poniedziałek, 12 maja 2014

Odcinek z dwoma marcepanami



29 marca, sobota

Odcinek z brooklyńskim mostem we Wrzeszczu

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w konflikcie kto nie jedzie i dlaczego.

Wstałem, bo już jasno i krzyż. Ale nie rwałem się do oglądania, czy coś. Wizz grają z Indianą, ale już im (to dzisiaj chyba taki dzień) nie wierzę, a niech przegrywają.
***
Na allegro jest JAMES BOND COLLECTION 2 LP, taki składak, który powiela to co już mam na jednopłytowej wersji i dochodzi aż do "Diamonds Are Forever". Fajne, ale obecnie nie stanowi przedmiotu mojego pożądania.
Jest również John Barry — Theme From The Persuaders, też składak, nieco powtórkowy, z tym, że zawiera numery z seriali, m.in. "Persuaders" właśnie oraz "Vendetta".
Ponadto chyba zaraz zjem pierwsze śniadanie, skoro tak nic się nie dzieje. Grają.
***
Acha, mam nowe stanowisko boczno-kanapowe, antysłoneczne takie. Na razie pasuje, chociaż muszę skręcać głowę (za bardzo?).
***
Przypadkiem zagrali dobry mecz: 91-78. Zrobiłem filmik ze zdjęć z Berlina, w podkładzie bardziej pasowałby Seam, ale nie chciałem przygnębiać, poszło Black Keys.
***
Zajezdnia na Wrzeszcz, trochę to trwało (czekanie, zbieranie się), ale w końcu sceny "nakręcone", wiele ujęć, kilka czapeczek i dresów, most, kolejka, rampa, wóz, grafitti i "Konwalie i szacunek" będą miały dobrą reprezentację. Może na Dzień Matki?
***
Po mini party na garnizonie (boże, jakie cudowne światło, ciepło i słońce), robię konkretną przechadzkę przez (już czuję wiosnę w powietrzu). Ciche godzinki, ale prostujemy, ja dokańczam, a potem się zabieram.
***
Mamusiu, ja nie chcę chodzić na rozbierane party z obcymi dziewczynami, wolę oglądać stare filmy szpiegowaskie! (i ściągać).
***
Funeral in Berlin (1966) — jest tak inteligentny jak ja. Potem będę musiał dopytać, kto kogo wykiwał. Ale film jest znakomicie rozpisany na dialogi i postać Michaela Caine'a. Wspaniale! cudownie!
***
Było też picie wina, piwa i pyszne jedzenie kanapek. Na dokrętkę (bo wiedziałem, że zaraz wychodzę) Prince of Persia ze świetnym angielskim Miss Strawberry i wychodzę w zimną noc. Przybywamy, zasypiamy.


30 marca, niedziela

My drogi i Miłościwie Nam Panująca umówiliśmy tę samą iprezownię!

To było strasznie zabawne.
No i zdążyłem zapomnieć, że dzisiaj godzina jest krótsza.
Przejrzałem ich nerwy w końcówce, ale wygrali z Atlantą 101-97, Gortat 12 pkt (6/11), 11 zb. (3 w ataku), 4 bloki, z czego 2 w końcówce ważne, Pero Antic ciut lepszy (daj foto koleś), Drew Gooden +21, 16 pkt (5/5), 8 zb.
 

***
Śniadanie, przed śniadaniem.
Poczytałem, było ścinanie i mycie — dobrze.
Ubieram się jak świadek Jehowy. A Ty zdecydowanie lepiej. Nie świętujemy bardzo specjalnie. Idziemy, jemy, pijemy. Tajin dobrze choć bez szału, wątróbka też dobrze, najadłem się do oporu. Słonecznie, choć chłodno, ale już piknikują.
Lody na zapas, nawet te drogie.
O, teraz świętowaliśmy pysznie, to chyba przez ten strój.
Uwieczniony na zdjęciach.
***
Klasyczne niedzielne poobiednio-pospacerowe drzemanie. Jakbym to już widział.
Czytam grzecznie przez godzinę, płyta jest wyśmienita. Aż by się chciało znowu obejrzeć naszego człowieka.
***
Małe to tamto, wow odsłuchany, na poniedziałek przygotowany, lecimy z Rudym 2. Drażni, ale daje radę — troche sensacyjniaka z tego zrobili.

ps. 1100 — moje gratulacje



czwartek, 8 maja 2014

Odcinek z rudym 2



27 marca, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w wolne popołudnie

Mecz meczów. W I kwarcie Oden nie dał rady i Pacers zdominowali Miami, ale tylko na 23-17.
Miami zaczęło walczyć jak o życie (zbiórki Andersena), ba nawet wrócił Haslem (podobno jego już nie było), by poprzepychać się z Hibbertem. 44-45 po II kwarcie.
Troszkę kontrowersji, gwizdków i fauli, flopów również, ale Indiana 63-68. Lance dostał niesprawiedliwego technika — dobrze dla Miami = wygrać mimo wszystko.
Łohoho, Hibbert po łokciu w szczękę od LeBrona długo nie mógł wstać z parkietu. Czyli następny wyautowany na chwilę. Zasadniczo myślę, że Indiana czy Chicago to są dobre drużyny, ale jeszcze za młodzi, muszą się bardziej postarać, by pokonać staruszków. To taka rywalizacja w starym stylu. Gdyby co roku wygrywał ktoś inny, nie byłoby podtekstów. No, a za "What?!" Lance w końcu wyleciał z boiska. No, Ivan Turner dostał swoją szansę i rzucił 2 kosze w końcówce. Mam Wrażenie, że Miami źle rozegrali. No mam wrażenie, że jak będzie taki pojedynek w play-off, to nie będę spał po nocach! (iiiitam, się okazuje teraz). Nie trafili i 84-83 dla Pacers. Nieźle nieźle.
***
Wizz-Suns zupełnie bez emocji. Niby gonili, ale Phoenix to się bardziej przyda. 93-99, Gortat 8/11 na 17 pkt, ale tylko 5 zb., -15 w +/-.
***
O ile nie palę zbyt dużo iskry elektrycznej w maszynce gazowej — jestem ok.
***
Tymczasem z okazji wolnego popołudnia (yei!) zaliczyłem dyskont i tanie piwa. Zlałem jeden garnek pysznego wina, nastawiłem drugi. Na gorąco fantastyczne. Gitara Micha chyba raczej nie trzeszczy. Zabawne, że na próbach Juliusz rzęził sopranami, a na nagraniu ma bardziej basową, pustynną gitarę niż heavy, jak Mich.  Taki realizator. Podejrzewam, że to kwestia kabla kanon/kanon.
***
Łosoś świetny, pierogi jeszcze lepsze (kupiłem ostatnio w lokalnej pierogarni na oruni górnej).
***
Napoczynamy sezon drugi rudego. Z przytupem!


28 marca, piątek

Odcinek z obficie zajętym popołudniem (i weź tu bądź mądry)

My drogi i Miłościwie Nam Panująca wybieramy się na koncert Bokka.

Wychodzisz wcześniej, ja niedospany z kręgosłupem. Powoli zbliżam się do końca książki. Trochę więcej emocji z budżetowaniem. Dallas walczy z LA Clippers. Ponieważ kibicuję im, żeby weszli zamiast Memphis, to fetuję (w sumie wygaszony i po cichutku) udane zagrania Monty czy Dirka, ale mają ciężko. Ależ fatalne zagrania i straty w samej końcówce! A ta wlokła się potwornie i nie było już szans: 103-109.
***
No to dzisiaj poleniuchowałem, ale pewnie sobie poradzę. Parę rzeczy jest na czysto, że hej. Hej!
***
Acha, po ostatnim słuchaniu MUSZĘ przegrać te kasety z WPRB Princeton. Bo tam sporo psycho jest.
Strap It On (1990) — nigdy mnie specjalnie nie brało (zbyt surowe), a zachowało się na kasecie Stone Roses. Owszem, koniecznie Meantime (1992), być może Betty (1994).
A Bokka (uczę się przed koncertem) nastraja mnie sentymentalnie. Park jesienią. Albo okolice ronda ze sklepami. Tam kiedyś autobus zajeżdżał, a na rogu był złomowiec. Po kiosku jest obecnie sklep z leginsami, a dwa małe spożywczaki zamknęli na Małomiejskiej. Dawno nie jechałem 154. Dzisiaj za dużo światła.
***
Odkryłem google art. Wiem, że oni i tak mają za dużo, ale jak oglądałem na gigantycznych zbliżeniach Marc Chagall’s Ceiling for the Paris Opéra, to byłem zwyczajnie zachwycony. Hehe, głównie możliwością mega zbliżeń. Jak w porno.

http://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/marc-chagall%E2%80%99s-ceiling-for-the-paris-op%C3%A9ra-1st-series-of-panels/RwHNmMsONyvObQ?hl=pl&projectId=art-project&l.expanded-id=6QG1fXsTNgdbWQ
***
Zakupy adekwatne, nagrywamy adekwatnie, Endriu profesjonalnie nakłada wtyczki, choć nieprofesjonalnie nie posługuje się scrollem. Jak już się człowiek przyzwyczai/osłucha, to nawet można tego posłuchać. Prócz tego mam chyba też inny pomysł muzyczny (prócz tego, że sporo zaległości do wykonania).
***
Adekwatnie dojeżdżam do Wrzeszcza, adekwatnie zjadam bułkę i pączka (bo głód), spotykamy się gromadnie, nie można pić piwa w środku (co za kraj), wygląd i brzmienie ładnie. Niejako Alt-J podobnie wykorzystuje perkusję. Trochę przesadzenie z efektami, szczególnie w numerze bonusowym widać było słabość gitarzysty, któremu nagle pozwolono grać bez maskujących efektów. Całość bardzo dobrze, przeboje fajne, ale nie miałem nastroju. Zasadniczo spodziewam się sytuacji post-berlińskiej: żaden występ nie będzie adekwatny.
***
Wcześnie było, ale poszliśmy spać. Niby byłem w stanie jeszcze na coś krótkiego popatrzeć, ale.



wtorek, 6 maja 2014

Odcinek z klawiszem na próbie



25 marca, wtorek

Odcinek ze stogowym czytaniem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w tygodniowym ciągu braku obecności.

Pożegnanie z kasetami:
Jesus Lizard — Liar (1992)
Jesus Lizard — Lash (1993) — nie ma się co rozwijać, ileż to razu na próbach zrzynaliśmy noise z nich via Thing.
Cocteau Twins — Victorialland (1986) — oni tak przyzwoicie czasem w wymyślonym języku.
Cocteau Twins — Sunburst and Snow Blind (1983) — tyle, że specjalnie nie rozróżniam tego.
Cocteau Twins — Tiny Dynamine Echoes In a Shallow (1985) — ale przesłuchałem obowiązkowo.
Clan Of Xymox — Xymox (1985) — post-joy-divisinowskie electro. Już drugi raz i nawet do słuchania. Rytmicznie, w tle, leci. Dobre do autobusu.
Clannad — Legend (1984) — no, jedyna znana płyta w Polsce. Wszystko dzięki serialowi. A serial to wspaniałe dzieciństwo i zdjęcia wycinane ze "Świata Młodych". I wciąż się pamięta, szczególnie pieśń główną oraz ten fragment ze scen akcji.

***
Dzisiaj 2 stopnie i mocno pada.
***
Uff, w ostatniej akcji Miami wybroniło się od Portland. Bosh zablokował i 93-91.
***
Chicago wygrało z Indianą 89-77. Też się cieszę.
***
A w ogóle to dzisiaj wstałem o 6 rano, bo padał deszcz za głośno i oko mi rzeklo, że już starczy spania. Oczywiście zabawiałem się meczem i winylem.
***
Popołudnie na wypasie:
— robota podciągnięta
— zakupy duuuże zrobione, promo promo
— przygoda kasetowa z Cocteau Twins i Jesus Lizard
— dużo czipsów
— czytanie sprawnie
— picie grzanego też
— Umiliani wspaniale
— heroes z głębokiej niepamięci
— wyczyszczenie głowicy
— pakowanie i siup
— w domu już byłem wypompowany
— to był długi dzień


26 marca, środa

My drogi i Miłościwie Nam Panująca otrzymujemy łososia, a album pocztą nie przyszedł.

Wczoraj udany i bogaty wieczór. Ciężkie wstawanie, ale piękna mgła rozpraszała wiosenne światło (będzie seria foto), Slavoj Zizek, Lacrimae Rerum, Kieślowski, Hitchcock, Tarkowski, Lynch (2011) coraz bardziej się rozkręca i nawet coraz więcej rozumiem, co czytam.
***
Phoenix czy Dallas powinno być na 8? Najlepiej, żeby wypadło Memphis — o. Ale świetnie to wyglądało, jak Dallas w II kwarcie rzucili OKC 3 trójki z rzędu. No, już dawno tak nie zwracałem uwagi, ale końcówka bardzo ładna, trafiają, jest ekscytująco, są emocje. Dogrywka! 128-119!
***
A Kwiatkowski się pokłócił z Antonim w kwestii Miami. Zaś LAL rzuciło NYK 51 pkt w jednej kwarcie!
***
Tak nie wiem po co, ale duży ekran zobowiązuje, płytę mam, więc odtwarzam "For Your Eyes Only". Koszmarny film. Ale patrzę.
***
Zakupy, uruchamiam klawisz i już robimy na próbie Liquido. Ale numer jest fajny, cisnę, układamy zwrotki i refreny, jest zwarcie. Brakuje nam mini sprzętu nagraniowego. Próbę uważam za solidną.
***
W domu tłumaczę Ci zawiłości rozmowy telefonicznej Phila Jacksona do Mike'a D'Antoniego, bo to chyba najlepszy tekst zNYKa (parskałem w tyrce), ale prawdopodobnie mi nie wyszło. Za to wyszła płyta muzyczna Doroty Masłowskiej — straszna szkoda. Znowu ktoś zada sobie więcej trudu, jak w przypadku Scarlett Johansson, niż posłucha MUZYKI. Wieczór krótki (choć nieco dłuższy).



poniedziałek, 5 maja 2014

Odcinek z leniwą sobotą



22 marca, sobota

My drogi i Miłościwie Nam Panująca absolutnie nic nie robimy. A nie. Placki ziemniaczane!

Gortat na ustach komentatorów. 107-117 LAL przegrali z Wizz, przez chwilę mignął mi Nash.
Marcin Gortat 33:20, 5/12, +9, 13 zb. (3 w ataku), 4 faule, 5 bloków, 13 pkt
Pau Gasol 32:28, 6/14, -11, 14    zb. (3 w ataku), 5 as., 1 blok, 14 pkt


23 marca, niedziela

Odcinek z leniwą niedzielą

My drogi i Miłościwie Nam Panująca nawet gramy w towarzystwie.

Coś tam coś tam, zajrzałem na mp3, zajrzałem na net, więc wybraliśmy się po bilety na piątkowy koncert.
Cudownie przemarnowałem czas na słuchaniu winyli i zaznaczaniu żółtym markerem. Zjedliśmy wielkie placki po cygańsku. Przeglądałem mecze. Przyszła Marta i zagraliśmy w wiedźmy. Zagrzane wino aroniowe (garnek nr 1) świetnie. Aż posiedziałem długo za długo. Zadziwiająca różnica między tygodniem a weekendem. Ale chyba muszę się przyznać, że wypocząłem.


24 marca, poniedziałek

Odcinek z gitarą Micha

My drogi i Miłościwie Nam Panująca w tradycyjnym (jeszcze poniedziałku)

Ja to nawet byłem mocno na bieżąco z meczami wczoraj. Więc tylko doobejrzałem, że Wizzards nie dali rady Nuggets: 102-105.
Marcin Gortat 35:08, 7/12, +17, 10 zb. (2 w ataku), 5 as., 2 bloki, 16 pkt.
***
Toronto wygrało, Suns też, po fantastycznym powrocie (byłem w netowym szale, niewiele pamiętam), ważniejsi nie grali. Jestem do tyłu z czytaniem bloga.
***
I jak to było: pojechałem, wypiłem kawę, zapakowałem się (już wcześnie zrobiłem miejsce na przyjmowanie gości w pokoju), odebrałem nową LnŚ (jak ten czas leci), wziąłem gitarę, spotkałem 3 pijaczków w lesie, potem spotkałem w lesie młodzież z psem, ale się rozpierzchła w wądole — okazało się, że to były dziki.
***
Tym razem z nagrywaniem trafiło na Micha. Piec (mikrofon?) coś trzeszczał, on dyskutował, ale w końcu udało się nagrać wszystkie jego fuzz gitary. Czyli zaczynamy wypełniać luki. Pracowicie i udanie. Ale nagrywanie gitar jeszcze nam sporo zajmie.



wtorek, 29 kwietnia 2014

Odcinek z pierwszym dniem wiosny do 2044



20 marca, czwartek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca z pilną korektą.

Szybki spacer, bo warto z powodu okazji.
Pracę powolutku wykańczam.
Lubię oglądać Nets, już nie są all-star, szans nie mają, ale mają małe boisko, ładne stroje, bardzo dobrze się ich ogląda. Szczególnie wobec wielkiego Ala Jeffersona z Bobcats. Końcówka była nawet nawet, ale Charlotte przegrali trochę na własne życzenie 104-99. Byłbym się tym bardziej zajął, gdyby nie wjebało mi dwóch plików ściągania.
***
A teraz UWAGA!
Olivier Messiaen — Turangalila-Symphonie — niezwykle oryginalne i intrygujące. Ba, jest nawet na winyl.
***
Piwo, bułki, kiełbaski = nagrywamy.
wokale WOW, zeszło dłużej niż myślałem, ale przynajmniej jest porządnie. I od razu mamy rozwiązane problemy techniczne z 4-ścieżkowym magnetofonem. Fajny taki.
Jeden "hit" mamy na pewno.
***
Zdążyłem przepakować i spać się udać.
Mam przerywany krzyżem sen nad ranem ostatnimi dniami i czekam niecierpliwie na budzik — niedobrze.


21 marca, piątek

Odcinek z początkiem weekendu

My drogi i Miłościwie Nam Panująca chcąc/nie chcąc jesteśmy na starym 007.

Bryson zaliczony. Zalał ciekawostkami, którym pomieszczenia domu posłużyły tylko jako pretekst do opowieści. I sądząc po kilku napomknieniach — najważniejsze, by być lubianym przez ludzi. Niemniej, książka bardzo fajna.
***
Słucham z rana, a tutaj nie ma Gortata — ale niespodzianka. No ale grają. Ale rzucają, wpada, więc na razie nie odstają zbytnio. Następnie nastąpiła wesoła koszykówka w bieganie, w której lepsi byli Portland i po III kwartach 86-73. To zabawne w związku z wypowiedziami, że planują wywieźć 4-0 w podróży na zachód. Blazers mieli ostatnio kiepskie dni, ale mieli na kim się odbudować. Wyglądało to na egzekucję. Czyżby brak Gortata? 116-103.
***
Pozwoliłem sobie na szaleństwo i zjadłem dwie bułki z pełnym wypełnieniem. Ale warto było.
***
Ale Wizz to jeszcze nic, Houston urządziło masakrę Minny. Chciałem zobaczyć wielkiego białego koszykarza ze swoim 20/20, a tymczasem Omer pokazał jak się gra. Do tego jeszcze Broda i tego już było za dużo. 129-106.
***
Cóż za dramatycznieprognozujący się wpis:
http://szostygracz.pl/2014/03/20/27-dni/
(notabene, dobrze, że zapomnieliśmy o wojnie, nie żeby to poprawiło jakość snu; no może troszkę).
***
Jest taka sprawa: nadszedł piątek, zrobiło się ciepło, mam mp3 007 expanded, siedzę, sprawdzam i podryguję nóżkami. Naprawdę spox. I Roger Moore uratował po raz kolejny świat. Mimo że jest już bardzo za stary. Straszny film. + Grace Jones.
***
Po raz pierwszy w życiu biorę kasę ze sklepu. Musiałem coś kupić, zatem produkt pierwszej potrzeby — piwo. I do tego nowy rodzaj cydru.
***
Kosz, 3/3, więc było i miejsce dla mnie. I nawet bez okularów coś się udało trafić. Tym razem powrót bus/tram.
***
Było życzenie. Zatem:
You Only Live Twice (1967).
No ja tam się zawsze bawię.
Szczególnie na większym ekranie.



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Odcinek z kolejnym wspaniałym występkiem



18 marca, wtorek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca na wbrew oczekiwaniom udanym występie.

Coś popadywa. Dużo do jedzenia.
Znowu się spieszę, co nie powinno mieć miejsca. Zrobi się.
***
Upośledzeni strzelecko Chicago w swoich cudacznych zielonych (zielonych!?!) strojach na razie dają radę OKC. Do przerwy tylko 2 w plecy (45-47).
No ale przez 6 i pół min IV kwarty nie zdobyli pkt, więc w końcówce nie było czego gonić: 85-97.
***
Geneva — A-Sides B-Sides and Seasides — 3 płyty. Głównie kilka numerów z kasety, nagrywane z radia Afera w Poznaniu albo innej, już nieistniejącej, Radiostacji. Dużo tego natrzepali, znaczy się zespół kiedyś prognozujący był. Popatrzeć też na JJ72.
Podobnie jak z lat 60 znamy jeno Beatlesów, RollingStonesów i Zeppelinów, teraz potrafimy wymienić Oasis, Blur, Radiohead, z zcego ten ostatni głównie za sztukę i historię rocka, bo przecież wcześniej na listach przebojów królowały inne gitary.
Czy to znaczy, że za 40 lat takie płyty będą warte i poszukiwane?
Czy raczej net wszystko uśrednił i jednocześnie ułatwił?
Acha, bo Geneva lokuje się tak między "Pablo Honey" a "The Bends" i jest bardzo spoko.
Np. miałem nawet taką płytę Long Pigs — zwyczajne dobre brytolskie granie.
***
Nets 68% w pierwszej połowie. Boisko i stroje wyglądają świetnie. Oświetlenie też jest dobre. Suns troszkę nie dają rady, a przecież nie ma Garnetta na przykład. Dzielnie walczą o życie = 8. miejsce. Eric Bledsoe wrócił, ale jest zardzewiały. 20 w plecy w połowie III kwarty. Oba zespoły wymieniały się runami, Kirilenko jest brzydki, ale w sumie to blow-out: 108-95.
***
Praca praca (się tego skumulowało), przechodzę przez C, żeby dojść do kwadrata, a tam Przem.
W tej przerwie zaliczyliśmy kebab w kubełku, potem, żeby nie siedzieć bezczynni zaliczyłem lidl i dom, trafiliśmy na czas. Trochę było hałasu i światełek od staruszków, zdjęcia nie wyszły, jestem ciekaw jak filmik. Wobec tego jak się zapowiadało, w sumie przyjemnie spędziłem ten wieczór. Granie było dobre.
***
I wcale nie tak późno w domu, dwa piwa i resztówka calvadosu — maluuuutko, bez obaw.

19 marca, środa

Odcinek z radyjkiem

My drogi i Miłościwie Nam Panująca słuchamy na odległość.

Rano 7:07, 7 stopni, można mieć wątpliwości co do konkretności planu Brysona, ale cieszy z rana opowiastkami.
***
Gortat z rana 1/5 w I kwarcie, ale on zawsze miał pod górkę z DeMarcusem. Mam zaległości w czytaniu szóstego gracza, a Drew Gooden (18 pkt), po wygraniu dla Wizz meczu z Nets teraz znów dobrze wygląda, w dodatku rzuca za 3.
Natomiast na początku III kwarty Cousins 5 pkt i 4 faule, a Wizz doszli. Potem szło dobrze, ale zaprzepaścili: Isaiah Thomas trafił za 3, Wall nie trafił 2 wolnych, Rudy Gay wyrównał do 100-100. 5 s do końca. No i dogrywka — dlatego nie wyświetla się time-line.
Dogrywka jak zwykle dramatyczna, szczególnie z naciskiem na grę Wizz. Gortat nie łapie, nie trafiają wolnego, idzie/nie idzie im za 3, po czym Wall spadł z 6 faul i koniec: 117-111.
DeMarcus Cousins 9-17, 24 pkt, 14 zb. (7 w ataku), 3 as., +13.
Marcin Gortat    7-12, 19 pkt, 14 zb. (3 w ataku), 2 as., +0.
***
Trochę się podciągnąłem = większy spokój na nerwy. Deszczowo, mokrawo. Wizyta w osso bardzo udana: Lizbona/Berlin/historia chrześcijaństwa zachodniego i nawet nie przekroczyłem 100.
***
Radio Ateneum blisko, klimat przyjacielsko-korzystny, wstydu w konferansjerce nie było, nagłośnieniowiec jak zwykle dał ciała (ja w przestrzeni za), disco w wersji akustycznej z banjo (Grześ) i skrzypcami (Marzena). Mam nawet szybszy transfer na pętlę.
***
Zawozisz prostownik, odsłuchuję John Barry — Octopussy (1983) (przeżycie) i w sam raz pora, by puścić hormon. A to jeszcze nie koniec aktywności w tym tygodniu.



piątek, 25 kwietnia 2014

Odcinek ze świętem kina!



16 marca, niedziela

Odcinek z mnóstwem zajętości

My drogi i Miłościwie Nam Panująca spotkaliśmy się na goleniu.

The Cheerful Insanity Of Giles, Giles & Fripp
(1968) — nie będzie pewnie stanowić zagadki, że pomysł ze story bohatera posłużył mi w His Name is Robert Poulsen.
***
Ach, krótki przegląd "nowych" (bo niektóre mają 50 lat) filmów był cudowny. Aż nie mogę się doczekać!
Weźmy na przykład takie High Road to China (1983). Moja płyta brzmi oczywiście lepiej i w stereo, ale aż mam mokro, jak widzę początek.
Albo Funeral in Berlin (1966)  czyli będę drążył z trylogią, zachęcony nowym otwarciem, tym razem świadomie.
***
Tomasz Adamek przegrał, więc to oznacza koniec jego kariery. Klamra -> Piotr z Poznania.
***
Gulasz tudzież bogracz.
***
Wieczornego meczu nie było, były test na żółto.
***
August: Osage County (2013) — niezły ciężar. Dobrze pograne. Trochę teatralne, potem przychodzi myśl, że takie dramatyczne filmy już były (Gorąca kotka, tramwaj) oraz że nagromadzenie nieszczęść i toksyn jest w zbyt dużym stężeniu, żeby było tak prawdziwe, bo przecież to "realizm" był.
***
Późno spać.


17 marca, poniedziałek

My drogi i Miłościwie Nam Panująca oglądamy klasyki!

Lalo Schifrin — Black Widow (1976) — jest tak dyskotekowo-jazzowo przyjemnie straszne, że do słuchania For Your Eyes Only (winyl!) muszę dorzucić starego Rogera Moora (czyli dokończyć i resztę oblukać).
***
Dużo obsługi zaległości, baza itepe.
Tymczasem Miami usiłowało uciec od kolejnej porażki. Udało się dzięki 24 pkt Raya Allena (rekord sezonu) i nagle zrobił się koniec po 16-0. I skończyli 113-102. Paliwo w baku jest, ale będą się musieli nastarać.
***
Praca praca wychodzę ciut wcześniej na HE15, zdążam.
***
2001: A Space Odyssey (1968) — oczywiście, że trochę nudna, niedzisiejsza, z zubożoną akcją, fantastycznym filmowaniem, zbyt eksperymentalną muzyką, z kolei Straussa puszczali 3 x ten sam kawałek — niedobrze. Ale wbrew niewyspaniu nie miałem wielkich problemów ze spaniem, bo walczyłem z szeleszczącą siatką, by dostać się do pysznej kanapki ze świeżego chleba. Oczywiście — zasiało ziarno na wszystkie SF. Nie było czasu na nudę, kolory kul, chcę w domu taki ekran do wyświetlania filmów, albo prywatną salę kinową.
***
Singin' in the Rain (1952) — dziwne, niepanoramiczne. Kolorowe, kilka piosenek wspaniałych, fabułka jak fabułka, no i wciąż stepują. Nie jest to moja ulubiona forma rozrywki, ale bawiłem się dobrze. Piosenki oraz ten drugi koleś od min.
***
Buraczki i do snu.