłem ich do archiwum, tylko termin się skończył i siup do kosza.
Wyniki odczytane, pilne sprawy załatwione, można się wziąć do pracy, napić się kawy.
Pewnie za dużo chillu sobie teraz puściłem:
Manuel & The Music of the Mountains — Magic Fountains (1968)
już sama nazwa brzmi niebezpiecznie.
***
Hoover — Lurid Traversal of Route 7 (137 zł/CDandLP
90 zł/amazon)
https://www.polyvinylrecords.com/#product/the_lurid_traversal_of_r
Cloud Nothings
Attack on Memory (90 zł/CDandLP 78 zł/amazon)
Quincy Jones
Big Band Bossa Nova (1964)
Shellac
At Action Park (58 zł/gigant - 78 zł/serpęt)
Today Is The Day (77 zł/amazon)

skreślam z listy, było/minęło
***
Oczywiście też trafiła się zupełnie inna okazja (dusty), z której zamierzam skorzystać (opcja "o ile nie wykupili"), pomijając czekające odwiecznie w kolejce Quiller, Julie oraz Frank.
***
NBAowe zaskoki (skopiowane od Śliwy):
1. Golden State Warriors + Steph Curry + Klay Thompson + Steve Kerr
2. Toronto Raptors + Kyle Lowry
4. Anthony Davis
5. Milwaukee Bucks + Giannis + Kidd + Parker
7. Memphis Grizzlies
8. Demarcus Cousins + Rudy Gay + Kings
9. Jimmy Butler

na nie:
1. Detroit Pistons
3. Kobe Bryant
4. Charlotte Hornets i Lance Stephenson
6. Derrick Rose
8. Chris Bosh
9. New York Knicks
***
4 butelki i do domu.
Dałem Wojtowi Siekierę, a wziąłem gitarę.
Doczytałaś książkę do końca, a ja na głucho zrzuciłem jedne pliki do reapera, a inne do odsłuchania. Co mnie ucieszyło, że znalazłem starsze nagrania (ten worek z 18.5 giga), więc kiedyś na pewno będzie płyta KA z odrzutami.
Przy okazji z bliska miałem winylowy odsłuch i (bez kosza) spokojnie na spoczynek.


12 grudnia, piątek

Odcinek z bez

My drogi i Miłościwie Nam Panująca mamy piątek na nic nie robienie.

Po wczorajszym profesorskim za jedenaście "dwunasta" dzisiaj rano naprawdę mi ulżyło, że te kieszonki robi ten DTP-owiec, a nie tamten. Szykuję się do soboty, więc w kożuszku mam większe wpływ na pokrętło głośności w odpowiednio dobranej kasecie.
Dzisiaj trzeba będzie trochę porobić, ale nie ma kosza, mamy całe wolne.
***
Wygląda, że na dusty było wiele chętnych — no to zaoszczędziłem.
***
Mam coraz bardziej dobre zdanie o Marvinie Hamlischu.
***
Sentymentalne, ciepłe
miasto 1000 gitar — MIDI 2000 total disco
to jest dobry cały materiał na osobną płytę i bardzo pasuje, że jest bez słów.
Miłe przypomnienie WTENCZAS, że mam jeszcze kilka płyt do dokończenia.
***
Słucham
No Age — Re-Imagined An Object (2014)
i nie mam do nikogo wątów, że w tzw. MU-zyce nikt mnie nie rozumie
ja wystarczająco cieszę się z moich nagrań
(ciekawe, czy też zrzut internetowy, to prawda)
***
Ach, przypomniała mi się taka stała praktyka — znajduję nagranie studyjne celowo nagrane lo-fi i wysyłam, pisząc: a oni jak są nagrani!
Bardzo zabawne, bardzo.
***
Blonde Redhead — Barragán (2014)
wolałem jak grali SY
= dobrą płytę mam
(ha, ale dwa miesiące później...)
***
Zgrywałem te pliki na sobotę (ale krócej). Obejrzeliśmy na próbę trudny odcinek „Wiem, kim jesteś” (pozytywnie) oraz na drugą próbę forbrybobry 2 (niepozytywnie, co stawia pod znakiem zapytania dalszą przygodę).

good bye Flint
13 grudnia, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca obchodziliśmy, ale głównie ja.

Wstawanie i jajecznica regularnie.
Być może miałem jakieś przemyślenia, ale głównie plany (a dzisiaj jestem zbyt zmęczony na myślenie).
Pojechałem do starej Oliwy i zachwyciłem się znowu ryneczkiem. Żurawina.
Idę zielonym, rozpoznałem i przeszedłem te największe zapadliska ("kurwa, wspaniale", z tym wielkim wydechem zdyszanego powietrza). W sumie mógłbym tak pół dnia marszować. Z japcokiem.
Zrobiłaś na obiad kotlety.
Spakowany jak niedźwiedź (?) zaniosłem sprzęt do drewutni, dodatkowa trasa do sklepu po piwo i warzywa.
Nie spieszyłem się, a potem były tego skutki.
Granie na perkusji jest jednak trudne, kiedy się nie trenuje.
A gitara trzeszczy.
Po załatwieniu dwóch telefonów i rozczarowaniu, że jednak dzisiaj nie nagram Vreena 4 (po 4 piwach cud, że w ogóle nie zabiłem się o kable), sprawiłem sobie jeden zadowalający numer i następna godzina pakowania.
Efektownie byłoby, gdybym od progu runął nieprzytomny, mówiąc: Kochanie, wróciłem.
Ale nie, dzień jeszcze się nam nie skończył.
Zatem torcik!
I prezenty! Wspaniale, a ja taki niezorganizowany.
I nie wiem na jakim oku, bo z piwem, ale obejrzeliśmy długie:
Gone girl (2014)


które w stylu thrillerów psych z lat 90. podobało Ci się.
To był bardzo długi dzień, ale w większości jestem z niego zadowolony. Bardzo.
Bezkryzysowo.

Thierry Henry odchodzi z New York Red Bulls
14 grudnia, niedziela

Odcinek z po

My drogi i Miłościwie Nam Panująca nie wiemy kiedy spędziliśmy niedzielę.

Kaca miałem dziwnego, bo tylko łeb, bo i się nie wyspałem.
Zrobiliśmy jakieś zakupy.
Zamówiliśmy pizzę (yei!).
Zrobiliśmy ciasto x 2.
A Ty bananowy shake.
Pod obecność wizyty oporządziłem kuchnię.
Sprzedany i spakowany krążek. Nie było netu, było późno, więc obiecane kości z rekordem. Taka gra, to może nam się jeszcze trafi w życiu.


15 grudnia, poniedziałek

Odcinek z ciastowaniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca graliśmy, skoro obiecane.

Wożenie ciast, jedzenie ciast, pakowanie blaszek.
Impreza szybka i bez sentymentów (niektórzy obrażeni).
Newborny czekają, będę używał nowych ścierek i pił whiskey.
***
W środę pójdziemy do kina.
Dokończenie pizzy = niezwykły dodatkowy obiad w domu.
Ostatnie pakowanie krążków z resztek.
Poszwendałem się i zagraliśmy (do późna!), zginąłem i nie zdobyłem K2.
Nie będzie więcej słuchania Mike'a Oldfielda — wywózka.
Ach, ból gardła, zarażam? Zatem w odosobnieniu.
Babeczka z żurawiną.


16 grudnia, wtorek

Odcinek z krótkim pojedynczym

My drogi i Miłościwie Nam Panująca głównie śpimy. A nie, Ty wysyłasz krążki.

Praca jak za "dawnych czasów", do druku i wyżęcie.
3 palmy nieodsłuchane. Szusowałem poniżej:
***
TINY EMPIRES — WEIRD HEADSPACE
nowe/stare emo, dobrze się słucha
(http://quoteunquoterecords.com/qur073.htm)
***
FOOZLE — EVERYTHING'S CASUAL
bardzo młodzieńcze, żywe, ożywe
***
właściwie mogę niemal wszystkiego słuchać stąd:
http://quoteunquoterecords.com/albums.htm
ale zaciągam tylko niektóre
***
Wyjątkowo więcej zawiozłem niż przywiozłem.
Makulatura przebrana, miejsce w szafkach jest na kolejne. Teraz pora na ubranka.
Znowu święta, znowu choinka.
Nie chce mi się, ale się zobaczy.
***
Wróciłem do śpiącego domu i od razu do snu w odosobnieniu.