poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Nowe Książki 2/2016 supl.


zaczynam od tego, bo łatwo poszło
poszerzyłem skalę długopisu
powinienem dać legendę, ale
jestem ciekaw, czy za jakiś czas sam będę wiedział, o co cho
twórcom oczywiście gratulujemy





piątek, 15 kwietnia 2016

OSS 117 — Mission to Tokyo (1966)



jest rasowo, jest dobrze, schemat dopracowany, są nowe egzotyczne lokalizacje, muzyka powraca i jest do zapamiętania, Frederick Stafford bardzo dobrze
ależ znaleźli wielkiego Japońca!
i ładnie, że dopiero w połowie filmu pojawia się pierwsze odkrycie kart
ponadto fabuła jest poważna (z uwzględnieniem), począwszy od eksplozywnego intro (jak "Quantum") akcja gęsta, pełna napięć, aż do samego końca, że zabrakło im czasu na pełne zakończenie, co wcale nie szkodzi, taka forma jest jeszcze bardziej "meta"
Frederick wypadł bardzo dobrze (powtarzam się), przygotowany fizycznie i aktorsko do roli
jakoś nie zaznaczyłem tego za bardzo w screenach, ale jest tam wiele ujęć "starej Japonii", uliczki, pochyłe chodniki, domki, "stary Pekin"
kolejny z tej serii, wypada, że im wcześniej, tym lepiej, znakomity obraz

 

http://permissiontokill.com/blog/2010/03/25/oss-117-terror-in-tokyo-1966/
http://doubleosection.blogspot.com/2010/05/dvd-review-oss-117-terror-in-tokyo-aka.html
http://doubleosection.blogspot.com/2010/05/oss-117-introduction-so-who-or-what-is.html


 
 




Edmund Niziurski — Największa przygoda Bąbla i Syfona (1999)



zaczytywałem się z zachłystnięciem i przeskakiwałem wyrazy
akcja!
szkoła już nie taka czysta, choć i tak obraz wygładzony i w technikolorze 60s
ktoś wspominał, że nie lubię fabuł?
i zarzekam się — nie lubię kryminałów!



Literatura na Świecie nr 01-02/2016



Albert Cohen: O bracia moi, ludzie
no właśnie, podpasowało mi pod nastrój, nie żebym miał czytać w przyszłości, ale świetne zrobione, (Marsylia!)

Albert Cohen / Jacques Buenzod: "Jestem łucznikiem, który strzela w ciemności" (rozmowa)
jest w tym pewna naiwność (i przekonania)

Krzysztof Umiński: Piękna katastrofa
ładnie wytłumaczone

Louis Scutenaire: Teksty automatyczne,
przeł. Tomasz Swoboda
jednak zbyt automatyczne i zbyt surreal

Louis Scutenaire: Moje zapisy (1943-1944)
szał i poezja codzienności, albo proza życia

Alain Delaunois: Zapisy Scutenaire’a
przeł. Tomasz Swoboda
a teraz bardzo ładnie wytłumaczone

Louis Scutenaire: Moje zapisy (1945-1963)
jw.

Paul Nougé: Lustrzany pokój
o cyckach

Marc Quaghebeur: Paul Nougé: widoczne i zakryte
przeł. Tomasz Swoboda
oraz tłumaczenie, ten z tych zaangażowanych, oczywiście komuch

Gellu Naum: Vasco da Gama
surreal w malarstwie tak, w poezji nie

Jakub Kornhauser: "Vasco da Gama" jako poemat surrealistyczny
dobrze, mimo że Rumun

Gherasim Luca: Bierny wampir
niedobrze

Gherasim Luca: Prozy
ciut lepiej

Petre Răileanu: Ontopoetyka albo głos transsurrealizmu
wytłumaczenie ok

Gherasim Luca: Wynalazca miłości
się przyzwyczaiłem

David Gascoyne: Wiersze
e-e

David Gascoyne: Śmierć odkrywcy
proza! wciągające!

David Gascoyne: Wiersze
e-e

David Gascoyne / Lucien Jenkins: Układność i ekstremizm (rozmowa)
ciekawa

David Gascoyne: Prozy
nieźlej, poważka

Brian Merrikin Hill: Przezroczyste lustro
najlepsze z tegoż, aż czytałem z powagą i zrozumieniem

Edward Balcerzan: Przekład-laboratorium. Julian Przyboś tłumaczy Pawła Tyczynę (o nich dzisiaj)
dobra ciekawostka, choć naciągana

Andrzej Kopacki: Co i jak
(?)
Adam Lipszyc: Ale szczęśliwy nie jestem
Katarzyna Bojarska: Czas popiołów
dwa razy, podobnie nieco, z dozą szydery, o książce/dzienniczkach/listach germańskiej kobiety z żydowskim najemnikiem

Jerzy Jarniewicz: Odwołany wieczór autorski. Zdzisław Jaskuła
tribute, barwny



czwartek, 14 kwietnia 2016

28–31.03.2016



28 marca, poniedziałek

zatę Żono ma

nie było lania wody, bo nie, jakoś tam rano przeżyliśmy, chociaż już od rana humory były kwasowate, na Stogach to się specjalnie nie poprawiło (święta święta), ale przynajmniej byłem na spacerze i chill
***
dziecko nam zasnęło w aucie, ale przez resztę dnia na Stogach było ok, tylko w domu zaszalało
Mama napracowała się z królikiem w winie (oraz z babką piaskową), ale pewnie wysiłek tego nie warty, zrobiło się ciepło i słonecznie (i tu i tam), na spacerze poczułem, że to pierwszy dzień wiosny
nie było poprawki z piwem, więc wytrzeźwiałem, pojechaliśmy do domu, dziecko znowu zasnęło w aucie (po czym było rozbite)
***
poprawiło mu się w kąpieli, potem już zasypianie, nieco krótsze, do 20:40
zabrałem się za tę okładkę i wypalenie prawdziwego audio (hah, kiedy to było!)
zasypialiśmy przy dźwiękach płyty, w higienicznej porze


29 marca, wtorek

zatę Żono ma

przytkało mnie mailami i zadaniami, że nawet nie miałem chwili dla siebie
i tak zeszło do ostatniego tchnienia
***
okładka (foto) do poprawy, ale płyta wysłana, a Mama w domu jak martwy człowiek, one, te matki, ta mają
w końcu po nerwach i krzykach dziecko wróciło do wersji trenowalnej, można było normalnie kąpać i kłaść spać, udało się do 20:15
wypaliwszy mp3 zrobiłem sobie miejsce na lapsie, poprawiłem okładki i już nie starczyło wolnego na kawałek spy-filmu
Mama pracuje (dla mnie też), a tenże tyle zarabia, a nie starcza mu na kuchenkę, karygodne!, do snu


30 marca, środa

zatę Żono ma

święta święta chuj
już dawno po
lecimy
***
dzisiaj nie będzie próby (Johny, auto) i w związku z tym najebki
więc ponownie lecimy
zbliża się koniec marca, a tu trzeba publikować pisma, jest grubo, ale co ja mogę na to poradzić, mam załatwiać
***
dużo dużo dużo dużo Sinatry
w nba niewiele ciekawego, a w płytach to już w ogóle
ale pożarłem resztę świątecznej sałatki (pycha takie dwa razy w roku) i ogólnie zdrowo odżywiony, choć z jedzeniem nie przesadzony
***
ach, dokończyłem zabawianie się
The Wacky World of James Tont (1966) DVD
***
przeszedłem się przez sklep i park, mamy dużo bananów, wzruszeń nie było, wciąż się zapominam, że warzywa/owoce mogę kupować na taniej Dolnej
tymczasem może jeszcze nie wiosna, ale w związku z wilgocią i lekkim niegroźnym opadem całość wyglądała przejrzyście i ostro, park w HD
***
dziecko wciąż jest groźne, tym razem byliśmy na spacerze w ogrodzie, podjadłem
wróciliśmy do domu na wieczorne bez kąpieli, zasypianie trwało długo, niemal sam zasnąłem
***
okazało się, że zupełnie zapomniałem o miesięcznicy/rocznicy
ładne kwiatki
pffff pfffff
***
tak mnie naszła refleksja, w tym całym myśleniu o życiu, na które nie mam czasu (ani na myślenie ani na życie), że za kolejnym numerem pisma będzie następny, każdy bardziej wyżyłowany, to poczucie obowiązku nie pozwalające mi grać w piłkarzyki, bo robota czeka, jest kiepskim zobowiązaniem i szkodzi mi najbardziej, ona zawsze czeka
a jak już mam chill, to przecież nie po to by planować zagrania życiowe, tylko żeby odpoczywać, jak znaleźć wyjście z tej piwnicy? jeszcze tyle szczurzych kup do wymiecenia
***
do snu pół godziny filmu, jednego z tych kiepskich, najbardziej kiepskich


31 marca, czwartek

zatę Żono ma

poranny bus się wyhaczył, pojechałem następny, spacerniak
jest słońce, jest wiosna, lepiężniki różowe w coraz większej krasie, tutaj też rosną włoski, kępki nowej trawy (podobne zaobserwowane wczoraj w parku oraz na kaponierze)
***
czytam tę staroświecką książkę i podobne uczucie podekscytowania miałem przy "Hrabim Monte Christo", czyli stary pop, a jaki zajmujący
***
zaraz ruszam do boju (i wkurwu)
chyba dlatego w tyrce częściej mi lata powieka, lewa
***
w domu zaliczyłem mini epizod wychowawczy, bo był straszny dramat z hałaśliwą miaszynką do mielenia mięsa
a nie/pasztet wyszedł przepyszny!
***
jeszcze nadmienię, że poświąteczne zostałe ciasta są wspaniałe i sycące, ja zaś na obiad nr 2 machnąłem polentę odsmażaną z upieczonym boczkiem, wow
***
i wszystko się szybko zbiegło (jak nie gacie), po wieczornym i po zasypianiu (20:15) człowiek ledwo się ogarnął i zasiadł do wpisywania kwitów, co nie szło szczęśliwie
przynajmniej trochę muzyki nowej posłuchałem (nic nowego)
skończyłem przy piwie po 22 i już trzeba było do wyra
mam wrażenie, że się miotałem, a nie wyspałem




środa, 13 kwietnia 2016

21–27.03.2016



21 marca, poniedziałek

zatę Żono ma

strasznie dużo dzisiaj pracowałem (a gardło boli), że czuję się już zmęczony
***
w nocy skupiałem się głównie na tym, by połknąć całą wydzielinę z nosa, która drażniła tylną ścianę mojego gardła, nie nazwałbym tego spaniem
***
czytam nowy zaprenumerowany magazyn, być może żadnej z opisywanych tam książek nigdy nie przeczytam i nigdy nie będą mi potrzebne, ale głupie to nie jest, mogę czytać szybciej i mniej uważnie i nie wszystko, przez rok się zobaczy, zwłaszcza że jestem na bieżąco z LnŚ, a tego są 3 numery w jednej paczce, szkoda że gęsty i mały druk, chociaż papier i skład jest ok
***
zakupy w lokalnym lewim zrobione że hej, grube, gift dla mamy, pietruszka (acha, zlikwidowali dolną biedrę, przeniosła się do nieistniejącego dyskontu, zamiast niegdysiejszego bomi, na pętli Platynowa)
***
ciekawostka, czy będę jedynym widzem na seansie?
***
być może majówkowy spacer będzie na działkę na wro (Piotr dzwonił)
"co nowego u Antoniego?" — okazuje się, że już dobrze, czyli jestem niejako wujkiem
***
niestety nie było chillu przed końcem, tyrałem i tyrałem
za to była mała pizza barbados w przejściówce parkowej (prawie byłem na górce), szara dzisiaj pogoda, siąpiło, ale nastrój dobry, pizza też
***
więc przez wro wróciliśmy tylko szybko do domu, zmieniłem buty z tych nowszych, które obtarły mi pięty i siup na granie, tym razem bez Juliusza, waliłem solówki, próba ogólnie udana, nabrałem herbat na powrocie, przydałoby się więcej piwa i więcej czasu, ale to nie te czasy
***
czy telewizja?
czy wspólny pit?
czy jeszcze coś do rozważenia przed snem?


22 marca, wtorek

zatę Żono ma

ciut krócej, ale spałem dobrze, gardlox nic nie mówił, może piwo mi mówiło
poniedziałkowe nastroje nie szkodziły, ani nie dołowały, chyba na powrocie słuchałem sobie umpy po prostu (miast tego stonera)
rano znowu do drzwi odprowadzała mnie rodzina — dzisiaj kupuję płytę na matkę
czytanie magazynu o książkach ma tę zaletę, że prócz rzadkich przykładów, niweluje to konieczność czytania blogów z "recenzjami" i pozwoli więcej skreślać niż przymuszać do konieczności przeczytania jeszcze czegoś
***
poranny spacerniak dzielnie, mus to mus
***
chyba wróciłem do domu, a Mama po całym dniu była zadowolona
chleb i pączki
***
dziecko weszło w pełnym rynsztunku do wanienki z wodą, czyli chyba jednak nie tak jak powinno
wieczorne i zasypianie dobrze i szybko
***
przygotowałem okładkę (nieprawidłowo), oraz fakt, że nie kupiłem właściwej płyty spowodował, że dokończyłem film
OSS 117 se dechaine (1963)
a następnie kawałek meczu do snu, 21:45, bo się oczka skleiły


23 marca, środa

zatę Żono ma

tyle było zajęć, że zapomniałem o wtorku, i owszem, szykowałem się na wieczorny pochlej i najebkę (były)
niemniej, tak się natyrałem, że nawet 20 minut relaksu przed wyjściem nie wystarczyło
natłok zajęć (jak i pączuś) spowodowały, że musli zjadłem dopiero przed wyjściem, skończyłem pietruszkę, więc kupiłem królika => do zamrażarki
***
wyjątkowo, choć wyszło zaskakująco, z powodu Johnego nie musiałem się spieszyć, więc cały spacer i zwiedzanie sklepu wykonywałem na zwolnionych obrotach
nie kupowałem nic, bo i tak zaraz święta (sałata, ogórek), w tej swojej białej kurtce byłem widziany przez wszystkie bezlistne krzewy i lasy parkowe
obyło się bez emocji, i właśnie tym niespiesznym tempem wylądowałem na Dolnej (a tam katalog ludzkich postaci charakterystycznych dla tego rejonu) tak samo, jak zwykle, ok. 17:30
więc po co się spieszyć? (prawda, że czasem po prostu widzę, jak umykają jak myszki te busy o 17:15)
***
jeszcze sobie ładnie poczytałem na próbowni, a potem zagraliśmy, wrociłem do domu, by obeżreć się orzeszkami, i do snu, i się okazało, że mecz Anthony'ego Daviesa jest obcięty, i po oczkach


24 marca, czwartek

zatę Żono ma

ponieważ ostatnio nie miałem czasu dla siebie, to przez pół godziny ciężkiej pracy wypisałem, co tam wyczytałem z nowych ksiażek, na szczęście nic nie muszę przeczytać!
***
ciekawe, że nawet spodziewany seans filmowy, który powinien być eksplozją radości i elstatycznego wyczekiwania, sprawia mi stres, bo nie wiem, czy puszczają film dla jednej osoby, i co wtedy?
***
że niby wielki czwartek? ja już swoje odrobiłem, byłem ministrantem, oraz w oazie
***
powiedzmy, że się wyspałem, więc dzisiejszy ból głowy mogę złożyć na karb kaca, z którego zaraz mnie wyrwą zadania zadania zadania albo gołe baby
***
wpisane, zatem, do gier!
***
***
***
oczywiście czwartku już nie pamiętam, absolutnie nic, domyślam się, że nie było żadnego spy filmu
 
(był, matole)


25 marca, piątek

zatę Żono ma

tej czasopracy, co zwolnili nas dwie godziny wcześniej (za free), to zostały rzeczy, których człowiek nie zdążył zrobić przed świętami, a powinien
stąd uciekł mi czwartek wieczór i zostało nieznośne uczucie, że tyle jeszcze zaległych
***
korzyść — mega jasność na dworze, jeszcze tak nie wychodziłem w tym roku
wszyscy się rozpierzchli, nie było życzeń świątecznych, acz przecież nie ma się co oszukiwać, ja wypisałem się z życia towarzyskiego tutaj
***
pojechałem i spotkaliśmy się na placu zabaw
dziecko terroryzuje Matkę, ale na dworze jest lepiej
pewnie jakoś przebujaliśmy do wieczora spokojnie (krzesłopchacz), a potem piliśmy tanie portugalskie wino z biedry, całkiem ok
i po takim weekendowym prawie wieczorze udałem się na wczesne dyżurowanie


26 marca, sobota

zatę Żono ma

pobudka była z tych dobrych, 6:59, gdzie spędziliśmy normalne chwile na oknie i Joysie, by potem zjeść omleta i znowu się bujać
Mama pracuje
***
po dziennym zasypianiu (spoko) wytrułem przygotowanym miedzianem krzewy i śliwę, dużo krokusów się pojawiło
po obiedzie, na który chyba była hej polenta polenta, wybrałem się na spacer po lesie, długi i dobry, po co te święta
po powrocie, korzystając z nowego mopa wymyłem wszystkie okna (ożywcze) i pies z odnową duchową, ale w końcu coś przez nie widać
wieczór i wieczorne mignął, bo już od tygodnia w tym czasie do zmitrężenia nie oglądamy ani Muppetów ani nba
***
warto wspomnieć, że był odsłuch płyt Breakout/Polanie, a także ich bardzo stare nagrania z www, mniej znane, np. występ Breakout live z identycznym brzmieniem, jak na płycie — imponujące
znalazłem też nowego wykonawcę:
Wojciech Skowroński — Blues & Rock (1973)
***
rzadki prawdziwy weekendowy seans
Sicario (2015)
ładnie poprowadzili nas, więc co prawda młoda agentka Emily Blunt głupia taka, ale właśnie śledzenie tego śledzenia powodowało we mnie ekscytację, dużo spokoju w kadrach


27 marca, niedziela

zatę Żono ma

nie pracujemy już w fabrykach przy świecach, to jest gwałt dla organizmu
(no, ale podobno będą loty na Marsa, czyli jest jakiś ruch ogólnoludzki, to też mnie "zajmowało" w ten weekend, przypomniało mi się odnośnie Serbii proputinowej oraz lotów na księżyc — czy na tym można zarobić?)
do rzeczy
***
to sobotę miałem taką kieać (?) jajka albo zrobić cokolwiek, to bym negował po całości, to już nawet nie jest lenistwo
a Jerzy to widział i mecz z Serbią i z Finlandią, no, ale co on ma tam w domu
***
była pobudka o 5:40 na karmienie, po czym obudziliśmy się o 7:29, co oznaczało 8:28, co oznaczało spóźnienie!
więc się zbieraliśmy w normie i pojechaliśmy na świąteczne śniadanie
znowu się nasłuchałem o zębach i innych atrakcji
i jako że to było duże śniadanie i z winem, to zasnęliśmy z dzieckiem wspólnie — opłacało się
***
na szczęście matka się dobrze czuje na wro, więc pozostało tylko zjeść obiad, napić się whiskey i bimbać dalej
nawet była telewizja ze Star Wars w wersji teatru tv, szkoda, bo to coraz bardziej przypomina Star Trek
na szczęście było jeszcze trochę piwa i nieco później niż zazwyczaj pojechaliśmy do domu
***
muszę jeszcze dodać, że mieliśmy piękny spacer po dzielni, słonecznie, długa trasa, z atrakcyjnymi miejscami architektonicznie oraz przyrodniczo, tak
***
mimo późniejszych wieczornych zasypianie trwało niemal godzinę i skończyło się o nowej 21
i z tego wieczornych, kiedy już byłem mało przytomny, jak przez dzień cały, choć nieźle ubrany, zmarnowałem ostatnią godzinę na niczym i udałem się na dyżur





wtorek, 12 kwietnia 2016

14–20.03.2016



14 marca, poniedziałek

zatę Żono ma

i nagle od smętnego dream-popu i szarego poniedziałku przeszedłem do energii z humorem i robienia rzeczy na które mam czas i ochotę = mogę spokojnie pracować, rzadko tak bywa w tyrce
zatem nadganiam, nadrabiam i jem pączka
***
pączek było za mało, wcześniej niż zwykle musiałem posilić się musli
***
na szczęście starczyło do końca dnia, wylałem kawałek zupy w mikro, i z tego pośpiechu (później, padało) zapomniałem, że jest poniedziałkowa pizza za 6 zeta, a mogłem sobie pozwolić, bo wro
tam zaś tyle się nasłuchałem o zębach, ciśnieniu, Millenium, Wallanderze i Agencie, że postanowiłem oszczędzić uszy ścian o kolejne ludzkie wypowiedzi (dlatego brudzę papier)
***
niemniej powrót z odbiorem przesyłki udany to luzik, to złośliwych krzyków nie zniesę
***
i może z tego, a może też z powodu zbytniego hałasu i słabej swej słyszalności niekomfortowo mi się grało, do chwili, kiedy wyłączyliśmy połowę instrumentów i zagraliśmy "akustyczne" nr, wszystko było dobrze słychać, nawet Wojt zaśpiewał poprawnie
***
do domu przez las, przeczytałem dniówkę i może nie o najlepszej porze, ale dobrze do snu (23)


15 marca, wtorek

zatę Żono ma

dziecko spało i spało i spało, więc jak się obudziło przed 6, to właściwie nie było co już spać, ale okazało się, że przysnąłem na te pół godziny i siup z Barceloną do tyrki, a tam od rana dobry news, myszy harcujo
***
ale nie było opr, trza do gier
po czym wracam przez wro (co okazało się niepotrzebne z punktu Mamy) i szybko do domu, bo trza było
w domu oczywiście dramat, bo dziecko dostaje szaleju przy Mamie, na szczęście jak tylko noga za próg, tośmy spędzili pogodną godzinę na jedzeniu chleba i innych drobiazgach (pompowanie) (aczkolwiek ma złośliwe zagrywki ten chłopak), wieczorne ok, zasypianie z problemami (ktoś stukał = rozpraszał)
***
i już wieczór przy którym zapomniałem, że miałem iść się bawić do piwnicy, oszukali  opakowaniem, bo myślałem, że igła, a to dętka i z rozpędu prawie cały film, bo mnie wciągnął
Last Embrace (1979)


16 marca, środa

zatę Żono ma

zmartwiła mnie wieść z rana, nie będzie pochleju i najebki
a potyrać trzeba
***
niemniej, z rana obudziło mnie takie słońce, że myślałem, że zaspałem
ale nie, i jeszcze dzieci mnie pożegnały na wyjściu ("oj tato, bez całowania")
Barcelona na pamięć i zrobiłem fest zakupy w biedrze, bo Żona nie gotuje obiadów (hłe hłe) (tak, tak, mało śmieszne)
***
fazin fanzą
http://www.okcthunderpolska.pl/newsy/koniec-okcthunderpl/
***
dorwałem się do kilku Morricone, zasadniczo teraz rozpisuję Barry'ego
***
do gier!
(dostałem ten cholerny urlop wreszcie)
***
porobiłem, trochę załatwiłem, przetelefonowałem
na powrocie (cały dzień śliczne słońce — marzec jakby — choć mroźno) poszedłem również do inter po zakupy kanapkowo-obiadowe i na wro
***
stamtąd do domu, kółko w dłoń, dziecko znowu chwilami przesadzało z reakcjami (to przez to charkanie Mamy), niemniej, po nieudanych wieczornych zmęczone zasypianie poszło szybciej
***
miała być piwnia, ale przypomniałem sobie o obiedzie, więc siup po browary i do kuchni, porobiłem, nastawiłem (że tak powiem jakiś gulasz z szynki) i jeszcze rzuciłem się na film
chwilę wyczytałem co tam się dzieje w lidze mistrzów Juventus-Bayern i nazajutrz czekała mnie niespodzianka
***
zestaw alkoholowy okazał się ze wszechmiar odpowiedni i wyważony
a Mama kupiła mi bilet na 007!
i z zapałem i zadowoleniem oglądałem cz-b, pięknie filmowany, ze świetną lokalizacją (Korsyka?) film w nieco starym, ale jakże lekkim stylu
OSS 117 se dechaine (1963)
***
do snu po 23 ho ho


17 marca, czwartek

zatę Żono ma

wstaję, biorę, jadę, dzisiaj nie ma słońca, Barcelona
małe opr, coś tam przyszło, robimy
zaczęło świecić słońce, zdążyłem się obeżreć już wszystkim
***
i skoro mam, bo łatwo poszło, to obejrzę sobie mecz piłki nożnej, już zapomniałem jak to wygląda
z powodu szukania wolnego czasu i piwa zapomniałem o wszelkich innych aspektach rozwojowych, acha, zmieniłem wczoraj dętkę
trza kupić płytę i zrobić taśmę matkę
***
(bo chyba już się zmęczyłem dzisiaj, Barcelona przypomina mi o wakacjach, które się nie zdarzą, stół mnie niespecjalnie interesuje, porobię sobie dzisiaj szpiegowskie zdjęcia w piwnicy, trza będzie pójść spać, jutro wstać, w sobotę spacer, piwo, obiad, a ja przecież lubię rutynę, żeby to człowiek miał tylko takie problemy, hej, do pracy)
***
na słuchawkach bywa Alessandro Alessandroni, barroco lounge, Serra czy Dizzy Gillespie, ale stare mono
wracałem spacerniakiem na wro, coraz częściej zwracam uwagę na kształty okien i wykończenia fasad
***
dziecko miało wyjątkowo grzeczny dzień dla wszystkich, po tradycyjnej surówce i kawie pojechaliśmy kupić stół, chodziliśmy z maluchem po sklepie, tzn. maluch chodził z towarzyszeniem
***
wieczorne i zasypianie dobrze i szybko (nawet mycie włosów)
polazłem do piwni, wywaliłem trochę dziadkowej makulatury, prócz tego znalazłem babcine kolejne czasopisma: dużo "Przekrojów" oraz "Magazynu Polskiego" (koniecznie przejrzeć), a także martwego szczura i wiele szczurych odchodów, błe, śmierdzi oczywiście też
trochę się obrzydziłem (więcej sprzątania tam będzie), ale w końcu prawie jak u mnie w kamienicy, co nie?
***
przymierzasz sukienki na imprezę i chorujesz
idziemy spać, bo już po wymaganej godzinie


18 marca, piątek

zatę Żono ma

jak to człowiek może czasem nie trafić z klimatem odsłuchu:
pdf ładnej okladki, ale muza przerzewna v. to jest dopiero około Barry'owskie odkrycie. Jak delikatnie smakuje
[Craig Armstrong - The Great Gatsby (2013)]
***
jako film 1460 wybrałem sobie
OSS 117 - Double Agent (1968)
(aka Niente rose per OSS 117)
czyli dobrze trafiłem
***
no, zajęty jestem, a i dobrze rozpisany
coś tu trzeba jeszcze podciągnąć, bardzo dawno nie odhaczałem kolorowych winyli (bo tu często nie ma, a w domu nie mam neta), ale się nie pali
to co, może dzisiaj mecz piłki nożnej?
jednak się nie uda, nie przenoszą dużych plików
***
poza tym wstałem i pojechałem, chyba kończę książkę
kupiłem świeży poranny chleb, dziecku podobnież też smakowało
u mnie codzienny horror — pieczywo do obiadu zjadłem już w połowie dnia!
przez chwilę wyszło ładne słońce i wszystkom zrobiło się ciepło, ale już po zawodach
***
poraz sobie jakoś zaplanować wolny czas (Wilco przyjedża do Białegostoku, naszego Białegostoku, jedziemy?)
albo od razu przejść do oglądania, hej
The Wacky World of James Tont (1966) DVD
bo są jeszcze DVD
***
spacerniaka jako takiego nie było, bo zabrakło drobnych w bankomacie
pojechałem na wro
skończyłem książkę
wróciliśmy do domu
przyniosłaś "Nowe Książki" oraz nową igłę z poczty
umyliśmy włosy dziecię
Mama pracuje
wypiłem piwo
obejrzałem kawałek cz-b filmu (tego kryminalnego)
poszedłem dyżurować
chyba jakoś tak


19 marca, sobota

zatę Żono ma

godzinę zgadywałem, bo budzik się wyczerpał, chyba 6, a potem 6:30
i bawimy się, bo miałem dobry nastrój, a i prawie się wyspałem
śniadamy co popadnie (tosty?)
szybko wybieramy się na Stogi, po 10
***
zjedzony kawałek jabłka, banan, przewijanie i siup na spacer
zaśnięcie po 20 min (hurra), spanie godzinę (hurra), tradycyjna pętla zrobiona, na chillu
tyle że my wcześnie w domu
obiad już o 14
jemy kaszę i mięso z papryki ugotowanej, kasza lata na wszytskie strony, bo dziecko chce samo, ale zjadło dużo
po obiedzie chillujemy się dalej
bardzo nietypowe popołudnie, dziecko z kanapowo-wykładzinowego dzisiaj jadło klucze, stało obo fotela, czasem się wdrapywało
ale
nie o tym
jak zasiadłem w fotelu po obiedzie, z piwem i LnŚ z 1986 roku (Borges umarł), to nie wstałem aż do 17:30, z przerwą na przewijanie
dziecko jadło klucze (jak wspominałem), bawiło się płytą cd, przy fotelu, oboko fotelu, na fotelu, ale jednak, ogólnie było stosunkowo zajętę, ogólnie mogłem czasem poczytać, słuchałem włoskich ost w tym ciepłym nasłonecznionym pokoju (nie naprzebywałem się w nim za często, a przecież lubię światło), Babcia drzemała w pokoju obok, chill nad chille
potrzebuję więcej ciepłych dni w pokoju z oknami na zachód
***
wróciliśmy do domu późno, więc już bez kąpieli, i jednak już wymęczony tym dniem oddaliłem się na dyżurowanie o 21:30
zaczyna mnie boleć gardło, dziecko też, więc pobudka co godzinę


20 marca, niedziela

zatę Żono ma

po tej nienocy, po pierwszym zakarmieniu udało się jeszcze pospać do 7:15
zabaw wiele nie było, czytałem dziecku Joyce'a
na śniadanie był omlet, który swoją konsystencją sprawiał dziecku ogromną satysfakcję w samodzielnym nabijaniu na widelec i jedzeniu
i znowu cały dzień przed nami, trzeba będzie jako zmitrężyć
jakieś skróty były, jakieś płyty też, było chodzenie po mieszkaniu (kręgosłup boli)
o 12 połoeś (?) płyty też, było chodzenie po mieszkaniu (kręgosłup boli)
o 12 położyłem na drzemkę
więc mieliśmy godzinę wolną na książkę, ja na zabawy z plikami
(a ok, zaglądałem do Barcelony, czytałem potem fragmenty — długo było jasno u nas w mieszkaniu, oglądałem również album Gaudiego)
są filmy do obejrzenia
obiad znowu wcześnie wypadł, po nim spacer, który również wypadł mi jakoś szybko, choć pełna pętla zrobiona
dziecko już nie lubi się bujać na hustawce
mam nie mówić dupa i pindol
z tego co nie było niczego do zrobienia, to i niczego nie robiłem (a przydałoby się okładkę), ponieważ kończy nam się żarcie w domu, to na kolację postanowiłem pop-corn
więc mamy nawet takie zdjęcie: siedzimy we dwa na kanapie (Mama też zjadła), przed nami mecz nba na dużym tv, każdy z miską pop-cornu i jemy, ja również oglądam
i zrobił się wieczór
z wieczornymi poszło dobrze, trzeba się było w końcu porządnie wykąpać, była sesja z czarnymi miniówkami, i właściwie można było się zebrać, jesteśmy w trybie przed/po/chorującym, ciche zwieńczenie weekendu