poniedziałek, 21 grudnia 2009

pocztówka z wakacji

Nauczony ostatnim doświadczeniem, że coś może się później nie podobać, wrzucam, póki mi się podoba. Muzyki nie obrabiałem, na razie tyle wystarczy. Dodałem obraz, ale bez szczególnej oprawy, jak za pierwszym razem. Ot, wspomnienie z wakacji. Co przy obecnej (wspaniałej!) aurze sprawia wrażenie obrazka z innego świata. Z kolei, jak popatrzeć z tego jednego ujęcia, to ów pływ bardzo pasuje do owej leistości muzyki. Więc gdyby się za to zabrać z dostępem do półprofesjonalnych środków, to właśnie w ten sposób można by zilustrować tę muzykę. Pasuje.

Wciąż nie wiem, jakiej wielkości filmik należy wyeksportować, różne opcje przewidują wielkość pliku od 1 mega (czego nie da się oglądać), do 20 mega (co jest stanowczo za duże). Wybrałem wersję z automatu: “najlepsza możliwa jakość dla 10 Mb”, co nieco zubaża jakość obrazu względem naszego aparatu fotograficznego (ho, ho), ale nie szkodzi na dźwięk masakrycznie (choć wydaje się, że po umieszczeniu w necie straciło mocno, jednak).

Update: wrzuciłem jednak wersję bardzo dużą (PAL) (ale i tak net kompresuje nieładnie dźwięk).

piątek, 18 grudnia 2009

białe żony i polskie piosenki

piątek, 18 grudnia

Noooo. Jest pięknie. Spadł śnieg. -10,5 stopnia.Mam nadzieję, że dotrzyma do jutra, bym mógł po fotografować.
***
Doszliśmy z Wojtem do numerów na dwie gitary elektryczne i trochę to zaczyna wyglądać. Może nawet uda się wyczarować skrzyżowanie Jona Spencera z Black Keys. Na razie rokuje.
***
Lodger (2009) — kryminał taki. Bardziej przypominał seriale policyjne z lat 90. XX wieku. Jak sobie uświadomić, to człowiek się właśnie wychował na takim kinie B rozrywkowym — zabójcze bronie, kim basinger, tom berenger i inne 48 godzin. Przez dziesięciolecia to leciało w tv w ramach piątkowo-sobotniego kina akcji.
***
Ja to się w ogóle dziwię, że ta biała kobieta w ogóle wyszła za mąż za Tigera Woodsa, heh.
***
Ostatnio co odpalam porcast, to zawsze jest jakaś kontrowersyjka:
no bo... polisz rymowanie powinno zostać zakazane, "bez sensu jest nagrywać kolejny track", żeby zacytować autorów. Albo inaczej — każdemu wolno, jak chce, ale jak można się podniecać faktem, że wszystko jest na jedno pianino-rhodesowe kopyto, to jest bez sĘsu.
***
"Island" Kucz/Kulka — przepiękne.
***
Za to Andy — 11 Piosenek (2009) śmieszne. Wielka nadzieja białych. E. No inaczej. Kobiet? Bogactwo tekstów mnie wzrusza, podobnie jak sylabizowanie:
"lecz-spra-wy-pój-dą-źle,
spot-ka-cie-się-w pie-kle"
— czyli parafrazując klasyka "szkoda, że państwo tego nie słyszą".

***
"Czasem wiary w siebie ci brakuje,
lecz po chwili już ją odzyskujesz"
— z archiwum polskiej piosenki: Em, legenda Pruszcza Gdańskiego, z płyty "Taniec skośnookich delfinów.

czwartek, 17 grudnia 2009

Mrozy — miejscowość taka

czwartek, 17 grudnia

Osiem stopni poniżej below. Pierwszy prawdziwy mróz tej jesieni, chłód utrzymuje się już od kilku dni. Ale z nieba pada tylko taki grysik, gdzieniegdzie pobielone. Obniżka nastroju też od kilku dni. Nawet wczorajsze basowanie do ITNON mnie nie rajcowało jak onegdaj. Zaliczyłem poprawkę do "fu fajters", dokończyłem motyw psychodeliczny do "brainstorm" i nawet zajrzałem do "Miasto 1000 Gitar DJ Chaos Hydra" — plumknąłem kilka basików. Brzmienie perkusji (niegdyś tak mi się podobające) już nie zachwyca w związku z tym, co się dzieje na ITNON czy Vreen3.

"Obywatel Milk" — ot, dramat biograficzny. Ja to nawet rozumiem, historia jest wruszająca i opowiadanie jej w sposób formalnie niezwykły mogłoby zabić PRZEKAZ. Zresztą Van Sant ma na swoim koncie nadymane pełnoartystyczne gnioty, których nie da się oglądać, więc mógł trochę zaszaleć w hollywódzkim stylu. Sean Pean — mistrz. Zatem, jeżeli chodzi o TEMAT to kowboje z mountain wygrywają (jeszcze nie ogladałem). Jeżeli chodzi o DOTYKANIE tematu, to "Katyń" jest na bardziej przegranej pozycji (nie ogladałem również).

Josh Brolin — dobra partia — grał ostatnio w W. i oczywiście w "No Country for Old Men".


środa, 16 grudnia 2009

stalaktyty marzeń

środa, 16 grudnia

Byłbym zapomniał o moich pozostałych darczyńcach: od Tomka otrzymałem orzeszki pistacjowe, zaś od Asi płatki miętowe w czekoladzie — pychotka.
***
Spadł taki mini śnieżek. Jest nawet mrozik, więc jakoś to się trzyma.
***
No to wczoraj nawet "popracowałem". Kawa z domowego zaparzacza służy. Napisałem tekst do "ketus death III". Nie było lekko. Ale jest GŁĘBOKI. Użyłem takich sformułowań, jak: "estakady wzruszeń" czy "zza donic woń" (czy jakoś tak). Zapomniałem zastosować "stalaktyty marzeń".
***
London (2005) ogólnie był psychologicznym gniotem, ale zyskiwał formą, faktem, że był rozegrany na dialogach oraz fryzurą Jasona Stathama.

Fred Bongusto i jego muzyka do filmów jest tak retro i taka włoska.

wtorek, 15 grudnia 2009

promocja

wtorek, 15 grudnia

Nie sądziłem, że zrobię to z własnej woli, ale w takim dziwacznym nastroju nawet przyjemność sprawiało mi słuchanie "Wow!-The Magick Fire Music" Jackie-O Motherfucker. W weekend dwa razy podłączyłem się do sieci i odrobiłem dniówkę w relacji meczy nba. Może dlatego poniedziałek był bardziej pusty niż zazwyczaj? W nocy spadło coś w rodzaju śniegu. I taka śniegowo-deszczowa skorupka utrzymała się do rana.
Nie powiem, że nic nie czułem po tym znieczuleniu, ale dałem radę, nie trwało to długo, kiedy pani zaproponowała transakcję wiązaną na drugi ubytek. Trochę mnie zmroziło. Myślałem, że nie starczy mi kasy, ale oferta była świąteczna, więc się skusiłem — dwa za stówkę. I tak musiałem to zrobić. Teraz mam takie dwa płaskie drewniaki wyklepane jak przez dobrego kafara. Do świąt mi przejdzie to dziwne uczucie nieprzystosowania zgryzu.

A potem przygody. Szybciutko do sklepu po znieczulacze — akurat tego nie lubię, jak schodzi znieczulenie. Wychodzę ze sklepu — 162! Podymałem na przystanek, udało się i nawet zdążyłem na umówioną godzinę. U Endriu trochę porządków porobiliśmy, trochę to trwało, bo Endriu lubi od razu nadawać efekty. Dokonaliśmy ustaleń, które przejścia ma skopiować, a które wersje perkusji usunąć. Wstępne plany na smyczki, basy i kontra, harmonijka ustna — a co. Na razie najbardziej podoba mi się ta końcówka bossa novy. Może reszta też jakoś ujdzie.
I straaaasznie późno wróciłem do domu, a następnego dnia bolała mnie głowa. Znieczulenie zadziałało.
***
Jak przeczytałem porcast:
to se pomyślałem, że ktoś mnie kurcze ubiegł ze tym stonerem, jak Bill Callahan z tą swoją płytą. Ale na szczęście nie:

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Kiss Kiss Bang Bang Dorothy Mills!

poniedziałek, 14 grudnia

Jestem dzisiaj w nastroju spanielowego pyska. To dziwne, bo wczoraj czułem się prawie rześko. Ale po kolei. Jak podejrzewałem, impreza w grand hotelu pod żyrandolami Goeringa była bardziej stypą. Jedzenie słabe — ale to wiadomo, impreza dla biedaków — i wcale nie za dużo. Wstydliwy był barszcz z torebek (bądź kartonów) winiary z "uszkami", jakie można nabyć w lidlu. Ale chyba szczytem było ciasto z jakiejś naprawdę kiepskiej cukierni. Kiedy nasz, ostatni, stolik zaczął się rozkręcać, i byliśmy na etapie "bardziej anarchistycznym niż lewicowym" z docinaniem Wojaczkowi, że był pozerem a nie alkholikiem trzeba było się zbierać — bo i transport był. Zanim znalazłem w domu okulary, które w chwilowym zapomnieniu położyłem w nieokreślonym miejscu "walka" Pudziana już się skończyła.
***
Rankiem może nie byłem specjalnie jak młody, ale spokojnie spędziłem jakieś 4 godziny z basem na kolanie. Robota fajna, kiedy włączyłem ścieżkę stopy, naprawdę poczułem, że to do siebie. Jak włączyłem głośniki, to poczułem się gorzej i pomyślałem, że wszyscy powinni słuchać moich nagrań na moich słuchawkach.
***
"Dorothy Mills" całkiem przyzwoitym filmem jest. Być może psychiatrzy siedzą i ryją w kułak, ale kto ich tam wie.

Za to właściwie całą niedzielę spędziliśmy przy garach. Trochę na zakupach. Ja przebiegłem się po ziemniaki. Nie było. Za to dotarły do mnie pierwsze niesmiałe płatki śniegu — to było przyjemne. Pyszczku zrobiło pyszne danie — kulki mięsne w marchewce z dodatkami, w brytfance. Ja z okazji okrągłem rocznicy urodzin (czy w zeszłym roku mówiłem, że teraz już tylko drugie pół?) i faktu, że trochę się wydało upiekłem murzynka z bakaliami, który wyszedł piernikiem. To nic, że się trochę spalił z wierzchu — za rzadko pieczemy, żeby wyczuć ten piekarnik. Ale chyba ciasto cieszyło się wzięciem. I jeszcze ugotowaliśmy i pokroiliśmy warzywa na sałatkę prawie świąteczną, ale nie świąteczną (mniej składników). W prezencie dostałem domowy, ciśnieniowy, czajniczkowy zaparzacz do domowego espresso. Co prawda kawy wychodzi mało, i lepiej nie wlewać zimnego mleka, tylko sobie je zagrzać, ale smak już z tego jest. A wieczorem piliśmy absoluta z paczki. Ha! w johniem są dwie klasyczne szklaneczki na whiskey on the rocks (bez lodu).
Zamiast 007 było "Kiss Kiss Bang Bang" i to był dobry wybór.
Właściwie nie muszę oglądać horrorów, tylko wystarczą mi filmy o kosmosie i mam pełne gacie. Wczoraj widziałem ten o oddalaniu się Księżyca od Ziemi i możliwych dla tejże skutkach braku stabilizującego działania/przyciągania obu ciał niebieskich. Jestem przerażony.
Po wtóre, zachodzę dzisiaj do dentysty, o którym to zdarzeniu udało mi się szczęśliwie przez weekend zapomnieć, i to też mi nie pomaga na nastrój.
***
Gary War — Horribles Parade. Boże co za bełkot. Jeżeli dodam, że recenzję lepiej się czyta niż słucha tej płyty — to jest dopiero zakręt. Dżizas.

piątek, 11 grudnia 2009

podwójny impact

czwartek, 10 grudnia

No proszę, tajemnicze spotkanie w lidlu, a potem wreszcie spokojny wieczór w domu. Teoretycznie miałem się zająć basem, ale zająłem się odsłuchem i za bardzo mi się spodobało. Chyba postąpię wbrew mojej nowej zasadzie i zostawię wstęp do "Brainstrom" tak, jak go zarejestrowałem we wtorek, nawet z pewnymi artefaktami, jakie ostały się po Johnym — brzmi to tak przyjemnie dla mnie, jakby to była najlepsza partia w tym stylu od czasu "elektrycznych zapalniczek".
W końcu zabrałem się za bas. Usiadłem sobie jak paniszcze na pufie. Zaraz, na pufie nie można usiąść jak paniszcze, najwyżej na fotelu. Zatem ja usiadłem jak paniszcze na pufie z basówką, i nastroiłem Jurka ją po bożemu — przynajmniej te sznury od bielizny nie latają, jak są niżej nastrojone. No i taka mini-praca: jak trafić basem w stopę. Da się zrobić raczej.

Wieczorem zaś film, który wciąż nie rozczarowuje i chyba wciąż na topie listy z serii horrorów — nie mam takiej listy, ale raczej absolutny top.

197 komentarzy na marca.com, 52 na sport.pl, co chyba dość wyraźnie świadczy o skali zainteresowania sportem w naszym kraju w ogóle. A to przecież nasi wygrali. Dodatkowo, objętość komentarzy oraz ich zawartość (Hiszpanie) wyraźnie świadczą o przepaści jaka nas dzieli, gdzie u nas dominują krótkie obelgi (tak, tak — w stronę Arki Gdynia) oraz szarpanina, że "to nie Polacy grają". A to myśmy wygrali, czy nie?
Euroliga koszykarzy: Asseco Prokom — Real Madryt 82:76

piątek, 11 grudnia


Spryciarz ze mnie — naciągam Wojta, żeby nagrać demo z nowych 19 pomysłów, a potem z tego wybrać 10 i nagrać ekstra. Wojt już teraz mówi, że ciężko mu będzie coś wyrzucić. Spryciarz — bo sam nie stawiam sobie tak trudnych wyborów, do ITNON "napisałem" jeno 5 numerów, do vreena 3 — 10, nie ma z czego wyrzucać.

Próba przyjemna i owocna, Wojt gra, ja dogrywam motyw na akustyku, nagrywamy i jedziemy dalej. Jeszcze ne czuję takiej ekscytacji, jak w zeszłym roku, ale jak wejdziemy na salę, zaczniemy perkusje i brzęczenia gitar to się zacznie!

Muszę nieco zweryfikować opinię o filmie "Bronson". Oglądaliśmy drugą część i uznałem, że fabuła mnie specjalnie nie interesuje, więc zacząłem dostrzegać inne kwestie: filmowanie, ujęcia, sceny, dopasowanie muzyki do okoliczności. I wyszło mi na to, że jest to takie małe dzieło filmowe. Być może po części złożone z banalnych elementów, ale w całości nadające sznyt zamierzonego artyzmu. Ale zastanawiam się, a propos przyszłego nagrywania zwyczajnych piosenek, jak można zastosować taki inny kąt widzenia/padania kamery na doświadczenia muzyczne. Nie chodzi mi o udziwnianie tradycyjnej zwrotki skomplikowanymi podziałami rytmicznymi i niezwykłymi skalami gitarowymi, ale jak nagrać zwrotkę i mostek do refrenu w taki sposób, by miało to znamię świeżości — przynajmniej w naszym mniemaniu.
Np. z Wojtem mamy bardzo podobne myślenie muzyczne, on zagrał motyw, który roboczo nazwał "sonic division", więc od razu wiedziałem co tam zagrać, nie było co do tego cienia wątpliwości (ot, klasyczna wolniejsza piosenka z solowego Moora). Owszem — można by to przełamać, ale to pasuje tak bardzo, że musi tak być. Więc pozostaje kwestia, jak to zrealizować, aby nie było doszczętnie "nasze" i nie było stricte soniczne, by było złożone z pasujących dźwięków, ale zaskoczyło nas samych.

Więc jeżeli chodzi o mnie, to bohaterowie "Cocaine Cowboys" (2006) mają mnie, jeżeli chodzi o przedsiębiorczość i pomysłowość w biznesie. Szkoda, że te czasy już minęły, może potrzebowaliby redaktora, który robiłby im ulotki albo sprawdzał literówki w dokumentacji?

Dzisiaj wybieramy się na wigilię robotniczą. W zeszłym roku było odjazdowo, sobota była najcięższym dniem w roku, ale za to piąteeeek.... Stało się to (poniekąd) tematem mojej piosenki, w której początek drugiego wersju w refrenie wciąż mi nie pasuje, wydaje się zbyt oczywisty, no i taki wyraz w piosence, ale chyba zostanie.
Zapewne w tym roku, mimo zapowiadanej obecności iluśdziesiąt butelek wina, nie będzie tak fajnie — nic dwa razy się nie zdarza. Ale na wszelki wypadek wziąłem garnitur i krawat — przynajmniej będę wyglądał kulturalnie podczas womitowania.