






kawałek plika ze szkicownika. jest sympatycznie. a sobotnie doświadczenia wskazują, że będzie jeszcze lepsiej. więc tak przed "wakacjami". enjoy.
vreen. johann vreen
Usiłowałem pozbierać swoje myśli. Ani jedna nie chciała się przystosować. Każda z nich była inna od drugiej, ale też żadna z nich nie była pełna. Byłem pełen myśli (dodajmy, w znakomitej większości przygnębiających). Zalany byłem mieszanymi uczuciami. Szczerze mówiąc, to krew mnie zalała.
A zaczęło się tak niewinnie. Co ja gadam. Nic z tego co się wydarzyło, nie było niewinne. Wyobraźcie sobie taką sytuację, kiedy po długiej podróży, potwornie zmęczeni całym dniem pracy, życiem i przeżuwaniem przedwczorajszych kanapek z żółtym serem, które żona zrobiła wam na podróż, wracacie spokojnie do domu, nawet z lekkim uczuciem radości, nie koniecznie dlatego, że znowu zobaczycie własną żonę, bardziej z powodu obietnicy rychłego odpoczynku w ciepłej pościeli, z ulicy widzicie zapalone światło w mieszkaniu, które oznajmia wam, że wasza żona jeszcze nie śpi, a jeżeli śpi, to przynajmniej udawała, że czeka na was, a wy cieszycie się, że za chwilę spełni się to, co sobie wymarzyliście. Niekoniecznie seks, mężczyźni wykazują większą aktywność nad ranem, wasza żona już zdążyła się tego nauczyć, po prostu ze spokojem, przytuleni małżeńsko do siebie udacie się na zasłużony spoczynek.
I teraz, wyobraźcie sobie, własnym kluczem otwieracie drzwi od mieszkania, macie trzy komplety kluczy, trzeci dla waszej przyjaciółki (bardziej przyjaciółki waszej żony niż waszej), która podlewa wam kwiaty, kiedy wyjeżdżacie gdzieś na kilka dni, tak więc własnym kluczem dziarsko otwieracie drzwi, by z impetem wpaść do mieszkania i zakrzyknąć ze wszystkich sił w płucach:
— Kochanie, wróciłem! — mimo że już jest po 22 i cisza nocna trwa od dobrych trzech i pół godziny.
Krzyczycie, ale kochanie, czyli wasza żona, nie odpowiada, bo dopiero co przeciera swoje rozespane oczęta, co zauważacie wchodząc do pokoju i kładąc torbę podróżną na krześle. Oprócz waszej żony, która przeciera rozespane, czy zaspane, wszystko jedno — dopiero co się obudziła, oczęta, zauważacie również pana Jacka, czyli kolegę z pracy waszej żony. Pan Jacek nie przeciera swoich oczu, bo wcale nie spał, co więcej, nawet nie czuł się śpiący, bowiem, trudno jest zasnąć przy takiej kobiecie jak wasza żona, o czym wy sami wiecie najlepiej. Chrapie, i tak dalej.
Pan Jacek wyciąga do was dłoń na powitanie i potwierdza, że wasza żona chrapie i tak dalej, na co wy w odpowiedzi strzelacie mu w mordę, aż zatacza się na przeciwległy koniec waszego niedużego „dużego” pokoju. Wasza żona nie reaguje, gdyż dobrze wie, że w takich sytuacjach w ogóle nie ma po co z wami dyskutować, jedynie kiwa z pożałowaniem głową i ubiera duży niebieski szlafrok, zresztą wasz, bo ona swojego nie posiada.
Pytacie się więc pana Jacka, gdy już się pozbierał z podłogi, co on tu do cholery robi, na co on odpowiada, że był niesubordynowany, i złamał obietnicę daną waszej żonie, że wyjdzie przed północą, ale gra komputerowa, tak go wciągnęła, że kompletnie zapomniał o danym przyrzeczeniu. Ponadto stwierdził, że może wyniknąć z tego przezabawna sytuacja, kiedy wy zobaczycie go w waszym mieszkaniu dobrze po północy, na co wy ponownie strzelacie mu w mordę, żeby odechciało mu się podobnych żartów na przyszłość, a pan Jacek zatacza się wiadomo gdzie. Gdy już sytuacja została rozładowana, przyjacielsko żegnacie pana Jacka przepraszając za kłopot i grzecznie idziecie umyć ząbki przed spaniem. Przytuleni z żoną do siebie zasypiacie i dopiero gdzieś nad ranem uświadamiacie sobie, że wy cholera nie macie komputera, ani tym bardziej gier, gdyż okradziono was do szczętu jakieś dwa tygodnie temu. To było opowiadanie o miłości.
Mateusz SuperForce General
ADM. I N I S T R A T l O N




Tegoć tom ja akurat nie chciał. Ale tamtego nieodpowiedniego wieczora ujawnił się mój pseudonim artystyczny.
Mecz już się zaczął. Zawodnicy przygotowywali się do walki, jedni biegali z prawa na lewo, inni wręcz przeciwnie, ale wszyscy mieli pełną świadomość swoich poczynań. Albo przynajmniej tak wyglądali. Ja w każdym razie nie rozumiałem nic. I gdy już przełknąłem gorzkie łzy wstydu i sromotnej porażki, kiedy resztę wieczora chciałem spędzić w swojej samotni, obserwując w telewizorze marki Toshiba biegających z prawa na lewo piłkarzy — ten odmówił posłuszeństwa i pomieszały mu się wszystkie 32 (słownie: trzydzieści dwa) kanały, tak że już nic do cholery nie można było obejrzeć i pogrążyłem się w bezdennej rozpaczy. A mogło być tak przyjemnie! Ten wieczór nie rozpoczął się dobrze. Wszystko przez ten wstyd i tę sromotę, ludzką głupotę i nieodpowiedzialność. Bo czyż można liczyć na ludzką wyrozumiałość!?
Gdyby nie zwierzęca złośliwość Henryka S., ten dzień z pewnością mógłbym zaliczyć do udanych, bo czyż nie można nazwać sukcesem faktu, że po raz pierwszy w życiu udało mi się pocałować Juliannę Grey i to w obecności jej własnej matki? Co prawda trochę się szarpała i nie wiem czemu nie sprawiało jej to przyjemności (przynajmniej nie taką jak mnie), a matka stała za rogiem, więc nie miała kategorycznie żadnej szansy, żeby nas dojrzeć, ale fakt jest faktem, i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Niestety, dalsze wypadki nie toczyły się tak, jakbym sobie tego życzył. Julianna Grey, pomimo że zdobyłem się na taki akt odwagi, przez resztę wieczoru nie spojrzała na mnie ani razu, ani też nie odezwała się słowem, mimo że kilkakrotnie ją nagabywałem i podawałem najlepsze kąski z całej długości stołu. Te oczywiście zjadała, dobre było i to, w ten sposób utwierdzałem w niej pewność, że zawsze, w każdej sytuacji, może na mnie liczyć. To podnoszące na duchu przeświadczenie rychło uległo zahamowaniu w wyniku bestialskiej napaści Henryka S. na mnie samego.
Henryk S. często napadał na swoich gości, często robił to, gdy nikogo nie było w pobliżu i często byli to osobnicy płci męskiej. Kobiet zazwyczaj nie atakował, może brakowało mu odwagi, miewał z nimi jedynie potyczki słowne, jak żesz więc żem się zdziwił, kiedy Henryk S. zaatakował mnie słownie. W dodatku bestialsko. Czyżbym w jego oczach był kobietą? Cóż za niedorzeczny pomysł! Kto, jak kto, ale...
Wyglądało to w ten sposób: Henryk S. zwężał swoje lekko skośne oczy i nachylając się ku środkowi stołu, puszczał w przestrzeń zjadliwe pytanie:
— Johnie W., słyszałem, że po skończeniu studiów zamierzasz zostać noblistą? — jego wąskie usta rozszerzały się w pełnym uśmiechu, tak że odnosiło się wrażenie, że zaraz pękną, a spomiędzy nich wysypie się rząd drobnego, lekko beżowego uzębienia. W tym jednym momencie nie wyglądał uroczo, po za tym zazwyczaj prezentował się bardzo okazale, ogorzała twarz, ciemna karnacja skóry, model zazwyczaj nazywany przystojnym brunetem, potrafiący jednym uśmiechem oczarować każdą kobietę, a na pewno Juliannę Grey. Z tego też powodu nie lubiłem go, choć miałbym dziesięć innych powodów, żeby go lubić. Lecz niestety (czy też może z pożytkiem dla nas) nie dana nam była głębsza przyjaźń, a czasami mocno tego żałowałem.
Gdy tylko umilkło ostatnie słowo Henryka S., rozległy się lekko kpiące uśmieszki, a ja sam znalazłem się w czarnej głębokiej studni, z której nie było wyjścia, a nawet nie mogłem zawołać nikogo do pomocy, gdyż wokół rozciągała się pustka, a wszystkie sępy czekały, aż spadnę na łeb na szyję i rozbiję się u podnóża ogromnej skały. Nie rozbiłem się. Nie wiem jak to się stało, ale nie rozbiłem się, a sępy nie pożarły mego ścierwa, a wątrobę nadal miałem na swoim miejscu.























