wtorek, 27 stycznia 2009

żart domowy

tydzień był wyjątkowy, bo trzy próby w tygodniu (JZTZ, kevin, Wojt) to dosyć zajęć na wieczory
wczoraj u Micha w piwnicy
używamy jednocześnie 3 pieców, 4 gitar, 2 mikrofonów i laps leci z wieżya póbka fajna, wygodna, puszczamy muzę z lapsa, wojt gra na akustyku i śpiewa, a ja raz na basie, raz plumknę sę na gitarze, zrobię chórek — luksusogólnie miło to mi brzmi dla ucha — szczególnie wokal z akustykiem

***
żart domowy

leżę sobie w łóżeczku wieczorem, ogólne rozluźnienie przed snem spowodowało pewną u mnie obserwację, którą nie omieszkałem się podzielić z miłością mojego życia:
— ale mi jajka zjechały
Skarbie na to:
— chyba jadą

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Sen Kasandry

środa (21.01) wyjątkowo w domu — robiłem lekcje z hiszpana, potem oglądaliśmy "Sen Kasandry" Allena, podobieństwo z "Match Point" nieuniknione, ale podobał mi się, ponieważ temat jednak cięższy; konwencja trochę teatralna, sporo dialogów, scen dwójkowych, rozpisane w sposób, że tak się wyrażę "obowiązkowy" — wypowiadane kwestie relacjonują to, czego nie pokazano na ekranie; szczególnie w kwestii wyrażania własnych uczuć wygląda to jak szkolne przedstawienie teatralne — zajeżdża to prostotą (nie lubię teatru), ale przecież Allen nie jest GUPI — to świat przedstawiony w wycyzelowanym modelu (vide sceny rodzinne)

co najbardziej rzuca się w oczy i podnosi wartość filmu w moich oczach - Collin Farrel umie grać!

no i ten angielski angielski — rewelacyjnie się tego słucha

piątek, 23 stycznia 2009

może wreszcie coś o muzyce

z polskich zespołów z ostanio słuchanych:
Kings of Caramel - takie sobie plumkanie w stylu Sea & the Cake

nowe songi Kolorofonu rewelacyjnie pomyślane, totalna produkcja przy takiej realizacji z sali prób

Muchy — posłuchałem po raz kolejny — mój faworyt, oczywiście super "Galanteria", niezłe "Państwa miasta" — naprawdę ładne piosenki do słuchania

Drivealone mnie nie przekonuje, aczkolwiek jakiś tam sznyt porównywanego zeń Synny Day Real Estate pozostał

Renton zaskakująco słabo nagrany, jak na tak reklamowany współczesny "brytolski" band, sie mnie wokal nie podoba; bez szaleństw
natomiast Afro Kolektyw i ich "super" singiel "Przepraszam", to ja przepraszam, koleś śpiewa "r" podobnie do mnie, więc "przepłaszam" mnie bardzo rozśmiesza, oprócz tego, że to takie hip-radio-polo w stylu K.A.S.Y. i Norbiego


Dick4Dick — na słuchawkach fantastycznie, w samochodzie widać niedostatki studia, ale muzycznie świetnie pomyślane (najlepiej od czasów drugiej płyty TCIOF), szkoda tylko, że jakiś bełkot angielski; muzyczna energia całkiem ok (choć zajeżdża QUOTSA i teraźniejszymi brytolami)


w kwestii zagranicznych zrzynaczy najlepiej prezentuje się The Black Tapes — trza tylko lubić The Hives i jest bardzo do przodu

Out Of Tune — spodziewałem się jakiejś kiszkowatej kalki, a kalka jest przynajmniej bezurazowo nagrana i nie szkodzi podczas odsłuchiwania, co z tego, że na wyspach setka takich — nie ma wstydu dla pseudo-indie-gawiedzi (nowy Franz Ferdinand naprawdę zdeka słabiej, powtórka z powtórki), natomiast słabość wokalu w coverze Lombardu sprawia, że naprawdę czuję się dobrze ze swoim melo-śpiewaniem


mam do roboty dwie okładki, ale to chyba dopiero w weekend zacznę — teoretycznie łatwizna, ale trza się
będzie z czcionkami nadziubać, żeby wszystko pomieścić

jeszcze nie podjąłem decyzji o "pseudo-masterze" płyty — może dla zachowania pewnej wyrazistości zostawić
to na ostro niż prasować, Wojt mówi, że już nie słyszy różnicy między plikiem surowym a sprasowanym

czwartek, 22 stycznia 2009

2 kropki na 5

w poniedziałek (19.01) próba Jak Zwał Tak Zwał — bez dodatkowych instrumentów było ciszej i przejrzyściej, ogólnie wygodne to jest, bo muzyka w całości leci z lapsa, tylko wokal robimy, więc brak czynnika ludzkiego powoduje wpływa na sprawność techniczną całości — wokal idzie ok; śpiewanie na żywo momentami lepsze niż to zarejestrowane

ustaliliśmy kolejność o tytuły na płytę

był u nas gość z działu konserwacji i na szczęście naprawił zawór od grzejnika, uff!

polacy w ręcznej przegrali z Macedonią — jakoś tak nie mogę się przekonać do ich gry, powolni w obronie, mało skuteczni i przewidywalni w ataku, ci Macedończycy rzeczywiście wyglądali jak mysioskoczki (wg zczuba)

wróciłem w miarę wcześnie do domu, zmęczenie nie pozwoliło mi zbyt długo rozkoszować się "Spy Who Loved Me"

środa, 21 stycznia 2009

komedia romantyczna

w piątek byliśmy na imprezie Kamili i Judyty — oczywiście po odpowiednim czasie bawiłem się jak potrzeba, aczkolwiek nie było to mi specjalnie potrzebne, gdyż grunt, że Skarbie się dobrze bawiło — wróciliśmy do domu przed 3; ranek spokojnie, nastrój raczej początkujący był
okazało się, że ta sama muzyka z 007, która innego weekendu sprawia tyle intensywnej radości, w chwilach nastrojowych może brzmieć nastrojowo i sentymentalnie — tym razem miast do masarni wydobyłem aparat i ruszyłem na resztki zimowych terenów w poszukiwaniu plenerów do mojego pierwszego obrazu filmowego — ale to dopiero później

Skarbie odsypiało imprezę, ja obejrzałem dwa mecze nba: kiedy Szak przeszedł do Miami i spotkał się z meczu bożonarodzeniowym z Lakers, oraz współczesny — kiedy Szak przegrał z młodzikami z Portland, ale Brandon Roy rzucił 52 pkt
weekend mega-filmowy

pierwej — 3:10 do Yumy (remake klasycznego westernu), bez szaleństw, ale może być, kiedyś byłem fanem westernów i zaliczałem je dzieckiem będąc, ale jakoś mi przeszło; w tv bym tego nie obejrzał, ale przy kompie mnie zatrzymało; przemiana Russela niewiarygodna, ale jakoś musieli tę akcję sklecić, rzecz jasna — brzydki dziki zachód — to nieźle uwypuklono; z pewnością Ben Foster wyrózniał się swoją postacią

My Best Friend's Girl (2008) — komedia romantyczna, przy której szalenie się ubawiłem; zresztą, komedie romantyczne, szczególnie z J Lo są gites, zwłaszcza, że ogląda się je w każde święta; "Pokojówkę na Manhatanie" czy "Powiedz tak" ogladałem przynajmniej po dwa razy

pomysł genialny, scenariusz trochę naciągnięty, gra aktorska Dane Cooka znakomita — głównie dla tego aktora; Kate Hudson już trochę za stara na granie lolitek do poderwania (kolejna, która nie musi nosić biustonosza), ale zagrał jeszcze Alec Baldwin — sypało się sprośnościami aż miło
vicky cristina barcelona - allena (2008), w serii "poważnych" filmów Allena to lepiej niż "Melinda i melinda", ale duuużo słabiej niż "Match Point"; Barcelona owszem jest, ale filmowanie Nowego Jorku lepiej wychodzi Allenowi, właściwie nie wyszedł poza sztampowy obraz miasta; pomysł intrygujący, wykonanie słabsze (oprócz Penelope Cruz — fantastycznie — i Javiera Bardema); nastrój ogólnie letni, zwłaszcza, że potem oglądaliśmy

Sympathy for Mr. Vengeance (2002) (czyli "Pan Zemsta"), pierwsza część trylogii zemsty z "Old Boyem" jako cz. II
takiego nagromadzenia pesymismu, przygnębiających okoliczności i nieuchronnego fatum trudno nie oglądać z napięciem; krajobrazy jakby przypominające nam uroki Zaspy czy Przymorza, dowód na to, że nie tylko korytarze polskich bloków są obskurne, ogólny klimat beznadzieji i uwikłania w prosty los jak najbardziej uniwersalne i bliskie naszemu podwórku — może bez takich ekstremalnych rozwiązań (ale w końcu my pracujemy przy biureczkach)
braz niesamowity, muzyka odpowiednia, a i tak nie zabrakło specyficznych scen i jakiegoś złośliwego poczucia humoru
ciekawe, że trwał 2 ha — czyli tyle samo ile "3:10 do Yumy", a mimo wyraźnych scen statycznych, powolnych, wszystko trzymało w napięciu z niesamowitą nieuchronnością tego, co ma się wydarzyć

wtorek, 20 stycznia 2009

zima

w czwartek (15.01) robiliśmy próbę JZTZ — prawie jak karaoke, muza z lapsa, na to wokal i kilka dodatków; jak mi ktoś da dobry sprzęt, to mogę śpiewać bez napinania gardła, że ho ho

np. taki numer jak "morski" to spokojnie mógłbym wyśpiewywać na dancingach i potańcówkach dla 60-latków, może tym powinienem zajmować się później?

lepiej mi wychodzą te, które są "napisane" pode mnie (jakby to odjąć, że wszystkie teksty napisałem, ale niektóre mi nie podchodzą?), czyli anty-kaziki, psychodeliczny kowbuj, piosenki o dziewczynkach — ogólnie te "złe"

zresztą na pierwszą próbę — to niektóre numery niemal od razu wyszły ok — bo niektóre dobre piosenkowo są

we środę jeszcze (14.01) robiłem dodatkowy numet na płytę Wojt: zbitek nagrań demo, w różnych jakościach i wersjach, coś, co w konsekwencji było podstawą płyty — zabawne, jak to się wypotworniło


moje foty z nagłego ataku zimy w zeszłym roku, po drodze do pracy

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Transporter 3

o ile Van Damme nigdy mnie nie przekonywał, to Jason Statham jest lepszy niż Steven Seagal i Jackie Chan razem wzięci — ma tę aparycję

mamy jakby szybsze i nieco błyskotliwsze czasy, że nawet rozrywka musi być na pewnym poziomie (u Seagala było z tym słabo — ale w "owych czasach" oglądało się to nieźle) (zresztą jak tylko jest w tv — to załączam)


pure rozrywka

dobra recka

(http://www.filmweb.pl/f466637/Transporter+3,2008/recenzje?review.id=7447):
"Oczywiście w ten prosty i doskonały męski świat szybko wkracza kobieta. Natalia Rudakowa gra wypasionymi piegami, ale poza tym rusza się jak wóz z sianem, ma wdzięk teletubisia i intonację syntezatora mowy. Przy okazji jest chyba najbardziej irytującym kwiatkiem do kożucha w kinie kopano-strzelanym ostatnich lat. Jej zaloty do bohatera wywołują iście Proustowski efekt, prawie namacalne poczucie upływającego czasu. No, dalej, Frank, rusz dupę! Skopże kogoś wreszcie, zamiast gadać z tą pustą lalą!"
w gruncie rzeczy pretekstowa fabułka zbliża "Transporter 3" do poziomu "Quantum of Solace" (a może na odwrót), podobnie z efektami wizualnymi — dlatego mamy takiego bonda, jakie czasy

zresztą — w tamtych czasach (których oczywiście nie ogarniam — bo mnie nie było), Connery też musiał się wydawać jakimś umięśnionym chamem, a teraz robi za wzór dżentelmena i jest niepowtarzalną klasą, z tym uroczym stylem retro (który wtedy retro nie był doprawdy)


zaczekajmy jeszcze 20 lat