czwartek, 23 października 2008

cul de sac

Dzisiaj, tradycyjnie w sobotę, pomknąłem do masarni. Właściwie nie było istotnej potrzeby, ot dokupiłem mięso na obiad i trochę na kanapki. Zauważyłem ze smutkiem (ach, te jesienne nastroje), że w wyniku ogólnego zajęcia przepadł mi najpiękniejszy okres jesieni — kolorowe liście na drzewach. Obecnie są w dużej mierze ogołocone. Nawet nie będzie czemu pstrykać fot. Faktem jest, że ostatnio rzadko wychodziliśmy z domu. Wieczory poobiednie spędzam na pracy w plikach.

Można by się zastanowić, czy spis codziennych czynności ma jakiś sens. Już raz taki dokonywałem, a później lektura tego wydawała mi się nużąca. Sęk w tym, iż nie pamiętam, czy to przez codzienne fakty, czy przez nijakie wynurzenia, które poniewczasie stają się płaskie. Ale ponieważ ideą ma być upamiętnienie wydarzeń odbiegających od codziennej harówy, dlatego dla mnie obecnie ważne są te wszystkie drobne chwile, w których mogę przynajmniej poudawać, że robię coś, cokolwiek. Zapewne za lat kilka pozostanie wątpliwosć, czy taka stopa albo taki werbel były ważne. Na razie są, taki werbel nie zdarza się co dzień, jest efektem jakiegoś doświadczenia, pewnego (minimalnego) rozwoju. Chyba jednak lepsze to niż kolejny mecz ligi mistrzów w telewizji — robią się one już zwyczajnie takie same. Takież to więc "kryzysy" mnie dopadają!

Co do efektów obecnej zabawy, to całe przedpołudnie dogrywałem wstawki klawiszowe do pierwszej partii numerów Wojtasa. Sądzę, że brzmienia są trafione, dźwięki wypracowałem po kilku próbach, grunt, że dotyczą tylko drobnych fragmentów, stanowią jedynie urozmaicenie, a nie napieprzają przez cały numer.

Lenistwo zatacza coraz większe obszary życia. W "Lampie" był tekst dotyczący "artystów" i ich "poświęceniu się" sztuce kosztem codziennych czynności, podstawowych, aż do osobistego zarośnienięcia brudem włącznie. Zdarza się. Rano dopadła mnie myśl, że będę musiał poświęcić pół godziny na przygotowanie oraz zjedzenie śniadania i trochę szkoda mi było tego czasu. Na szczęście, poświęciłem się w kwestii śniadania, a nawet obiadu, a nawet (!) obiadu w ciągu tygodnia. Boże, ile mnie to kosztowało! Na szczęście, miałem też czas na zabawę plikami.
Obecnie żyjemy w liberalnym związku, pełnym swobody, więc doprawdy nie mam na co narzekać. Grunt, żeby pilnować dyscypliny podczas chwil wolnych i nie zapuścić się totalnie.


Zatem, wracając do aktywności codziennych, wczoraj mieliśmy pierwszą lekcję hiszpańskiego w nowym sezonie. I od razu dwa zaskoczenia, z naszej grupy zostały 4 i pół osoby, a dokoptowało aż z 8. Po wtóre, część z nich posiada niebagatelną umiejętność świetnej wymowy i sporego słownictwa. Ale ponieważ jesteśmy od większość starsi niemal (lub więcej nawet) o dekadę, ponadto w naszym przypadku nauka ma charakter głównie hobby, dodatkowo jej kolorytu nadaje obecność wyjątkowego nauczyciela jakim jest Luis; stąd w ogóle możemy się nie przejmować naszym niewielkim "stanem posiadania" i po prostu uczestniczyć — w konsekwencji i tak pewnie będziemy jednymi z solidniej uczestniczących i sumiennie przygotowanych na zajęcia, mimo braku stosownych predyspozycji w tym kierunku. Trzecie zaskoczenie: ileż to ci dzisiejsi studenci nawyjeżdżają się za granicę i aktywnie spędzają tam wakacje — ci ludzie miesiącami przebywali na przykład w Hiszpańii. No dla nas okres studiów nigdy nie był tak różową paletą możliwości i atrakcji.

Piątek wieczorem nie był jakoś specjalnie wyzwalający, stąd pewnie miało to wpływ na sobotni poranek. Do snu oglądałem "Efekt motyla" . Kiedyś ten film mi się podobał, zresztą sama idea nie tyle kreowania różnych rozwiązań na zasadzie ręki boga, ale sama hipotetyczna możliwość spędzenia życia na różne sposoby albo rozważanie, jak by się ono potoczyło "gdyby", tudzież kwestia życia "alternatywnego" (albo nawet równoległego) (choć oczywiście nie mam na myśli życia podwójnego: dom + kochanka — to męczące rozdwojenie, niedające satysfakcji) (cuidado por las curvas) są ciekawe. Niestety amerykańskie kino (w większości rozrywka klasy B) proponuje wyświechtane rozwiązania, szablonowy zestaw aktorów i dialogi, które zawsze wszędzie już gdzieś były.

Stąd Polański (w sobotę oglądaliśmy jego "Matnię") wydaje się reżyserem niezwykłym i wyjątkowym. I tak przez większość jego filmów. No może oprócz "nieustraszonych zabójców wampirów", który to film, dla mnie będący błachą parodią (noooo, nie umywa się do klasycznej głupawki w stylu "Nagiej broni" hi hi), jest ceniony przez krytykę i publiczność. Czarno-biała "Matnia" chyba nawet zrobiła na mnie większe wrażenie niż "Wstręt", bowiem nigdy mnie specjalnie nie obchodziły cudze nieszczęścia wyłącznie psychiczne, które uważam za jakąś fiksację i objaw słabości psychicznej (w ramach instytucji będącej wyrocznią, losem czy innym bóstwem właśnie odebraniem rozumu powinienem zostać ukarany w ramach braku podstawowych zasad zrozumienia dla choroby psychicznej). "Matnia" zaś jest fantastycznym przykładem, że wszelkie nieszczęścia, jak i sploty ludzkich dziejów są wyłącznie przez ludzi powodowane do wtóru z nieprzewidzianymi (czysto przypadkowymi) czynnikami losowymi.

Oczywiście łatwo mi tak gaworzyć w dobie w miarę powszechnego bogactwa, sytości i okoliczności politycznych, w jakich przyszło mi żyć. W gruncie rzeczy z okresu stanu wojennego pamiętam tylko drobne niedogodności, zaś wychowanie w socjalizmie wpłynęło na mnie o tyle, że nie miałem okazji uczęszczać do wybitnych szkół i zaprzepaściłem szanse na wykształcenie techniczne bądź administracyjne, ale i nie przykładałem się do rozwoju zawodowego, ani nie kalałem się pracą zawodową na studiach i nie podnosiłem swoich kwalifikacji. Szczęściarz ze mnie, przez 26 lat miałem niezły luz.

Ale jak już postanowiono wcześniej, obecnie najważniejsze jest, że mamy do roboty niecałe pół godziny na piechtę, a po robocie najważniejsze są stopy i werble. Potem zamierzam się zająć wyłącznie spożywaniem piwa i oglądaniem meczy, no może czasem jakiś film.

Sięgnąłem znowu książki "Powstanie 44", kończę ją powolutku weekendami, i na szczęście zostawia we mnie nieodparte wrażenia, ciągnie mnie mocno w zapale czytelniczym. Historie tam przedstawione są niesamowite, i choć stosunek do państw ościennych oraz tzw. sprzymierzeńców mam już od dawna ustalonym, wciąż nie mogę się nadziwić postępowaniom politycznym: książka mocna oddziaływa na mnie emocjonalnie. Wielce ciekawe są fragmenty dotyczące kwestii wypisywanych przez polskich pisarzy na początku nowego ustroju. Pasjonująca lektura.

W sobotni wieczór resztkę czasu straciliśmy na "Zombie Strippers" — koszmarny (w sensie idei) pomysł i striptizerkach zombie: wyglądały okropnie do wtóru "około metalowej" muzy. Twórcy co prawda byli świadomi i zastosowali kilka zabawnych scen (na przykład pożegnanie Meksykanina z własnym osłem [koniem?] przy muzyce "z Alamo"), ale całość wypadła poniżej oczekiwań.


okazało się, że w "Zombie Strippers" "gra" albo występuje Jenna Jameson. No więc nie wyglądała.
Straszny szkieletor z niej (pasuje do zombie). Zdjęcia lepsze.


wtorek, 21 października 2008

Polański on

poniedziałek, 13 października

otonio nadchodzi pełną parą, wczoraj nigdzie nie wychodziliśmy
dzisiaj wyrównało się w robocie
wieczorem zacząłem pracować nad nowym numerem, chcę go trochę podrównać do Blitzen Trapper
później oglądaliśmy "Wstręt" Polańskiego
piękne filmowanie
***
ładny cytat:"Nasze koleżanki nie miały w sobie owej tajemnej grzeszności, która czyni kobietę pociągającą".
(Grzegorz Woźniak, Demonion. Lampa)
wtorek, 14 października
ależ wczoraj na próbie się czułem, jakbym pracował z niezdolnym, mało inteligentnym uczniem, no nie mogłem słuchać, jak Jurek rypie bez wyczucia te partie basu, katastrofalna kwadratoza, ale się przecież nie rozdwoję
Nicolas nagrał partie wokalne, brzmimy w ogóle jak nie kevin arnold, co jest dobrym sygnałem — może
coś z tego będzie do słuchania
wszystko to oznacza, że coraz lepiej się czuję fizycznie, robota zelżała, łokcie zaczynają pracować; przez jakiś czas się obawiałem, że ten ordynus mnie oszukał, bo po 3 tygodniach nadal nie mogłem wyprostować łokci, teraz lewy już mogę, więc idzie do przodu, idzie do przodu — mogę odwołać wizytę kontrolną
w ogóle miałem niezłą żółć, fiolety i sine żyłki na całkiem sporej powierzchni, że też nie zrobiłem foto
środa, 15 października
znowu czarny dzień w polskim futbolu, przegrana 1:2 ze Słowacją, po 2 bramkach straconych w ciągu minuty
na szczęście robiłem numery na spotkanie z Wojtkiem
czwartek, 16 października
wielki odsłuch część druga
siedzieliśmy u Wojtka i szlifowaliśmy, jest oksą melodie, słucha się nieźle
Have a Nice Life - Deathconsciousness (2008)
rzecz tegoroczna, opisana z poszanowaniem, ale po prostu w całości ciężko mi było to wysłuchać
na razie zachowałem sobie Deerhunter — Microcastle (2008), bo jest wybitne, resztę wyrzucam;
przesłuchałem poprzednie Deerhuntery i są strasznie mozolne i wtórne (najbardziej w stosunku do Sonic Youth), nie mogę też znieść tego jazgotu, natomiast na tej płycie sięgneli pięknych brzmień i działających na mnie melodii; znakomicie też skorzystali z dodatkowych efektów — tudzież jest to efekt ich post-produkcji — bajka
moja luba mówi, że jednak nie chciała żadnych gołych bab
ta pani pokazuje się, jak się wpisze "Emanuelle V" Waleriana Borowczyka

piątek, 17 października 2008

paskudny tydzień

czwartek, 9 października
w robocie do późna, nerwy i szaleństwo
piątek, 10 października
w robocie do późna, nerwy i szaleństwo
obejrzałem do końca "The Spy Who Loved Me" — nie pomogło; piszą, że to jeden z najlepszych, ale ja zdecydowanie stawiam na Moonraker
Barbara Bach
rzecz jasna major Amasowa nie wytrzymuje porównania z osobistym pilotem Stromberga

Caroline Munro
wreszcie sobota, przez te nerwówkę obudziłem się wcześniepotem zająłem się pracą twórczą — kolejna piosenka na rozkładówce
wieczorem zaskakujący mecz Polska-Czechy, zaskakujący, bo tak dobrze grającej reprezentacji nie widziałem już dawno, no i wynik: 2:1 dla nas, choć w końcówce znowu trochę nerwów
niedziela spokojna, bez grzybów, w piątek obejrzeliśmy "Dziecko Rosemary", chcieliśmy też "Chinatown", ale cóś głos nie chodzi
zatem padło na film "XXY" argentyńsko-hiszpański o hermafrodycie — mocny film, temat mocny, film niezły, w sumie nieźle skręcony (klimat przygnebienia — tak podobny do polskiego — podobny jak w Bombon El Perro), powiedziałem w domu, że taki film na pewno nie powstałby w Polsce, po czym czytam na formu filmu:

"Zboczony i obrzydliwy!Piszę jeszcze raz, bo jacyś miłośnicy &#$$%^ zgłosili mój wpis do usunięcia:/ Film ten żadnych głębszych treści nie przekazuje poza jednym - kto, komu i jak wsadzi. Reżyser swoje chore fantazje mógł realizować w innym gatunku filmu, a nie w pseudodramacie. Jeszcze jedno, jakaś pokręcona osoba ( odpowiadająca na mój wpis)porównała homo do hetero...Zboczenia i choroby nie można jednak porównywać do normalności - nic tego nie zmieni, nawet tak modna teraz poprawność polityczna i moda. Film o wkładaniu siusiaka drugiemu facetowi nie można nazwać dramatem!"

pozdrowienia dla rodaków!

"The cars that ate Paris" Petera Weira (tak, tego Weira) był co najmniej dziwny; taki horror komediowy z odrobiną makabry, jako żywo przypominający wczesne filmy Petera Jacksona


poniedziałek, 13 października 2008

moje oba łokcie

26 września, piątek

Noooooooo, a potem poszedłem na kosza z roboty, odbiłem się od Kołdysa (jakieś 100 kg i 1,9 m) i spadłem na łokcie.
Cały następny tydzień upłynął mi pod hasłem: "moje oba łokcie".

Piątek wieczorem — nie mogę ich zginać i prostować za wiele — jakieś 60 stopni.

Sobota — opuchli, zginają się tak samo, mogę podnieść paczkę chipsów, kufel z piwem jest straaasznie ciężki, mycie zębów to ciężki ból.
Pojechaliśmy na Stogi, Renia kupiła mi w komórkę na imieniny — Samsung c260? (chyba).
Szwendaliśmy się po lesie w poszukiwaniu grzybów. Coś tam nawet się znalazło. W domciu "star wars: new hope", obiadzik.

Niedziela: powoli się poprawia zasięg ruchu — 90 stopni, zakrzątnąłem się przy śniadaniu — na razie zmywa Renia (farciarz ze mnie). Nawet nie wiem na czym minęła. Zdaje się, że od kilku dni mieliśmy festiwal filmów Carpentera, ale oprócz "Someone's watching me" nic godnego zapamiętania — "Thing" jest niekwestionowanym liderem w jego filmach.

poniedziałek, 29 września
okazuje się, że w pracy trzeba się namachać rękami od cholery — po południu umówiłem się do lekarza POZ, od razu wypisał mi skierowanie do ortopedy, ten ordynus nie chciał mnie przyjąć, ale w końcu zlecił RTG obu łokci — na szczęście mają taki na miejscu (u nas na dzielni byłem)

wtorek, 30 września
pracuję tylko do 12 (ale za tydzień odrabiam te 4 h i pracuję do 20)
RTG ok, tylko ręce nie chcą się ruszać, wizyta kontrolna za 3 tygodnie, do okulisty za miesiąc
próby nie ma — nie pamiętam kto nie mógł
siedzę i rzeźbię w gównie — postanowiłem powyrównywać naszą perkusję do Wojtka — masakra, okazało się, że osłuchaliśmy się z tym, ale nierówno jest jak cholera
to robiłem też w środę, w czwartek wielki odsłuch na kolumnach, przynajmniej efekty pracy słychać, nie ma już powrotu do "naturalnie brzmiącej perkusji" — z dodatkami typu pogłos po prostu brzmi lepiej

piątek, 3 października
odsłuchy i korekcja u Wojtka — 3 numery są prawie ok, na razie odkładamy je na półkę

sobota, 4 października
siedziałem cały dzień na podłodze, ale warto było, 2 numery popchnąłem do przodu, mam coraz nowsze pomysły na brzmienie perki — dzięki temu każdy numer będzie się nieco różnił, więcej przestrzeni wprowadza czytelność do numerów

niedziela, 5 października
zebraliśmy się, i pojechaliśmy na 1,5 godziny do lasu na grzyby na Otomino — niby wszystko przeczesane, a znaleźliśmy sporo podgrzybków typu "zajączki" — w sam raz było do obiadu
oglądaliśmy (jakoś wcześniej) "to nie jest kraj dla starych ludzi" Cohenów — i nie jest to ich najlepszy obraz (czy ja tego już nie pisałem?), początek ekstcytujący, a potem jakoś się wszystko rozwleka
konkludując — filmy, które ostatnio oglądamy (głównie Carpenter) nie zatrzymują nas dłużej niż na czas seansu

poniedziałek, 6 października
w robocie wciąż nerwowo, na tyle, że nawet jak siedziałem do 20, to nie miałem czasu zająć się swoimi sprawami — chała

wtorek, 7 października
próba po dłuższym czasie, przypominanie sobie nowych numerów szło opornie; gra na basie nie sprawiała mi specjalnych dolegliwości bólowych, gorzej z wpinaniem kabli, ustawianiem statywu, zakładaniem gitary, plecaka
wypróbowałem — na razie "na sucho" (bo grałem na basie przecież) mój nowy nabytek:




daje radę, ma moc

na wyraźne zapotrzebowanie mojej lubej wrzucam zdjęcie z dawno zapomnianego kącika — mniam:


piątek, 10 października 2008

przed wielkim nawalem

23 września, wtorek

macham se stopą i czuję jak skarpetka mi jedzie

mamy już jesień, wczoraj byłem u dĘtysty, ale niezbyt się czuję z nową plombą — mam wrażenie jakby mi cała szczęka opierała się na lewym kle (kiele?), nie mogę poczuć całej szczęki "na przetarciu", nici ze zgrzytania

w niedzielę z okazji imienin, obrobiłem na wersje piosenkowe "paradise=nirvana/pixies" i "prezydentów", nawet dołożyłem melodyjne wokale — niezłe hiciory

upiekłem murzynka i kurczaka, ciotka życzyła mi życzenia

ściągam filmy Carpentera, jeden tak rozpakowałem, że 3 giga dysku mi się zwiesiło i ch.. mnie strzela, po prostu dostaję kurwicy ze wścieklizną, z szału mógłbym ten j.... sprzęt roztrzaskać — sęk w tym, że żadnego wirusa nie ma, a zbędny plik nie chce się usunąć

24 września, środa
u Endriusa Michał z Cold Fish nagrał wokal do "bum hops tra la la la", ponieważ jest po angielsku mamy na razie takie pomysły na tytuł: "light on" bądź "I don't know CHUJU are"nagranie brzmi teraz jak U2, dzięki Michałowi będziemy zbierać profity z tej piosenkia z całą pewnością brzmi bardzo popowo i melodyjnie

25 września, czwartek
najpierw kosz z chłopakami, Tomek podwiózł mnie wozem — dostałem w prezencie nowa płytę Columbusa — prawdziwą!

wieczorem poważnie do pracy, wyrównuję już na cacy perkusję do płyty Wojtka — aż jestem ogarnięty szałem, najchętniej bym wziął urlop i tylko obrabiał pliki

26 września, piątek
Columbus Duo, Storm
Płytę właściwie zrobił Irek (choć roli Tomka trudno nie zauważyć) swoimi loops i tapes — coraz lepiej."Mara" jest klasą światową, co więcej - tak jakby pod względem "komercyjnym". Korzystne też — w porównaniu z "hand made" - jest zróżnicowanie realizatorskie.W miarę rozwoju płyty, jest to, że wbrew pierwszemu wrażeniu wcale nie jest taka straszna — melodie są dostrzegalne, obce dźwięki zrobiły kolosalną różnicę w strukturze i nośności
stylistyki (jak np. w "basses", gdzie niemal "robią" cały numer).

W każdym razie jest to "odjazd" (tudzież muzyka eksperymentalna) wysokiej jakościideałem byłoby połączenie morskich i alt-country'owych melodii z pomysłami i realizacją z niniejszej płyty.Pod względem artystycznym to najlepsze dzieło columbusa.

Bardzo podoba mi się "nadruk" płyty cd — natomiast to foto na okładce, choć jest własnoręcznie robioną fotką góry Fuji przez Irka — wyszło niewyraźnie i szarawo.


chyba ktoś wdrukarni skopał, bo sam obrazek przecież ładny

piątek, 26 września 2008

łowca jeleni

sobota, 20 września

i pomyśleć, że 2 lata temu mieliśmy wyprawę kajakową na westerplatte! ciepło, słońce, woda; człowiek nawet się jeszcze opalił
obecnie 9-16 stopni, już nawet uruchomili ogrzewanie

jedziemy na grzyby!

jakoś wstaję o 6:45 (choć wczoraj nagrywanie z Wojtkiem — przy leszkach — oraz "prince of darkness" carpentera), ubrałem się stosownie, coś zjadłem, nawet wypiłem kawę, ok. 7:30 przyjechały Drabenty i pojechaliśmy wozem w stronę Kościerzyny
droga już całkiem znajoma — w zeszłym roku przemierzałem ją dwukrotnie: raz na dwudniowy spływ kajakowy Wdą, drugi raz na pływanie jakchtem, też chyba we wrześniu

jedziemy, jedziemy, właściwie można było się zdrzemnąć, za rondem skręt na Toruń, a potem jeszcze na Juszki i nagle JEB!

ja widziałem tylko brązową plamę, która wyskoczyła z prawej strony, i pękająca szyba wpada do środka, samochód jeszcze zafalował, po czym Adam się zatrzymał; szyba stłuczona, górna część dachu wgnieciona do środka — niezłe dzieło zniszczenia — jelenia nie widać, zapewne uciekł dalej

Adam dostał dachem (jeleniem?) w czoło, było mocno zaczerwienione, krew jedynie na lewej ręce — od styku szyby z kierownicą; Danka na przednim siedzeniu bez strat, ja nawet nie zdążyłem pomyśleć, że coś się dzieje niezwykłego: wydawało się, że jedziemy dosyć szybko, impet zwierzęcia był mocny, całe szczęście, że wóz się szybko zatrzymał — jeździł dalej, za chwilę Adam zjechał na pobocze — narzeka na ból głowy (nic dziwnego, przyjął na czoło jakieś 150 kg), w szoku, nie wie gdzie najpierw dzwonić: więc najpierw znajomy rady z Kolbud z lawetą, potem pogotowie, następnie policja

potem już było nudno, najpierw przyjechała straż (3 osoby), odłączyła akumulator, karetka (4 osoby) zabrała Adama do szpitala na obserwację, zapewne do wieczora tam posiedzi, następnie policja, ale nie ta co trzeba, więc musiała przyjechać inna (łącznie 3, a chyba nawet 4 osoby), był jeszcze leśnik, ale za małym wozem, więc nic nie zrobił

acha, szkolna grzybna wycieczka przekazała, że jednak jeleń się znalazł — był 20 metrów wcześniej, rozłożył się jakieś dwa metry po lewej stronie drogi — kaput
ładne bydle, duże poroże (5 krótkich na drągu — znaczy się 5-latek?), kawał cielska: 3-4 worki cementu; w ogóle śmierdział dzikim zwierzem, zresztą tak też śmierdziało wnętrze samochodu po kolizji, plus komicznie wyglądające strzępki sierści na przedniej szybie i w elementach przedniej obudowy i dachu

na szczęście laweta się sprawiła, łącznie z transportem powrotnym do Kowal, dalej już poszedłem piechotą

i tyle to było na tych grzybach

zbytnią czułością się nie wykazuję (mimo podejrzanych erotycznie snów tej krótszej nocy), no ale grzybów mi nie szkoda, jedynie pokrótce uświadamiam sobie, że prędkość jednak nie była zbyt duża, bo inaczej wóz mógł wraz z pasażerami znaleźć się w zupełnie innej pozycji, okolicznościach i stanie

więc ch.. z grzybami, grunt, że żyjemy

środa, 24 września 2008

El Hombre Con El Revolver De Oro

poniedziałek, 15 września
"Dan in real life" — sympatyczna, dobrze ułożona komedia romantyczna — naprawdę fajnie, bezstresowo i bez poczucia zażenowania się ogladało
wtorek, 16 września
wokale do "słelli" i "sałatki szwedzkiej" u Endriusa
środa, 17 września (radziecki nóż w plecy)
ależ zjebany nastrój pod psem kurwa mam od kliku dniw dodatku pogoda się zjebała — nieustający listopad na koniec tego lata — przygnębiająca aura — niebo całe zaciągnięte, źle to wpływa na samopoczucie
w autobusie zacząłem czytać felietony Głowackiego z czasów PRL — zaskakująco dobre, trafne, przewrotne, o wiele bliższe naszej rzeczywistości, i jakby aktualniejsze po latach niż np. ostatni tomik Allena
mieliśmy próbę, ja grałem na basie, wspólnie z nicolasem i johnym nagraliśmy 4 projektowane pomysły (samba faux pas; paradise=nirvana/pixies; screamdelic 70s; presidents) — na kompa, więc mamy osobne ścieżki — będzie można w tym pogrzebać
nie owijając, jestem na basie tak samo dobry jak na gitarze, he he; z pewnością grając kostką uzyskuję czytelniejsze brzmienie niż buczenie jurka
skończyliśmy późno, przekładamy próby na wtorki
czwartek, 18 września
wyjątkowo wolne popołudnie, nagrałem tylko linijki tekstu po hiszpańsku do "she knows" Wojtka, które napisał mi Swoboda Młodszy — odpisał, że sylabizowanie dobre
i Lech i Wisła przegrały swoje pierwsze mecze na wyjeździe, ale nie oglądałem tego, lecz "El Hombre Con El Revolver De Oro", napisy hiszpańskie mocno się przesuwały, co w konsekwencji nie sprawiło mi uzdrawiającego relaksu
Britt Ekland (goodnight) w bikini może być
ale oczywiście Maud Adams jako Andrea Anders jest lepsiejsza

ale wygrywa chyba lokalizacja filmu + biuro MI6 we wraku okrętu

ponadto w nocy się obudziłem, przy okazji śniąc starą, małą kuchnię Cioci Mani (i wujka "Gładka") z Zielińskich na ulicy Rybaki Górne
prawa ręka pozwoliła mi zasnąć
na szczęście "jeszcze wpierdol i już wakacje" = piątek i już weekend, uff