środa, 11 marca 2015

Village in France / Vincent


Li Fengbai — Village in France (1930-1940), ot, było na artsach, śliczna faktura



Vincent van Gogh — Undergrowth with Two Figures (1890),
(https://www.google.com/culturalinstitute/u/0/asset-viewer/undergrowth-with-two-figures/PgGaehoXTiERQQ?hl=en)
także, ale ze zbliżeniami to przesadzają! nie istnieją takie w naturze:





piątek, 6 marca 2015

Timur Vermes — On wrócił (2012)



ta okładka, cośmy ją widzieli w Mediolanie, w Galerii Wiktora Emmanuela II
po polsku też taką zrobili
ale czyta się świetnie (no nie wiem, po chuj to "ale")
***
dokończyłem Hitlera, bardzo dobre, w połowie się trochę rozpada, ale potem autor, bez zagłębiania się w powagę ładnie zakręcił fabularnie, by końcówkę rozpracować w stylu hollywoodzkiego happy endu, z czego ja również jestem zadowolony, w końcu to farsa miałaby być (i była niemal przez cały czas), być może warto znać (a może przypisy?) dokładniej sytuację polityczną (i telewizyjną) bogatych sąsiadów zza miedzy, ale co tam

tego już oczywiście nie czytałem:

http://alison-2.blogspot.com/2014/02/on-wroci-vermes-timur.html
http://histmag.org/Timur-Vermes-On-wrocil-recenzja-9747
http://krimifantamania.blogspot.de/2012/11/timur-vermes-er-ist-wieder-da-on-znowu.html
http://kultura.newsweek.pl/on-wrocil-timur-vermes-ksiazki-adolf-hitler-iii-rzesza-ii-wojna-swiatowa-historia-newsweek-pl,artykuly,341164,1.html


no dobra, przeczytałem jednak, czasem ktoś to ujął wg mnie:
 
"(...) to książka mocno osadzona w niemieckich realiach. Dla niemieckiego odbiorcy będzie niesamowicie trafna i wnikliwa, dla osoby, którą współczesne Niemcy zupełnie nie interesują, w pewnej mierze stanie się niezrozumiała".
"Innym walorem książki, którego trudno doszukać się w tłumaczeniach, jest język powieści. Timur Vermes doskonale opanował zarówno „język ulicy” jak i niepowtarzalny sposób wypowiadania się dyktatora. Czytanie wypowiedzi mieszkańców Berlina w oryginale to momentami nie lada wyczyn. Zlepek literek w niczym nie przypomina tego, czego człowiek uczył się w szkole, jeśli jednak zaczniemy czytać na głos, szybko zorientujemy się, że to właśnie to, co wokół siebie słyszymy na codzień. Polskie tłumaczenie niestety dalekie jest od tej autentyczności".
reszty lepiej, he he, nie czytać (kobiety) 
(http://alison-2.blogspot.com)

"Jeśli ktoś poszukuje przyjemnej lektury, która pozwoli na oderwanie się od rzeczywistości i spojrzenie na nią w krzywym zwierciadle, powinien sięgnąć po książkę Vermesa". (http://histmag.org)

"Gagów, wynikających z niezrozumienia sedna pewnych zjawisk, jest sporo, i początkowo czyta się to jak ciąg znakomitów kabaretowych skeczy".
"Sposób, w jaki prowadzi czytelnika przez manowce opętanego nienawiścią i megalomanią umysłu, jest brawurowy, ocierający się o geniusz. To najczarniejsza z czarnych satyra, (choć chciałoby się powiedzieć: brunatna)(...)".
(http://krimifantamania.blogspot.de)

tutaj fragmenty wypowiedzi autora, w dobrym stylu, całość do liźnięcia:
"Mój Hitler ma uwieść czytelnika — tłumaczy Vermes. — Ludzie śmieją się, wciągają w opowieść".
"Przy stole Hitler był miły, czarujący dla swoich sekretarek. W powieści Vermesa Hitler również jest ujmujący i zdobywa popularność populistycznymi zagraniami (...)".
(http://kultura.newsweek.pl)

żartów tam co nie miara:
"Jestem zdania, że wcześnie rano powinni pracować tylko piekarze. I naturalnie gestapo. Żeby wyciągać z pościeli bolszewicką hołotę, oczywiście jeśli nie chodzi o bolszewickich piekarzy. Ci o tej porze naturalnie już nie śpią, wtedy gestapo też musi wstać jeszcze wcześniej”.

niemniej, ponadto, miałem przyjemne odczucia związane z odczuciami i megalomańską narcystyczną zajawką chwilą:

"Obudziłem się rano koło wpół do dwunastej rześki i wypoczęty, spożyłem nieduże śniadanie, a potem istotnie postanowiłem poczytać gazety, kioskarz całkiem trafnie to wszystko odgadł. Przed dwoma dniami dostarczono mi także ubrania, tak że mogłem nałożyć coś mniej oficjalnego. To był prosty, ciemny garnitur o klasycznym kroju, do tego dobrałem ciemny kapelusz, wyruszyłem, i od razu ściągałem na siebie daleko mniej spojrzeń. Dzień był słoneczny, promiennie jasny i, jak można się było spodziewać, rześki, jeśli chodzi o temperaturę, a ja czułem się w tym momencie wolny od wszelkich obowiązków i maszerowałem raźnie. Było tak spokojnie, niemal zwyczajnie, a ponieważ wybierałem pasy zieleni i niewielkie parki, więc też nie natykałem się na zbyt wiele rzeczy, które wymagałyby mojej uwagi, poza jakąś szaloną kobietą, która schylała się z widoczną gorliwością, usiłując odkryć ekskrementy swojego spaniela w zbyt długo niekoszonej trawie i zebrać je. (...)
Wśród takich niezbyt wyczerpujących rozważań, całkowicie pogrążony w myślach szedłem spacerkiem do sprzedawcy gazet, niezaczepiany przez nikogo, ledwie albo w ogóle nierozpoznawany, sytuacja wydawała mi się osobliwie znajoma, ale dopiero słowa sklepikarza uzmysłowiły mi, co było tego przyczyną. To ten cudowny nastrój, który aż nazbyt często przeżywałem w początkach swojej aktywności w Monachium (...)
".



Jan Mandijn / Pinkshinyultrablast



Jan Mandijn (or Mandyn) — Burlesque Feast
z trafiania gdzie popadnie w artsach
świetnie się ogląda szczegóły zbliska — jestem fanem
właściwie to miałem nawet myśl, by umieścić to w koszykarzach NBA
https://www.google.com/culturalinstitute/u/0/asset-viewer/burlesque-feast/_QG2vKIHH71JRw?hl=en



Pinkshinyultrablast — Everything Else Matters (2015)
(poprzez SLY weekly vinyl digest)
electro-shoegaze, "These guys are hot as Pamela Anderson in the early 90’s these days, so jump on it A-S-A-P!!!", to w ogóle Ruskie som, bardzo OK
i potwierdzałem to sobie w następnych dniach
natomiast — czy foto nie wygląda lizbońsko? albo wrzeszczańsko?



Odcinek z NBA (styczeń 2015)


Quin Snyder — Utaj Jazz, trener z charyzmą (aczkolwiek wyniki jeszcze nie te, ale podobno zaczyna się era Rudy Goberta

Jameer Nelson = już Denver (i wcale nie twierdzę, że to aktualne)

Jeff Green = Memphis (co wcale nie poprawiło jego występów)


Nate Robinson = Boston (nie było tam grania)

Shumpert plus JR Smith = CAVS (co się okazało dobrym pomysłem, jest gra, jest drużyna — efekt Timofieja)

Tymczasem w Houston... (nieustający temat żartów, aczkolwiek bywa poprawa)



czwartek, 5 marca 2015

Javier Montesol — Calle Alcalá, Madrid, 2012





bez wujka już se człowiek nie poradzi w życiu
(bo to było tak, że znalazłem w artsach, przypadkowo, rozmycie też wyszło przypadkowo, choć wujek nie może się mylić, a w ogóle to jest następna ulica w lewo za Prado, potem idzie się idzie, długo, w górę, aż do placu, po drodze jest jeszcze muzeum sztuk pięknych, no a to ujęcie to pocztówkowe jest)



wtorek, 3 marca 2015

Odcinek z Hotelem Excelsior



23 lutego, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca przeżyliśmy wieczór.

Atakowany wyrzutami sumienia, że nie udało się powysyłać. Kończę książkę jedną. Zaraz będzie następna. WAM przysłało mi szybciutko 4 książki za 50 zeta (przesyłka wtedy gratis), będzie do kolekcji. Zacząłem niedzielny odsłuch dusty, kiedy Ty spałaś, a młody chwilowo był do życia. Chille bardzo ok, ale na razie rewelacją jest:

Cypress Hill — Black Sunday (1993) — Condition: Very Good- $5.99

bo, co prawda wzmak niedomaga, i nie przenosi wszystkiego (stąd nie słychać, że płyta jest zjechana), ale nieźle buja, klasyk
***
Nie powinienem narzekać, Javier Sierra był taki, jaki miał być, w kolejce kolejne atrakcje, młody marudzi, ale przecież pozwala spać. Nie mam dla niego wyrozumiałości, ale przynajmniej go ponaszam.
***
W końcu udało mi się poukładać braki w Goldsmicie, będzie drugi OSS 117, poczytałem pracę, zjadłem ziemniaki i nic mi nie było, i słuchaliśmy Cypress Hill oraz Matta Monro, na wieczór włączyłem drugi odcinek Klossa, ten z Gdańskiem — film polski łatwiej ogarnąć przechadzając się po pokoju, tak zamiast telewizji.



24 lutego, wtorek

Odcinek z dzień jak co dzień

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pożegnaliśmy wagę.

Nie miałem ochoty na przechadzkę, mam ochotę na kotleta (no niestety, jeszcze nie teraz).
Robert Ziębiński, Lech Kurpiewski, 13 po 13. Subiektywny remanent kina, 2012
coś, co bardzo chciałem przeczytać i się teraz bawię, choć nie muszę się zgadzać; zawsze jest dobrze poczytać o filmach
***
martwi mnie ten brak basu w wzmaku, bo to podważa moją przyjemność słuchania krążków
a pojawiło się na przykład w dusty:
Charlotte Gainsbourg — 5:55 (2006) 2LP $26.99
Sebadoh — Soul & Fire/Reject/Sister/Bouquet For A Siren (7-inch) (1993) $4.99
klasyk plus coś, czego nie znam
***
Acha, niezwykła kaseta "Tu mówi Polska", głosy z historii, słucham.
***
Jerry Goldsmith — A Patch of Blue (1965)
ojej, ale delikatniusie
***
Jerry Goldsmith — In Harm's Way (1965)
wojskowo i filmowo się kłania (western na morzu)
ale jest tu troszkę wesołego Goldsmitha — rozrywkowe lata 60. jak Flint
***
Jerry Goldsmith — Morituri (1965)
suspensy i klimaty ściśle związane z treścią filmu, a ten podobno noir, no i z obsadą!
***
powrót pieszy (do pieleszy)
pierwsza kawa
dziecko już nie wytrzymywało, my trochę też, tradycyjne czynności
***
King Crimson — Lizard (1970) (Good+) $7.99
mimo że trzeszczy jak ch, to jednak to był dobry wybór, choćby ze względu na okładkę, jak widziałem to coś z reedycji w mediaM, to aż się skrzywiłem, a to nie dość, że wygląda (teksty), to jeszcze ma czar
***
"Hotel Excelsior" to był trudny odcinek, od biedy udało mi się zrozumieć tok myślenia bohaterów, ale brawa brawa
***
do snu
***
nie lubisz Matta Monro




25 lutego, środa

Odcinek z nowym numerem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca, Ty po ciężkim dniu.

Książkę połykam kartka po kartce, bo z takimi tak trzeba. Dobre przypominajki filmowe.
***
Dzisiaj śniadanie na full wypas + zakusy na IRM.
***
Plateaus — Wasting Time // Translucent Splatter Vinyl LP 10” EP
to się nazywa teraz: soda pop
a to po prostu The Beatles + The Byrds
***
ale świetnie przeputałem pół dnia — WSZYSTKO poumieszczałem
***
Surfer Blood — 1000 Palms // Green & Clear Starburst Vinyl
taki klasyczny alternatywny morriseyowski rock, lata 90.?
***
J Dilla — Donuts // Foil-Numbered 180G Clear Vinyl 2xLP
a to wcale nie jest taka zła muzyka, jak na etykietki
***
JEFF the Brotherhood — Wasted On the Dream // Blue & White Vinyl
posłuchałbym z chęcią
***
Sunbeam Sound Machine — Wonderer // Black 180g Vinyl
fajny dream, psycho, przestrzeń, miękkie perkusje, schowane wokale
bardzo bardzo na czasie
czasem blisko "Sea Change" czy "Mutations"
***
Froth — Bleak // Half Black/Half Pink Vinyl LP (US-version)
o świetnie, tego też bym słuchał
***
Duck Duck Grey Duck — Here Come // Black Vinyl
garażowy biały bluesik z troszkiem garażu Black Keys
***
Ochre — Isolette // Black Vinyl 12” EP / Metallic Finished Jacket
nio nio, takie wykończenia, ale nędzne popierduchy na syntezatorze
***
Operators — EP1 // Half Red Half Black Vinyl
no, electro-rock, ujdzie
***
Helen Earth Band — We Fucking Quit // Black, White & Black/White Vinyl
american rock, nie aż taki kiepski
***
Minor Characters — Voir Dire // Mixed Color Vinyl
no nie wiem, nie mam zdania
***
3 newslettery sly vinyl zaliczone = poczucie dobrze spełnionego obowiązku = zadowolenie
***
musiałem się spieszyć (nie lubię)
zapomniałem o płynie
ale o majonezie i bananach nie
były pyszności:
— rożek waniliowy
— pół bagietki (mniam)
— dwa piwa niemieckie lidlowe
— dwa batoniki kokosowe
— i jeszcze smaczniunie kanapeczki, jak wróciłem
= pełny brzuszek, wspaniale
***
totalna szaroburość krajobrazu, przestronność wśród drzew, nie ma czaru, mało czasu, niemniej i tak było warto, a na próbie ustaliliśmy "White (lazaretto)" oraz poszedł jeden nowy pomysł, który Thurstonowato bardzo mi podszedł
***
w domu straszności, ale krótko byłem, więc skończyło się na kąpieli i opóźnionym do snu, ciut mu pogadałem


26 lutego, czwartek

Odcinek z powrotem przez wro

My drogi i Miłościwie Nam Panująca bawimy się w wybory, a termin?

Mgła dusi krowy, ale nie wygląda spektakularnie na spacerniaku.
***
http://turntablelab.com
Veruca Salt: American Thighs (180g) Vinyl LP
"1994 debut album from Chicago alt rockers remastered"
lab price: $22.95
a ja to znam z młodości = sentyment
***
dusty jednak mi wykupili, a to był śliczny zestaw:

John Barry/Shirley Bassey — Diamonds Are Forever
Crass — Feeding Of The Five Thousand
Sebadoh — Soul & Fire/Reject/Sister/Bouquet For A Siren (pic cover) 7"
Charlotte Gainsbourg — IRM 26.99
Stan Getz — Didn't We

jakoś przeżyję, a Charlotte jest reedycją, więc będzie powszechniej dostępna, a nie za $99.99!
***
O.S.S. 117 — Terror in Tokyo (1966)
Terence Young, tak, ten, napisał scenariusz, więc MUSZĘ obejrzeć, ten tytuł!
***
no bo poza tym:

OSS 117 is not dead (1956)
OSS 117 se déchaîne (OSS 117) (1963)
OSS 117 — Shadow of Evil or Panic in Bangkok (1964)
OSS 117 — Mission for a Killer (1965)
OSS 117 Double agent (1968)
OSS 117 takes a vacation (1970)
***
na razie tylko w przedsprzedaży:
http://burgerrecords.11spot.com/froth-bleak-pre-order.html
a rzeczywiście są wspaniali
***
The Stargazer Lilies — We Are The Dreamers (2012)
z graveface, ale to zwyczajny shoegaze
***
żeby nie było, że tylko narzekam:
siedze se w tyrce, robota leży, a ja słucham nowej muzyki, piję kawę, kul
***
"Póki co, mimo dużego potencjału i silnego składu, te rozgrywki nie były dla nich tak dobre jak oczekiwano. Nadal jednak w playoffach mieli być najgroźniejszym rywalem dla Cleveland Cavaliers… Teraz wszystko wskazuje na to, że po raz czwarty z rzędu przystąpią to tego decydującego etapu sezonu w niepełnym składzie. Aaron Brooks i Kirk Hinrich będą musieli przejąć prowadzenie gry."
= kolejny koniec Rose'a
***
Whirr — Sway (2014)
to jest dobry shoegaze z graveface!
***
Nie zabawiliśmy, tylko od razu na wrzaski do domu. Tradycyjny zestaw czynności, od płaczu po śmiech, bez żadnych atrakcji wieczornych, do snu bez zwłoki.



27 lutego, piątek

Odcinek z prawdziwym piątkiem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca obejrzeliśmy!

Co oznaczało, że jak rzadko się wyspałem. Wszystkie zaległości z tyrki zjedzone, pliki obrobione. Szybka ewaluacja nowych płyt (nie biere), sporo pracy, dobrze wpisane, musiałem się chwilę przemęczyć z systemem, a potem się przemóc, że się nie zdąży przed weekendem z niektórymi (człowiek taki "obowiązkowy"). Dobrze dzisiaj spędzony dzień, palmy odsłuchane, wydalanie już sprawne, czuję się nieźle, naprawdę nieźle. Weekend, co prawda z dzieckiem, ale tym będę się martwił później.
***
Były dwa piwa, był
The Hunger Games: Mockingjay Part 1 (2014)
straszny gniot.
Późno do snu, nawet niby "oglądałem" From Russia with Love, a Wizz przegrali z 76ers, he he.
Zamiast obejrzeć porządny film, uzupełniałem 007 na filmwebie.

Flamandzi zawsze te ładne burgerowe bułki malowali

28 lutego, sobota

Odcinek z hamburgerem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca z niezłą sobotą.

Wstawanie tak se, jajecznica pospiesznie, ale potem zeszło. New Pornographers odsłuch, ok, fajnie. Nawet czytałem Brerę. Matka poszła na spacer, ja zaniosłem wzmaka ("toż to zabytek"), więc nie spodziewam się cudów.
Poszliśmy na sytego hamburgera.
W końcu mogę jeść i to jest główny powód mojego zadowolenia.
Ty pojechałaś na zakupy i po paliwo, sporo dóbr.
Tym razem ja trzymałem wartę z dzieckiem — słabe to było, taki przerywany sen = teraz doceniam Twoją pracę we wszystkie noce.


piątek, 27 lutego 2015

Odcinek z papierem w prążki



16 lutego, poniedziałek

Odcinek z lekarzę

My drogi i Miłościwie Nam Panująca rozpracowujesz smartfoniszcze.

Nowy zwyczaj, kupuję jedzenie (pączuś, owoce) w biedrze, 5 minut przed busem.
No, pięknie, 1,5 h, po śniadaniu, to teraz mogę coś porobić.
***
mam nowe prywatne plany/zadania:
— ściągnąć disco Goldsmitha do końca => wypalić
— opisać zdjęcia parkowe
— na filmwebie pogwiazdkować WSZYSTKIE filmy — nie będzie łatwo
***
Dust From 1000 Years — indie rock / dreamy folk band
to tak po podżeraniu zimnej pizzy i pączusia (nie miał twarożku!)
już 12 — jak ten czas leci
***
Fake Problems — You Blew It! (split) (2013)
z czego to pierwsze to bardzo fajne gitarowe alter indie
***
(a ostatnio wcale nie mam melodii na muzykę, wolę moje expanded)
***
Threadbare — Feeling Older Faster (1994)
taki klasyczny noise, post hc z elementami, miewają Slintowe pajączki oraz metal w stylu Henryka Rolnika
***
Boże jak cudownie słonecznie dzisiaj, a ja mam urlop na piątek (zakraplanie).
***
Poszłem grzecznie (mrozi), 131/75, 51/min, pani mówi, że chyba jakieś sporty trenuję, bo taki niski puls, taa, dźwiganie szklany. Niemniej, galopujących suchotów nie mam, szybki antybiotyk (ha, mogłem wziąć 3 dni wolnego), i całość mnie kosztowała drogą płytę winylową — 78 zeta! jezu
w końcu trza zacząć dbać o się
***
W domu wyjątkowa jajecznica (bo na ciepło) i się rozeszło z dzieckiem, choć bywało w dużej mierze spokojne. Ogólnie standardowo. Do snu nie za wcześnie, acz w sam raz.


17 lutego, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca, a Ty rozgotowałaś ryż przez bioderka.

Dzisiaj przymroziło do -7. Krzyżowcy zakończyli się skomleniem, ot ten etos zachodniej cywilizacji opartej na koneksjach, tytulaturze i pieniądzach. Właściwie odnosząc to do dnia dzisiejszego i porozumienia między Putlerem a Merkelem — wiele się nie zmieniło.
***
Javier Sierra, Mistrz z Prado, 2013
nie spodziewam się, ale papier ładny, a obrazki znam
***
Ganger — Canopy
bardzo przyjemny post-rock w starym stylu
"Late 90's instrumental rock from Glasgow, Scotland. Members went on to form Aereogramme".
***
Georges Garvarentz — Killer Force (1975)
coś z Telly Savalasem na okładce — koniecznie trzeba obejrzeć
***
Ghost To Falco — Like This Forever (2006)
najbardziej oryginalne z wszystkich, post-rock, math-rock, Calla, spokój, klimat, szamanizm (nie od szamania), gitara
***
Z kolei HEALTH — HEALTH (V0) wciąż zaskakują niegłupio.
***
jak już pohałasują te punki, to wracam do Davida Arnolda i oczyma wyobraźni widzę film w pracy
***
Kupiłem 3 papiery, zwiedziłem Gdańsk (ładnie, choć zimno). W domu tradycyjnie, przeciągamy młodego na różnym udawaniu, zaczyna płakać dopiero przed snem. Nie poczytałem.
Zjadłem pop-corn na maśle, nieważne, że ciut spalony. Zawsze jakieś coś.


18 lutego, środa

Odcinek z popielcówą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca podsłuchujesz jak czytam dziecku.

Full za pół ceny z piekarni. Chłodno, ale bezchmurnie, ładnie dnie ostatnio.
Jakoś się oszukałem z busami i nie było spacerniaka.
***
wpiepszyłem wszystkie 3 pączki dzisiaj, i drożdżówkę, ale miałem sporo pracy
***
właśnie, do czego to doszło, słucham Arnolda, szykuję się na kolejny ogląd
***
muszę pochwalić dziecko na udany wieczór, pogadaliśmy, nawet zrobiłem kilka akapitów podczas drzemki, sam też poleżałem, wieczorny zestaw czynności tradycyjny, ale niemal bez wrzasków
dobre kromki z pleśniakiem


19 lutego, czwartek

Odcinek z prawie weekendem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca pracującym wieczorem.

4 stopnie z rana, musiałem zdążyć na poranne szkolenie, książka z wątkiem obrazów słaba, ale ciekawostkami można się zainteresować
***
Horns To The Matador — We Own This Town, Johnny! (2000)
gitarowa alternatywa z dawnych czasów
***
był mini przedweekendzik, co prawda nie śledziłem na bieżąco trade deadline, bo byłem w domu ale "w pracy", w dodatku jeszcze taki niezainteresowany życiem, lecz działo się działo:

"Rok temu było ciut bardziej emocjonująco, ale jeśli dziś mamy pomyśleć, że dealem dnia był Evan Turner za Danny’ego Grangera..."

(picków nie kopiuję)

HEAT: Goran Dragic, Zoran Dragic
SUNS: John Salmons, Danny Granger
PELICANS: Norris Cole, Shawne Williams, Justin Hamilton

PISTONS: Reggie Jackson
THUNDER: Enes Kanter, Kyle Singler, D.J. Augustin, Steve Novak
JAZZ: Kendrick Perkins, Grant Jerrett

SUNS: Brandon Knight, Marcus Thornton, Kendall Marshall
BUCKS: Michael Carter-Williams, Miles Plumlee, Tyler Ennis
CELTICS: Isaiah Thomas
SIXERS: pick

BLAZERS: Arron Afflalo, Alonzo Gee
NUGGETS: Thomas Robinson, Will Barton, Victor Claver

WOLVES: Kevin Garnett
NETS: Thaddeus Young

ROCKETS: K.J. McDaniels
SIXERS: Isaiah Canaan

KINGS: Andre Miller
WIZARDS: Ramon Sessions

PISTONS: Tayshaun Prince
CELTICS: Jonas Jerekbo, Luigi Datone

SIXERS: JaVale McGee
NUGGETS: prawa

KNICKS: Alexey Shved
ROCKETS: Pablo Prigioni

(będzie okazja na foto w nowych koszulkach)

szkoda D.J. Augustina, Isaiah Thomasa, Kevina Garnetta, Andre Millera, a Suns już spadli poza 8, popsuło im się przez głupiego Słoweńca

Wizz ostatnio dostają takie wciry, że dobrze, że nie zajmuję się mocno nba, jak jeszcze podczas urlopu
***
Kiedy jeszcze wypiłem pierwsze pół-piwo (zapowiedź kłopotów) i obejrzałem do końca "Licence to Kill" to był nostalgiczny, ale dobry weekend
zastraszające jest to, że tym razem uznałem, że to jest poważny film (Timothy zawsze był taki), te sensacyjne lata 80/90 w tv w piątek i sobotę wieczorem, do tego rzewna piosenka Patti LaBelle na koniec i już byłem na jednej łopatce
co gorsza, ponownie sięgnąłem do Michaela Kamena następnego dnia
***
potem sraczka o 5:30 i tak przez cały weekend


20 lutego, piątek

Odcinek z siatkówką

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na samotnej opiece zmianowej

Tym razem to badanie oka szybko, spoko.
Nie bawiliśmy się dobrze z młodym i nie miałem czasu na korektę.
Po Twoim powrocie z pracy byliśmy na spacerze w lesie.
Po kleiku ryżowym wybrałem się na kosza — była gra, były emocje, była chwila radości.
Za dobrze się poczułem, było słuchać mamy i nie pić wina.
Tym razem odpuściłem sobie wieczór (zmęczenie).


21 lutego, sobota

Odcinek z powtórką z rozrywki

My drogi i Miłościwie Nam Panująca tym razem robimy pierwsze takie Stogi.

Rano podobnie (mokra koszula), zebraliśmy się w końcu i siup.
Tam chwila po domowemu i po karmieniu długi spacer po lesie, ładnie zrobili okolice Pustego Stawu, nie popsuli.
Dwie paczki przyszły, dusty mega szybko.
Ale było zbyt wiele zajęć z obiadem i dzieckiem, więc też nie porobiłem, ani nie zrelaksowałem się.
Nie będzie zaproszeń własnych.
Po obiedzie i ciastku zebralim się i do domu na kąpiele.
Ty miałaś prawdziwe wychodne, ja zostałem z marudą, nie poczytałem. W końcu przydusiłem go smoczkiem i obejrzeliśmy do końca:

OSS 117: Cairo, Nest of Spies (2006)
pojechane w jednym stylu, ale konsekwentnie, nie mogłem się nie śmiać

dokończyłem "M-rakera", którego przespałem onegdaj, i zacząłem:
Agent for H.A.R.M. (1966)
to będzie kapitalnie zły film, świetnie!

ani stan zdrowia ani nastrój, jak i zmęczenie nie pozwoliły na wieczorne długometrażowe plany (a plan był dobry, bo gdy wróciłaś dziecko spało), tylko siup do łóżka

22 lutego, niedziela

Odcinek z kolejną nowością

My drogi i Miłościwie Nam Panująca długi spacer oruński.

Ranek podobnie. W końcu dostałem wolne na robotę, którą dokończyłem, zebrałem polski film oskarowy (nie jest panoramiczny), pomarudziliśmy i po obiedzie (kaszka kukurydziana) siup w auto.
Spacerowaliśmy powolutku po oryginalnej części parku ponad godzinę, aż do zmierzchu, po czym w gościnę. Trójka dzieci to bardzo dużo. Hałasu.
Suchary kukurydziane zamiast parówek (łeee) i do domu, bo głód.
W sumie on dopadł mnie bardziej (mokra koszulka), ale dojadłem ciastkiem (wspaniale, mogłem), wieczorne czynności i do snu. Życie, takie.