środa, 4 majaW robocie człowiek od razu czuje się na swoim miejscu. Nie było lekko. Z mojego stanu osobowego (5 osób) zjawiło się dwie i pół i jakoś trzeba było te dziury łatać. Z perspektywy kilku dni jestem z siebie zadowolony. ***Na próbie tym razem szatany były za ścianą, ja byłem raczej obok, ale usłyszałem wiele rzeczy — było o czym opowiadać. ***Czy to tego wieczoru oglądaliśmy Jamiroquaia i podziwialiśmy jego dresy?
czwartek, 5 majaNo, smacznie. "She's a dollar". Nie wiem, czy to będzie nową świecką tradycją, ale na perkę znowu zakładam pogłos dr room, co sprawia, że nie jest tak bliziutko, jak dotychczas bywało. Kręciłem trochę stopę, bas wycięty, niedużo góry, takie chlapnięcie. Ponownie zawęziłem panoramę, co w połączeniu z pogłosem inaczej ustala przestrzeń. Beczki wycięte ładnie.***Talented Mr. Ripley (1999). Tak, dopiero teraz. Z cyklu: obrazki z Rzymu. Wypasiona jakość. Obsada daje radę. Gwyneth nigdy mi się nie podobała. Co do "amanctwa" Jude'a — nie jestem przekonany. Jak mu się oczy błyszczą, to coś w sobie ma. Philip Seymour Hoffman jak zwykle odrażający. Damon tradycyjnie nieładny. I te jego szczękozęby! Parafrazując znakomity komentarz: "Dziwię się Mattowi, że zagrał geja".
Znany bardziej jako zbieg z Alcatraz. Fantastycznie nakręcone. Po prostu Lee Marvin. Marvin wystarczy, żeby był na ekranie. Do tego jeszcze Angie Dickinson, co do której zawsze istniały podejrzenia, że wygląda extra.
poniedziałek, 2 majaSzkoda było marnować dnia na urlop. Gdyby nie robota, w robocie byłoby całkiem całkiem. Choć i tak było fajnie. Mało luda. ***Skoro poniedziałek = Endrius. Pyszczku mówi, że jak teraz nie będę tak regularnie jeździł (skończyliśmy miksy), to jakoś tak w planie tygodnia to nie będzie pasować. Wszystko poszło gładko. List przebojów nie będzie. Ale płyta chyba fajna. No i miałem wrócić wcześnie do domu, a tu dupa.***Popełniłem błąd, iż celowo nie chciałem znać wyników meczy. (w końcu szykowałem się na wieczór). I wszystko ch..! Już podczas oglądania pierwszego sprawozdawcy nie omieszkali przekazać "huge zwycięstwo Memphis". Super. A potem Boston sromotnie przerypali z Miami i wcale nie wyglądają dobrze. Byłem straaaasznie zawiedziony. Zachciało się powrotu do emocji z młodości — to proszę. To już nie na moje nerwy. Za stary jestem na to. I do 3 zeszło.
wtorek, 3 majaWskutek dnia/wieczoru poprzedniego miałem cichy dzień. Chyba nawet czytałem książkę. Ho-ho. "Zapomniana rewolucja. Grecka myśl naukowa a nauka nowoczesna" Lucio Russo. Co najmniej zaskakujące. Elementy nauki, filozofii i metodologii omijam (to 90% książki), ale historycznie jest to bardzo zajmujące. W całkiem nieprzekonującym filmie "Agora" można przez mgłę dostrzec delikatną sugestię o bogactwie i zapleczu naukowym "Grecji przed Grecją".
Naked Jungle (1954). Nawet urocza technika nakładkowa (fotomontaż, jak się kiedyś mawiało) nie ożywia tego drewnianego filmu. Charlton Heston chyba urodził się Mojżeszem. Drewnianym Mojżeszem. Stylistyka tego obrazu jest staroświecka, a jedynym elementem zabawowym był portugalski dubbing. Eleanor Parker wygląda zjawiskowo, choć można jej dać więcej lat niż w rzeczywistości.
sobota, 30 kwietniaPiwo kupione, można jechać na majówkę. Na początek cotygodniowa partyjka Caylusa.niedziela, 31 kwietniaZbyt długi czas oczekiwania. Zbyt mocno wiało. Zbyt krótki spacer. Zbyt długo kiełbaski się piekły. A ponadto bez zmian. Przez chwilę, podczas schodzącego nad czubki brzóz słońca, miałem chwilę absolutu. A piliśmy piwo.
Ponownie. Bo niemal w każdym momencie zaskoczył moje przyzwyczajenia "czytelnicze". Bo Wanda.
Franca Marzi. Fest babeczka. Festiwal gry aktorskiej i mistrzostwa scen, jedna po drugiej. Wanda świetnie wygląda i ma absolutnie współczesną fryzurę.
Spoiler (ten głos "rozsądku" to ja):— Myślisz, że ten ją też przerobi na 40 tysi?— Dziee tam. Na więcej.— Teraz jak tak powiedziałeś, to się boję, że jej to zrobi.— Od razu widać, że to oszust, szarlatan, kłamca i łgarz.— Jak jej to zrobi, to chyba nie wytrzymam.
A Wanda chyba jako jedyna miała naturalnie zrobione brwi. W sensie kształtu i kierunku.
Wandy niemal nie ma w necie. Robiąc screeny uświadomiłem sobie, że obejrzenie tego filmu było takie "lekkie" ze względu na kompletny brak oczekiwań. No i niezwykłość obrazu budowała go ze sceny na scenę. Teraz, bezpośrednio, nie mógłbym go obejrzeć po raz drugi. A na pewno bym się poryczał.
piątek, 29 kwietniaCh... tam. Tydzień wcale nie wyglądał na krótszy.***Play-off time. I od razu na dzień dobry 5/25 (rzuć pan cegłę), 4 przechwyty, ale 7 strat, 3 zb., 8 as., ale za to w humorze. Porobiłem sobie kółeczka jak szatan (= jeździec bez głowy), podotykałem się z chłopakami. Otarcia, obicia, odrapania, ale obyło się bez ofiar. Byłem jak buldog i skała. Jednocześnie. Jak 60 kg skały. Heh.
Chyba nie trafiłem ani jednej pary I rundy. Dwa zaskoczenia in+: 4-0 Bostonu i wakacje Orlando (dobrze wam tak). In-: szkoda Spurs. 4 mecz LAL-NOH (z odtworzenia) był ekscytujący, tyle, że tego wieczora do mnie nie trafiał. Raczej na smutno. Chociaż wciąż warto oglądać.
Dopiero Auric Goldfinger mi nieco pomógł. Może nawet za bardzo, bo do 3.
Chairman (1969). Gregory Peck jako brytyjski agent niemal w środku kulturalnej rewolucji? To nie mogło się udać. Pod koniec rzekłem, że brakuje mi seksu i strzelaniny. W złym momencie. Zaczęli strzelać. Nie za bardzo było na kim oko zawiesić. Ponadto wujaszek Peck! Przecież nawet Pameli Anderson Lee by nie skrzywdził. I do tego muzyka Goldsmitha. Gość zupełnie nie ma wyczucia. Czy ja ujawniłem skrywaną niechęć doń? Naprawdę nie wiem, jak to to się stało, że wyszedł mu "Alien". Chyba go podmienili. Taki krzesłowy ten film. Sorry Gregory.
sobota, 23 kwietniaZawsze jednak coś tam trzeba było zmajstrować. I dzień minął. Uznajmy, że najlepszym elementem było odcedzenie wina jabłkowego. Lekkie. Ale smaczne.***niedziela, 24 kwietniaŚwięta. Wybraliśmy się na dłuuugi spacer znanym kółeczkiem: prawie Jankowo-Otomino-Szadółki-dom. Pogoda dopisała. Ubranie stosowne.poniedziałek, 25 kwietniaŚwięta. Wybraliśmy się na krótszy spacer nieznanym kółeczkiem. Ekscytująco. Survival. Pomoczone buty. Podmokłe tereny. Wiejscy mordercy (na szczęście było za dnia). I widok. Widok! Jeszcze nas tam nie było.